Posts tagged ·zima·...

Note to Self

Be reminded, at times of rain-induced despair, that the west coast of British Columbia is actually a nice place to spend a winter. There are lots of places where winter blues hit far more acutely. Roses survive the rain here, why wouldn’t I? Or rather, are these roses the truly tenacious bunch?
20110226_GosiaMaj-SigWithDaisy

20130224_NoteToSelf

Przypomnienie! W momentach desperacji spowodowanej deszczem, pamiętać mam, że wybrzeże Kolumbii Brytyjskiej jest w zasadzie bardzo dobrym miejscem na spędzenie zimy. Jest masa miejsc, gdzie zima daje się potężnie we znaki. Róże przeżywają tutaj zimę, więc czemu nie mam ja?
20110226_GosiaMaj-SigWithDaisy

Comments Off

Hibernating Beauties

The weekend is coming to an end. Hope you guys are having a great time. Two days off work is never enough for me, especially with long walks that I’m attempting every day to keep my FitBit happy. The strange weather continues. It’s freezing cold with a temperature inversion happening, so our whole meteorological world is turned upside down. It’s cold and foggy in low elevations and bright and sunny in the higher ones. Thankfully, we live a little higher and the sun keeps us company, but entertaining a walk yesterday in the nearby park was a gloomy, milky experience. The nature is still fast asleep everywhere. The hydrangeas withstand the weight of the snow that doesn’t want to melt and hibernate peacefully under their snowy covers. I guess, I should let them and just wait for the nature to run its course – not an easy task. When it concerns spring, I want to meddle. Sigh!

20110226_GosiaMaj-SigWithDaisy

20130120_HibernatingBeauties

Weekend się powoli kończy – mam nadzieję, że mija on Wam milutko. Dwa wolne dni to zdecydowanie za krótki czas, żeby odpocząć, zwłaszcza że spacery zabierają mi masę tego wolnego czasu, ale czego się nie robi, żeby FitBit był zadowolony. Dziwna pogoda nadal u nas trwa. Jest mroźno, a do tego inwersja temperatury postawiła cały nasz meteorologiczny świat na głowie. Zimno i mgliście nisko, ale za to jasno i słonecznie jak się mieszka trochę wyżej. Na szczęście słoneczko dotrzymuje mi towarzystwa, ale wczorajszy spacer w pobliskim parku odbył się prawie po omacku. Zdążyłam jednak przyuważyć, że natura jeszcze drzemie. Hortensje przykryte śniegowymi kołderkami wyglądają nawet przytulnie i nie przeszkadza im, że ten śnieg nie chce topnieć. No cóż, czas bym powstrzymała swoje wiosenne zapędy i pozwoliła przyrodzie przejść jej odwieczny cykl. Oj, nie będzie to łatwe, bo gdy przychodzi do wiosny, to staję się potężnie niecierpliwa i wścibska. Ohhh!
20110226_GosiaMaj-SigWithDaisy

Flowers for the Year

Flowers are on my mind. On Sunday, I searched four different garden centres for spring flowers, and guess what, nothing, nowhere. All I heard was: “It’s too early”. How come then I’m in such a need for colourful blooms around me? Not willing to wait, I’ve compiled some of my flower images into a calendar collage. Hope you enjoy it!


Pin It

W głowie mam tylko kwiaty. Kwiaty, których nie ma jeszcze w sklepach. Ogrodnicy zgodnie twierdzą, że stanowczo na nie za wcześnie. Dlaczego więc tak tęsknię za czymś co by kwitło i może nawet trochę pachniało, skoro nie jest jeszcze na to pora? Nie zamierzam czekać, więc na prędce złożyłam kolaż w kwiatów, które fotografowałam przez cały zeszły rok. Mam nadzieję, że ten kwietny kalendarz cieszy oko!

