Mainly, I’m popping in to wish you a fantastic first weekend of the summer 2012. I hoped for the beautiful weather we’ve enjoyed for the last two days to continue, but that, of course, would be too much to ask for. After the cold spring, we’re having a cold summer, and I’ll have to deal with it somehow. And I do… I went to our vast picture repository to travel back in time. To remember the times and places we’ve traveled to, the moments we’ve engaged in, to see if memories could be as satisfying as the actual experiences. That’s when I thought of a little series of the blog posts that I’ll precariously name: “On This Day In…”
And today, let me take you to June 22, 2009. I traveled to Poland, leaving A. behind, the thing I’m very reluctant to do now. Despite my many reservations to travel alone (not quite true – my lovable son F. accompanied me on that trip), I had a wonderful time. Here we are, F., A’s Mom, and I, walking the grounds of the old castle in Chocha, turned B&B. For some reason, I din’t find the place as remarkable as I thought it’d be, until I came across this full litter, surreptitiously set on the castle’s threshold. Seven kittens stealing the heart of any passerby that happened on, the sign “Free Kittens” not necessary.

Głównie wpadłam tutaj by życzyć Wam wspaniałego, pierwszego weekendu tegorocznego lata. Miałam wielką nadzieję na kontynuację tej cudnej letniej pogody, którą cieszyliśmy się przez ostatnie dwa dni, ale skoro oczekuję zbyt wiele, to po prostu muszę znaleźć inną metodę na radzenie sobie z tą trudną pogodową sytuacją. I myślę, że sposób znalazłam. Penetrując nasze olbrzymie zdjęciowe składy w poszukiwaniu letnich chwil osaczonych słońcem, ale też i po to, żeby trochę popodróżować w czasie, przypomnieć sobie sytuacje, z którymi mieliśmy do czynienia, i by sprawdzić, czy wspomnienia posiadają tę samą moc, co same doświadczenia, wpadłam na pomysł blogowej serii na Majologii, którą nieśmiało nazwę: ” W ten dzień w…”.
I oto 22 czerwca, 2009 roku, podróżując solo, czego już właściwie nie robię (no nie zupełnie, bo wtedy właśnie towarzyszył mi w tej podróży nasz ukochany syn F.) i mimo pewnych obaw, czas spędzaliśmy wyśmienicie. Tego właśnie dnia spacerowaliśmy leniwie po gruntach zamku w Czosze, przeistoczonego w wygodny hotel na fali. Mimo oczekiwań, miejsce nie wywarło na mnie takiego wrażenia, na jakie liczyłam. Ale tylko do chwili, w której natknęłam się na ten kosz wypełniony kociętami, ukradkiem wystawiony na progu wielkich zamkowych wrót. Siedem kociaków wykradających serca gościom i przygodnym przechodniom – napis “Kotki za darmo” już nie był konieczny.

Related Posts with Thumbnails