Posts tagged ·zdjęcie·...

Props

Ilva at Lucillian Delights has this awesome series of posts, revealing prop secrets behind her unforgettable photography. I’ve enjoyed the series tremendously, and was thrilled to learn that she invited her readers to share their own prop stashes. I thought, I would give it a try, but first, I admit, that my collection is rather meager. I love to corral the pieces that I might use for the pictures, but it takes a huge effort to keep them contained to storage spaces, and not allowing them to clutter our limited living space. Therefore, I’m fairly disciplined not to bring home every cute dish I see on my visits to the thrift store. Nevertheless, I love playing with the few things that are in my possession.
The most excitement comes from collecting linens. The real thing that is. I’m of opinion that the supple linen texture adds the visual depth to the close-up shots and having the assortment of colours, makes it easier to match the dominant hues of the photo subject. Then come other surfaces – boards, the more weathered, the better, the tiles with all the colours and textures that one can dream of.
As for the dishes, thanks to Ilva’s photography, strictly by examining her beautiful images, I managed to conclude, a while back, that it takes the smallest dish to make the difference in the food shot. The fact she so graciously confirmed in her prop series. Thus, I started picking up the small vessels each time I came across one, and today, I amassed quite a collection.
Bottle glass is something I can’t ignore either. It’s unpretentious and environmentally-friendly, so it finds its spot throughout my house and I happily use it in photos.
The utensils are probably the most challenging finds. Rarely will I encounter silver pieces, so I focus on funky shapes and interesting handles whenever possible. Also, because I mostly shoot breads, I’m more interested in bread and butter knives more than any other cutlery piece.
Styling my own little photo shoot is enormously enjoyable, however, as I admitted in my past post titled Pizza Night, making the cooked food look good on pictures, is far more difficult than just shooting regular objects.

Ilva z Lucillian Delights napisała serię blogów poświęconych rekwizytom jakich używa do robienia swoich niezapomnianych zdjęć. Ta seria zainteresowała mnie niezmiernie, więc tymbardziej ucieszyłam się na wiadomość, że Ilva zaprosiła czytelników swojego blogu, żeby opisali swoje własne kolekcje fotograficznych rekwizytów. Postanowiłam więc wziąć udział, ale przyznaję, że moje zbiory są raczej mizerne. Zagarnianie tych wszystkich eksponatów, które w przyszłości mogą być zastosowane w sesji fotograficznej zdecydowanie należy do moich hobby, ale niestety utrzymanie ich w porządku jest poważnym wysiłkiem, ponieważ te wszystkie małe, nie od pary obiekty mają tendencję zagracać ograniczoną przestrzeń w naszym mieszkaniu. Dlatego jestem dość zdyscyplinowana jeśli chodzi o przyciąganie do domu wszystkiego co mi się podoba. Nie mniej jednak, cieszy mnie tych kilka rzeczy, które aktualnie posiadam.
Najbardziej lubię uzywać lnianych ścierek i obrusów jako tła lub powierzchni. Miekkość i tekstura lnu dodają głębi i trójwymiarowości w fotograficznych zbliżeniach, a różnorodnośc kolorów ułatwia zgranie z dominujacymi kolorami w obiekcie, który fotografuję. Innymi rekwizytami, których używam jako powierzchni są deski – im bardziej zużyte i stargane pogodą, tym lepiej, no i kafle ze swoją nieograniczoną liczbą kolorów i tekstur.
Jeśli chodzi o naczynia, to już dawno zrozumiałam, pilnie badając zdjęcia Ilvy, że używanie najmniejszych talerzyków i miseczek, jest kluczem. Ten fakt Ilva łaskawie potwierdziła w swoim blogu. Dlatego też już od dość dawna kolekcjonuję porcelanowe maleństwa i dzisiaj mam już dość pokaźną kolekcję.
Szkło butelkowe jest czymś, co trudno mi zignorować. Podoba mi się jego niepretensjonalność i to, że jest recyklowane z butelek, dlatego jest go dużo, rozsianego po całym mieszkaniu, i chętnie używam go w zdjęciach.
Sztućce są chyba najtrudniejszym rekwizytem do wynalezienia. Bardzo rzadko uda mi się wypatrzyć jakiś pojedyńczy srebrny egzemplarz, więc koncentruję się na śmiesznych kształtach i interesujących rączkach. Do tego, ponieważ większość moich zdjęć związanych z jedzeniem dotyczy chleba, to naturalnie oscyluję między nożami chlebowymi czy małymi nożykami do masła.
Stylizowanie moich własnych sesji zdjęciowych jest już moim hobby, jednakowoż, tak jak przyznałam w odcinku blogu o robieniu pizzy, fotografowanie świeżo przygotowanego jedzenia jest o wiele trudniejsze, niż fotografowanie zwykłych obiektów.