How to Explain…

It must have been one possessed sandwich maker to paint the handles of all these spread knives in the many colours. I have nothing but admiration for such a level of culinary equipment commitment, so I didn’t hesitate to grab the bag of these utensils while in the neighbourhood thrift store. Actually, the trip to this store was the one and only venture outside. Hard to believe, but our return to Vancouver coincided with the rare occurance of the massive arctic air system that parked itself over the city keeping everyone in check with snowfall, snow drifts, sub-zero temperatures, and maniacally icy-slick roads. I don’t remember the last time I felt my body was turning into an icicle (O.K., I do, hello Montreal 1991!), so this is the close second. Back to the knives then. How cool is it to have all these amazing colours to play with. Now some bread baking needs to happen, followed closely by some food photography. And I better do it fast, because if I continue letting a full week slide between the posts, soon enough, I’ll lose you all, my friends. I hope it won’t come to that. Have a relaxing Sunday!

Gdybym miała zgadywać, to pomyślałabym, że musiał to być jakiś zapalony właściciel sklepiku z kanapkami, który przemalował rączki tym wszystkim kanapkowym nożom. Jestem jednakowoż pełna podziwu dla takiego poświecenia sprzętowi kuchennemu, więc kiedy natknęłam się na torbę wypełnioną tymi kolorowymi nożami w sklepie ze starociami, to nie zawahałam się nawet przez chwilę, żeby je zakupić. Przyznaję jednak, że wyprawa do tego sklepu była jedyną na jaką się zdecydowałam (poza dojazdami do pracy) przez cały długi tydzień. Nasz powrót do Vancouver z Phoenix nałożył się z bardzo rzadkim napływem arktycznego powietrza z północy, który tkwił nad nami przez całe pięć dni, trzymając nas w ryzach obfitymi opadami śniegu, zaspami, temperaturami dużo poniżej zera i diabelsko śliskimi drogami. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz było mi tak zimno… O.K. – pamiętam, Montreal w 1991 roku, ale tych kilka ostatnich dni śmiało może z montrealską pogodą rywalizować. Wracając do noży, fajnie jest mieć je w zasięgu ręki, to i może wreszcie upiekę jakiś nowy chleb, i może też go obfotografuję z nożykami w formie rekwizytów. Dobrze też byłoby, żebym uczyniła to wkrótce, bo jak będę się tak ociągać z pisaniem na blogu, to stracę ostatniego czytelnika. Mam nadzieję, że do tego nie dojdzie, wybaczcie więc to długie milczenia. Życzę Wam tymczasem spokojnej niedzieli.

Back to Normal.  But What Is Normal, Anyway?

Yes, it was nice. Christmas and the New Year, I mean. Lot’s of time to relax, plenty of food, good company, and holiday cheer. Today, however, was the day of coming back to one’s senses. Early rising, bringing house into order, exercising, bills, etc. I normally do these things without grimacing too much. After years of agonizing over things to be done, endless procrastinating, and whining about no personal time, I now have the time for them all. I know it’s luxurious and uncommon. The challenge is though that now I have time for far too many interests. Areas that I would not consider investing time into while I was working. Hobbies like bread baking, photography, or this blogging endeavor, for instance. So no wonder this day has slipped away from me. The time was warped or something, because before I knew it, it was already dark outside. I remarkably did and finished a few things and they astonishingly felt good. All this idling over the holidays must have made me eager for some exertion finally. Lo and behold, I started running again. I stopped in July for some ungodly reason, gained 10 pounds, and blamed my avoidance on the Vancouver rainy weather. On this January 2nd, though, I went out, ran 5Ks in rain and did not complain a bit. I ran every day since, today again in miserable rain, but it only added to my faster time, so no complaints again. I forgot how good it feels to move this old body. Please remind me if you catch me forgetting again.

I also baked focaccia genovese and i will show you pictures tomorrow. For the time being, I am attaching two picks from a quick outing A. and I did yesterday, when the sun teased us through the thin layer of clouds for a few rapid moments. We quickly seized the opportunity and went for a short walk with a camera. The skyline around Vancouver on a winter day in January is so beautiful. The snowy mountains are magical to look at. I just have to remember to look every day.

