Posts tagged ·zdjęcia·...

Sit Down and Rest Awhile

I’ve decided to go back to my summer photos. We did quite a bit of traveling last summer and as I hurriedly shared some of the images in my impromptu travel posts, there were still a few that hadn’t made the first cut, but I felt, they carried some visual emotion, or a candid photographic message that might be worthwhile sharing.
To tell you the truth, I’m drowning in unsorted photos that I’ve been shooting indiscriminately for way too long. Finally, the time came that not only they’re unmanageable, boggling my hard drive, and slowing down the efficiencies of the photo-processing software I’m using, but my reckless approach is generally making A. lose his cool, as he is the only person I know who will methodically collect all the photos, gather them on an external disk, catalog, tag and back them up without one complaint. Yes, my lack of cooperation is reprehensible. So here I’m going to start solving this problem. As I go back to some of the past shots that might turn out note-worthy, I also, commencing today, sort, delete, tag and submit for storing my daily takes. Faithfully, every day, one shooting day at the time, they will slowly but surely disappear from this hard drive and will rest peacefully to be cherished, or trashed, by posterity. Uff! Hard work! I better sit down and rest awhile.

Zdecydowałam powrócić do co niektórych zdjęć z lata 2010. Udało nam się trochę popodróżować w zeszłym roku, i chociaż podzieliłam się niektórymi z tych zdjęć w szybkich blogach z podróży, to zostało jeszcze wiele tych, które choć nie zaliczyły pierwszej selekcji, to wydaje mi się, wyrażają trochę emocji, lub fotograficznie komunikują to co zdaje się przyciągać moją uwagę, gdy dane mi jest poruszanie się po świecie (otoczeniu) z aparatem w ręce.
Przyznaję się, że tonę w nieposortowanych zdjęciach, które strzelam bez kontroli już od bardzo dawna. W końcu musiał nadejść czas, kiedy nie mogę sobie już z nimi poradzić, ponieważ zaśmiecają mi dysk, spowalniają programy do obróbki, i do tego, moje lekkomyślne podejście do rzeczy powoduje, że A. zaczyna tracić cierpliwość, jako że on jest jedyną osobą jaką znam, która z rozmysłem zbiera, składa na zewnętrznym dysku, kataloguje, taguje, i cierpliwie tworzy zapasowe kopie wszystkich zdjęć jakie wpadną mu w rękę. Zdecydowanie mój brak kooperacji jest niewybaczalny, wiem. Dlatego wreszcie nastał moment, kiedy to przyłożę się do rozwiązania problemu, a nie do jego tworzenia. Począwszy od dzisiaj, codziennie, wiernie, sesja po sesji, moje zdjęcia powoli zaczną znikać z tego laptopa, i zostaną złożone dla potomstwa, ku jego radości, lub przekleństwu. Przyszłość pokaże. Uff! Odwaliłam kawał dobrej mentalnej roboty. Czas żeby przysiąść na krzesełu i odpocząć chwileczkę.

Comments Off

Creativity – My Renditions

I thought I would gather the photo images I presented at the Creativity Boot Camp in one big collage.  The camp is finished now. However, when it went on, each day I would be stretched to my limits to figure out how to render a given topic. Some were easy, others kept me puzzled and clueless till the end, but I kept shooting and having fun. So here they are (clockwise from top left): smooth, full-bodied, fluid, picnic, smile, fly, ivory, multi-layered, ornament, heavy metal, drizzle, grow, hush.

Pomyślałam, żeby zebrać wszystkie zdjęcia, które zaprezentowałam w “Twórczym Treningu” w jeden kolaż. Trening już się zakończył. Jednak gdy trwał, to wymagał ode mnie trochę wysiłku i koncentracji, żeby adekwatnie zaprezentować dzienny temat zdjęciem. Niektóre z tych tematów były łatwe, inne były zagadką do końca, ale mimo te strzelałam zdjęcia i jednocześnie, bawiłam się dobrze. Oto one (według wskazówek zegara od górnego lewego rogu): gładki, pełnego ciała, fluid, piknik, uśmiech, latać, w kolorze kości słoniowej, wielowarstwowy, ornament, heavy metal (ciężki metal), mżawka (struga), rosnąć, cicho!

Happy Birthday A.!

Today is A’s birthday. His 50th birthday, to be exact. This is plenty occasion to celebrate and that we’ll do, but in the meantime my best wishes for you.

All that I wish you, my love, can hardly be expressed in words. We’ve spend over a quarter century together and there is nobody, nowhere that I would rather spend my life with than you. I wish that all your dreams come true, I know mine have. I love you.
Dzisiaj są 50-te urodziny A. To jest wyjątkowa okazja, żeby swiętować, i świętować będziemy. Póki co, najlepsze życzenia urodzinowe.
To czego Ci życzę, ciężko jest wyrazić w słowach. Spędziliśmy razem ponad ćwierć wieku i wiem, że nigdzie, na całym świecie nie ma nikogo innego z kim raczej bym spędzała życie. Jesteś moją miłością. Życzę, żeby spełniły się Twoje wszystkie marzenia, ja wiem, moje się spełniły. Kocham Cię.

