Our trip to rural Sonora in Mexico for the New Year’s celebration was like stepping back in time to a simpler, well… a very simple way of life. A thre-hour drive from the US-Mexico border to a small town of Cumpas took us through surprisingly green desert and grasslands. The town itself was a cluster of very small houses, all tucked together, joined by the grid of narrow dirt roads. ‘Rustic’, doesn’t even hint at the conditions we were greeted by. I admit, I was a bit intimidated by the harshness of the demands of the rural Mexican people’s life. The rigorous terrain, the unforgiving cold of the desert nights, and the scarcity of paying work all contributed to my panicked feeling when we arrived at the destination. But it didn’t take me long to realize that the resilience of the human spirit surpasses most of the obstacles people face, as they go about their life, content and happy regardless of the reality that surrounds them. And this small town was no exception. I was delighted to meet people quickly breaking into smiles, people readily responding to any curious question of ours, kids laughing incessantly at our timid attempts to speak Spanish, and cowboys proudly displaying their newly-polished cowboy boots awaiting the New Year Eve’s dance, feet readily tapping at the sounds of Latin music blaring from boom boxes everywhere, promising major party later in the evening. And what party it was! We were invited to a ranch, owned by the family of the friends we traveled with, where a cow had been slaughtered for the occasion and where lots of family and friends congregated to greet the New Year. I’ve decided not to include in the collage any images pertaining to the feast we’ve participated in, as some of them they had to do with the animal that was killed and I realize there are people who might be bothered by the arduous process. Let me just state that though it was difficult for me too, to endure some of the imagery, I understood the demands and the ways of the rancher’s life and I simply did not judge. Hope, you won’t either. There was certain charm in how the punishing work of a cowboy translated into the unrestrained joy of the fiesta and the passionate appreciation of a short, careless moment. Carpe Diem Latin style!

Nasza noworoczna wycieczka na meksykańską wieś w regionie Sonory była jak cofnięcie się w czasie. Trzygodzinna podróż samochodem w głąb pustyni po przekroczeniu amerykańsko-meksykańskiej granicy prowadziła przez zaskakująco zielone pustynne stepy do małego miasteczka – Cumpas. Sama miejscowość przypominała raczej skupisko ciasno usadowionych, małych domeczków, połączonych siecią piaskowych dróg. ‘Rustykalny’ – to słowo nie opisuje warunków życia jakie tam zastaliśmy. Przyznaję, że byłam nieco onieśmielona trudnością codziennego życia z jaką borykają się Meksykanie na takiej oddalonej od turystycznego tłoku wsi. Tereny, nie łatwe do uprawiania, klimat z minusowymi temperaturami w nocy i dzienną amplitudą ponad 30ºC, oraz powszechny brak pracy, wszystko to przyczyniło się do mojego wszechobecnego poczucia paniki w momencie kiedy dotarliśmy na miejsce. Oczywiście, nie trwało to długo, żebym zrozumiała, że ludzka przedsiębiorczość i odwaga szybko są w stanie pokonać wszelkie życiowe przeszkody, powodując, że ludzie stawiają czoła codziennym wymogom bez narzekania, bez względu na to jaka jest ta rzeczywistość, która ich otacza. Ku mojemu zdziwieniu, twarze napotykanych ludzi natychmiast rozpromieniały się w uśmiechach, każdy z nich gotowy opowiedzieć dumnie o swoim życiu, dzieci wybuchające śmiechem na nasze próby używania hiszpańskiego, kowboje dumnie eksponujący wypolerowane kowbojskie buty, wyczekujący niecierpliwie noworocznej potańcówki we wsi, przytupując w pełnej gotowości do dźwięków latynoskiej muzyki ryczącej ze stereo z każdego zakątka wsi – zapowiedź fantastycznego noworocznego przyjęcia. Oj, i było to przyjęcie! Zostaliśmy zaproszeni na ranczo, do rodziny znajomych, z którymi wybraliśmy się na tę wycieczkę, gdzie punktem programu całej imprezy było zabijanie krowy na tę okazję, i gdzie zjechały całe zastępy rodziny i przyjaciół, by przywitać wspólnie Nowy Rok. Świadomie podjęłam decyzję by nie załączać żadnych zdjęć w powyższym kolażu z samego procesu przygotowania jedzenia na fiestę, bo rozumiem, że mogą one być przykre dla co poniektórych z moich czytelników. Pozwolę sobie jednak stwierdzić, że chociaż pewne sytuacje były i dla mnie trudne do zaakceptowania, to rozumiem wymogi życia meksykańskiej wsi i szanuję decyzje podjęte przez ranczera, by zapewnić stabilną codzienną egzystencję sobie i rodzinie. Mam też nadzieję, że i Wy rozumiecie, bo niezaprzeczalnie, miał miejsce tam na tej wsi otoczonej pustynią pewien urok kowbojskiego życia, pełnego pracy, która łamie grzbiet, ale też zostaje zapomniana gdy fiesta jest na widnokręgu nawet jeśli ta fiesta trwa tylko przez krótki pełen pasji moment. Carpe Diem po latynosku!

Related Posts with Thumbnails