Brigdes over the Fraser River

Sky Train Dwarfed by the Coquitlam Mountain

Pięknie minęły te Święta i Nowy Rok, z mnóstwem czasu na relaks, wybornym jedzeniem, jeszcze lepszym towarzystwem i wystarczającą ilością trunków. Dzisiaj, niestety, nadszedł czas, kiedy to trzeba było wstać przed świtem, zorganizować dom na nowo, uregulować rachunki, poćwiczyć, oraz wykonać masę innych, podobnych temu zadań. Zwykle poddaję się tym obowiązkom bez grymaszenia. Lata narzekań na chroniczny brak czasu, niekończącą się liczbę rzeczy do zrobienia i ciągłego opłakiwania straconych cennych chwil nauczyły mnie, że teraz, skoro jestem wolna od zawodowych obowiązków, każdy moment jest drogocenny bez względu na to jak nudne zadania mam do wykonania. Doceniam bardzo tę sytuację i wdzięczna jestem bez końca. Okazuje się jednak, że obecnie mam czas na przerożne, nowe zainteresowania, które to by mi do głowy nie przyszły gdy praca zawodowa pożerała mój dzień. Takie hobby jak pieczenie chleba, fotografia, czy ten blog nawet mi nie świtały w głowie. Nic dziwnego więc, że dzień dzisiaj mi przeleciał przez palce i zanim wiedziałam co się dzieje już był wieczór. Mimo tego kosmicznego tempa udało mi się uwieńczyć sukcesem kilka spraw a to przypuszczam wynikało ze świątecznego lenistwa. Podejrzewam, gotowa byłam na choć odrobinę wysiłku fizycznego. Oznajmiam więc, ze powróciłam do biegania, które to zarzuciłam w lipcu (zaraz po powrocie z wakacji w Polsce – jakiś związek?). Moje obwinianie vancouverskiej, deszczowej pogody za te 5 dodatkowych kilogramów doczepionych do mojego brzucha, już przestały wywierać wrażenie na A. i na wszystkich innych, wobec czego nie było wyjścia i 2-go stycznia przebiegłam 5 km w silnym deszczu bez narzekania. Co więcej, biegam już codziennie, dzisiaj ponownie w ulewnym deszczu, ale ten deszcz przyczynił się do mojego lepszego czasu, wiec nie mam powodów do gderania. Zapomniałam, niestety, jak dobrze jest trzymać się w ruchu i w zdrowej wadze. Jak kiedyś znów zapomnę, przypomnijcie mi, proszę.

Udało mi się również upiec dzisiaj focaccia genovese – zdjęcia zapodam jutro. Póki co jednak, dołączam dzisiaj kilka zdjęć z szybkiego wyjścia, które to razem z A. udało nam doprowadzić do skutku w miniaturowej przerwie od deszczu wczoraj, kiedy to słońce pokazało się przez chmury na kilka krótkich chwil. Czym prędzej wyruszylismy nad rzekę Fraser z aparatem w ręce. Vancouver wygląda zimą po prostu magicznie z ośnieżonymi górami z każdej strony, w którą popatrzysz. Sztuką jest pamiętać, żeby patrzeć.

Unscented Christmas Tree

Doesn’t it sound waaaayyy! nicer than “an artificial tree”? I think it’s just a matter of time before some smart person invents scented artificial Christmas trees smelling of spruce all the way until New Year. It was a lovely day yesterday decorating the tree, but the pungent green smell was definitely missing throughout the entire decorating experience. Thankfully, it started snowing and this little fact instantly improved perceptions, so the whole scene became somewhat deserving a picture.

20091213_Choinka-1

Honestly, nothing beats a lazy afternoon, when ALL you have to do is to decorate your Christmas tree in a leisurely way, no pacing, no planning, just pure enjoyment of the moment. I wish for all of us to feel this all through this Holiday Season.

20091213_Choinka

Zatytułoawałam ten wpis “Bezzapachowa Choinka” i wierzę, że brzmi to znacznie przyjaźniej niż “sztuczna choinka”. Mniemam również, że niebawem już bedziemy kupowac sztuczne choinki pachnące swierkiem aż do Nowego Roku. To tylko kwestia czasu. To moje bezzapachowe dekorowanie choinki miało miejsce w trakcie pierwszego opadu śniegu. Czy można sobie wyobrazić bardziej idealne warunki?

Muzyczka sącząca się z radia, dekoracje, każda posiadająca swoją własną, indywidualną historię, bez pośpiechu i bez planowania – takiej świątecznej atmosfery życzę każdemu z nas.

Related Posts with Thumbnails