Back to Normal.  But What Is Normal, Anyway?

Yes, it was nice. Christmas and the New Year, I mean. Lot’s of time to relax, plenty of food, good company, and holiday cheer. Today, however, was the day of coming back to one’s senses. Early rising, bringing house into order, exercising, bills, etc. I normally do these things without grimacing too much. After years of agonizing over things to be done, endless procrastinating, and whining about no personal time, I now have the time for them all. I know it’s luxurious and uncommon. The challenge is though that now I have time for far too many interests. Areas that I would not consider investing time into while I was working. Hobbies like bread baking, photography, or this blogging endeavor, for instance. So no wonder this day has slipped away from me. The time was warped or something, because before I knew it, it was already dark outside. I remarkably did and finished a few things and they astonishingly felt good. All this idling over the holidays must have made me eager for some exertion finally. Lo and behold, I started running again. I stopped in July for some ungodly reason, gained 10 pounds, and blamed my avoidance on the Vancouver rainy weather. On this January 2nd, though, I went out, ran 5Ks in rain and did not complain a bit. I ran every day since, today again in miserable rain, but it only added to my faster time, so no complaints again. I forgot how good it feels to move this old body. Please remind me if you catch me forgetting again.

I also baked focaccia genovese and i will show you pictures tomorrow. For the time being, I am attaching two picks from a quick outing A. and I did yesterday, when the sun teased us through the thin layer of clouds for a few rapid moments. We quickly seized the opportunity and went for a short walk with a camera. The skyline around Vancouver on a winter day in January is so beautiful. The snowy mountains are magical to look at. I just have to remember to look every day.

Brigdes over the Fraser River

Sky Train Dwarfed by the Coquitlam Mountain

Pięknie minęły te Święta i Nowy Rok, z mnóstwem czasu na relaks, wybornym jedzeniem, jeszcze lepszym towarzystwem i wystarczającą ilością trunków. Dzisiaj, niestety, nadszedł czas, kiedy to trzeba było wstać przed świtem, zorganizować dom na nowo, uregulować rachunki, poćwiczyć, oraz wykonać masę innych, podobnych temu zadań. Zwykle poddaję się tym obowiązkom bez grymaszenia. Lata narzekań na chroniczny brak czasu, niekończącą się liczbę rzeczy do zrobienia i ciągłego opłakiwania straconych cennych chwil nauczyły mnie, że teraz, skoro jestem wolna od zawodowych obowiązków, każdy moment jest drogocenny bez względu na to jak nudne zadania mam do wykonania. Doceniam bardzo tę sytuację i wdzięczna jestem bez końca. Okazuje się jednak, że obecnie mam czas na przerożne, nowe zainteresowania, które to by mi do głowy nie przyszły gdy praca zawodowa pożerała mój dzień. Takie hobby jak pieczenie chleba, fotografia, czy ten blog nawet mi nie świtały w głowie. Nic dziwnego więc, że dzień dzisiaj mi przeleciał przez palce i zanim wiedziałam co się dzieje już był wieczór. Mimo tego kosmicznego tempa udało mi się uwieńczyć sukcesem kilka spraw a to przypuszczam wynikało ze świątecznego lenistwa. Podejrzewam, gotowa byłam na choć odrobinę wysiłku fizycznego. Oznajmiam więc, ze powróciłam do biegania, które to zarzuciłam w lipcu (zaraz po powrocie z wakacji w Polsce – jakiś związek?). Moje obwinianie vancouverskiej, deszczowej pogody za te 5 dodatkowych kilogramów doczepionych do mojego brzucha, już przestały wywierać wrażenie na A. i na wszystkich innych, wobec czego nie było wyjścia i 2-go stycznia przebiegłam 5 km w silnym deszczu bez narzekania. Co więcej, biegam już codziennie, dzisiaj ponownie w ulewnym deszczu, ale ten deszcz przyczynił się do mojego lepszego czasu, wiec nie mam powodów do gderania. Zapomniałam, niestety, jak dobrze jest trzymać się w ruchu i w zdrowej wadze. Jak kiedyś znów zapomnę, przypomnijcie mi, proszę.