Fair Trade… Snow for the Sun

So I went to the neighbourhood park three days ago with the intention of shooting some exciting pictures of the snow that fell here in Vancouver. I know, I know. Snow? Exciting? What is there to show, or write about? After all it’s winter, and this is Canada, baby. This is the snow land, right? Wrong! The snow fell on the weekend, and was gone by mid-day Monday. So I rushed to the deserted park, hoping to find some virgin snow, quickly, before it melted and green grass started showing through. I found the snow, took a few nice HDR shots, and went back home to discover I was taking pictures without the memory card in the camera. I’m sure, I am the only person who has ever done it… three times. Embarrassing and totally infuriating. It got me demotivated, until today. Because today I’ve realized, it’s been a year already since our vacation in Mexico. Nothing would be so extraordinary about this fact, if it weren’t for the simple truth that a year was not enough time for me to share copies of the vacation pictures with our dear friends from Kelowna, B.C. – J. and B., whom we met in Huatulco and kept in touch ever since. J. is famously patient with people like myself, but I thought that a year’s long wait for a few ordinary vacation pictures could test even the kindest of the souls. So I hassled today to finish putting these pictures together for J. and B. and to send them to Kelowna, accompanied by my famous “forgive-me-please” biscotti and the heart-felt Christmas greetings.
Since the pictures are sitting here on my desktop, why not show them as the replacement pics for the promised snowy ones? I’ll trade snow for the sun any time.

20091217_Huatulco7250-3

20091217_Huatulco7250-2

20091217_Huatulco7250-1

Jeśli dobrze pamietacie, to jakieś trzy dni temu padał u nas śnieg. Wiem, że nikogo to nie dziwi, w końcu zima panuje na tej pólkuli i mieszkamy w Kanadzie – krainie śniegu. Niezupełnie tak, bo klimat mamy morski tutaj w Vancouver i jak spadnie śnieg, co jest rzadkością, to wszyscy się cieszą, dzieci i dorośli. Miasto po prostu zamiera. Jeszcze nas nie nauczono jeździć po śniegu, wobec czego zamykają się szkoły, rodzice zostają w domu, żeby się opiekować dziećmi, o pracy nikt nawet nie pomyśli. Generalnie zaczyna panować nastrój euforii i wszyscy liczą na to, że ten śnieg, padając bez końca, jest w stanie rozwiązać wszystkie nasze egzystencjalne problemy. Tymczasem, śnieg szybko zamienia się w deszcz i zanim obudzimy się z naszego dziennego marzenia, już trzeba wracać do pracy.
Dlatego, bez zbędnej zwloki, wyruszyłam do pobliskiego parku w poszukiwaniu przyjemnych dla oka scen zimowych, ktorymi mogłabym się z Wami tutaj podzielić. Wszystko ukladalo sie sprawnie, śnieg leżał w parku dziewiczy, zdjęcia zostały zrobione, aż nie wróciłam do domu, gdzie to odkryłam, że w aparacie fotograficznym, przez cały czas robienia zdjęć, nie miałam karty z pamięcią. Nic nadzwyczajnego, każdemu może się to przydarzyć. Mi, na przykład, przydarzyło się to po raz trzeci. Sfrustrowana i pozbawiona wszelkiej mytywacji, zarzuciłam cały ten zdjęciowy biznes… znaczy aż do dzisiaj. Bo dzisiaj, uświadomiłam sobie, ze wlaśnie mija rok od naszych wakacji w Meksyku. I chociaz, nie brzmi to aż tak niewiarygodnie, to niewiarygodnym jest fakt, że przez ten cały rok, nie podzieliłam się wakacyjnymi zdjęciami ze znajomymi z Kelowna, B.C. – J. i B., których to poznaliśmy na tych wakacjach, i którzy to okazali się być ludźmi, z którymi spędziliśmy wiele wpaniałych wakacyjnych chwil. J. słynie z anielskiej cierpliwości, ale roczne oczekiwanie na kilka marnych zdjęć, mogło zniechęcić nawet najłagodniejszą duszę. W obawie przed utratą ostatniej krzty wiarygodności, pośpiesznie zakończyłam sortowanie zdjęć i jutro wysyłam je razem z biscotti, które mają na celu przekupić i pomóc zapomnieć.
Tymczasem, skoro te zdjęcia siedzą na moim pulpicie, to czemu ich nie pokazać w zamian za te obiecane śnieżne? Wybór nie jest trudny – lepsze slońce niż śnieg.