The Mexico trip was truly multidimensional. On one level, there was I, uneasy, at best, trying my earnest to fit in, and at last, finding comfort in things unfamiliar, opening myself to newness that surprisingly felt like my second nature, eventually. But there was one aspect that was easy for me – having the dozen, or so, of kids around at all times, following us everywhere, consequently, having us convinced, they were our own, needed to be cared for, even loved… The feeling emboldened me to shoot some face close-ups, but portraits are something I stray away from, so these are meager attempts. Still, just because I got so accustomed to these gorgeous faces in a few days we stayed there, they now feel like a new-found beauty.

Nasza meksykańska podróż okazała się być prawdziwie wielowymiarowa. W bewzględnym wymiarze widzę siebie, niezbyt swobodną, ciągle próbującą przystosować się do warunków, i w efekcie, otwierającą się na nowe doświadczenia, które w końcu wpasowały się w moją introwertyczną naturę. Była jednak jedna strona całego doświadczenia, która nie zawadzała wcale – dzieci, kilkanaścioro… a czasami więcej, ciągle pod ręką, podążających za nami gdziekolwiek byśmy nie poszli, przekonujących nas, że trzeba o nie dbać i zabiegać. Tak dobrze czułam się z tymi dziećmi pod ręką, że nawet odważyłam się na kilka portretów, coś czego zwykle unikam z godną podziwu premedytacją. Tak przywykłam do widoku tych pięknych twarzy, że dzisiaj już tęsknię za nimi.

Related Posts with Thumbnails