Udało mi się również upiec dzisiaj focaccia genovese – zdjęcia zapodam jutro. Póki co jednak, dołączam dzisiaj kilka zdjęć z szybkiego wyjścia, które to razem z A. udało nam doprowadzić do skutku w miniaturowej przerwie od deszczu wczoraj, kiedy to słońce pokazało się przez chmury na kilka krótkich chwil. Czym prędzej wyruszylismy nad rzekę Fraser z aparatem w ręce. Vancouver wygląda zimą po prostu magicznie z ośnieżonymi górami z każdej strony, w którą popatrzysz. Sztuką jest pamiętać, żeby patrzeć.

Fair Trade… Snow for the Sun

So I went to the neighbourhood park three days ago with the intention of shooting some exciting pictures of the snow that fell here in Vancouver. I know, I know. Snow? Exciting? What is there to show, or write about? After all it’s winter, and this is Canada, baby. This is the snow land, right? Wrong! The snow fell on the weekend, and was gone by mid-day Monday. So I rushed to the deserted park, hoping to find some virgin snow, quickly, before it melted and green grass started showing through. I found the snow, took a few nice HDR shots, and went back home to discover I was taking pictures without the memory card in the camera. I’m sure, I am the only person who has ever done it… three times. Embarrassing and totally infuriating. It got me demotivated, until today. Because today I’ve realized, it’s been a year already since our vacation in Mexico. Nothing would be so extraordinary about this fact, if it weren’t for the simple truth that a year was not enough time for me to share copies of the vacation pictures with our dear friends from Kelowna, B.C. – J. and B., whom we met in Huatulco and kept in touch ever since. J. is famously patient with people like myself, but I thought that a year’s long wait for a few ordinary vacation pictures could test even the kindest of the souls. So I hassled today to finish putting these pictures together for J. and B. and to send them to Kelowna, accompanied by my famous “forgive-me-please” biscotti and the heart-felt Christmas greetings.
Since the pictures are sitting here on my desktop, why not show them as the replacement pics for the promised snowy ones? I’ll trade snow for the sun any time.

20091217_Huatulco7250-3

20091217_Huatulco7250-2

20091217_Huatulco7250-1

Jeśli dobrze pamietacie, to jakieś trzy dni temu padał u nas śnieg. Wiem, że nikogo to nie dziwi, w końcu zima panuje na tej pólkuli i mieszkamy w Kanadzie – krainie śniegu. Niezupełnie tak, bo klimat mamy morski tutaj w Vancouver i jak spadnie śnieg, co jest rzadkością, to wszyscy się cieszą, dzieci i dorośli. Miasto po prostu zamiera. Jeszcze nas nie nauczono jeździć po śniegu, wobec czego zamykają się szkoły, rodzice zostają w domu, żeby się opiekować dziećmi, o pracy nikt nawet nie pomyśli. Generalnie zaczyna panować nastrój euforii i wszyscy liczą na to, że ten śnieg, padając bez końca, jest w stanie rozwiązać wszystkie nasze egzystencjalne problemy. Tymczasem, śnieg szybko zamienia się w deszcz i zanim obudzimy się z naszego dziennego marzenia, już trzeba wracać do pracy.
Dlatego, bez zbędnej zwloki, wyruszyłam do pobliskiego parku w poszukiwaniu przyjemnych dla oka scen zimowych, ktorymi mogłabym się z Wami tutaj podzielić. Wszystko ukladalo sie sprawnie, śnieg leżał w parku dziewiczy, zdjęcia zostały zrobione, aż nie wróciłam do domu, gdzie to odkryłam, że w aparacie fotograficznym, przez cały czas robienia zdjęć, nie miałam karty z pamięcią. Nic nadzwyczajnego, każdemu może się to przydarzyć. Mi, na przykład, przydarzyło się to po raz trzeci. Sfrustrowana i pozbawiona wszelkiej mytywacji, zarzuciłam cały ten zdjęciowy biznes… znaczy aż do dzisiaj. Bo dzisiaj, uświadomiłam sobie, ze wlaśnie mija rok od naszych wakacji w Meksyku. I chociaz, nie brzmi to aż tak niewiarygodnie, to niewiarygodnym jest fakt, że przez ten cały rok, nie podzieliłam się wakacyjnymi zdjęciami ze znajomymi z Kelowna, B.C. – J. i B., których to poznaliśmy na tych wakacjach, i którzy to okazali się być ludźmi, z którymi spędziliśmy wiele wpaniałych wakacyjnych chwil. J. słynie z anielskiej cierpliwości, ale roczne oczekiwanie na kilka marnych zdjęć, mogło zniechęcić nawet najłagodniejszą duszę. W obawie przed utratą ostatniej krzty wiarygodności, pośpiesznie zakończyłam sortowanie zdjęć i jutro wysyłam je razem z biscotti, które mają na celu przekupić i pomóc zapomnieć.
Tymczasem, skoro te zdjęcia siedzą na moim pulpicie, to czemu ich nie pokazać w zamian za te obiecane śnieżne? Wybór nie jest trudny – lepsze slońce niż śnieg.