Posts tagged ·travel·...

Restful on Rugen

Three days on the peaceful island of Rügen is enough to trasport us into the most blissful state of mind. Everything is so beautiful here, gentle, and easy-going. We make trips to nearby towns and places of interest – Binz, Kap Arkona, Bergen auf Rügen, or the closest in the area – Putbus. This is the best way to travel – to walk around, to admire the sites, to talk to the locals, and to taste their food. Ah, vacations!

Trzy dni na cichej i spokojnej Rugii wystarczyło by przenieść nas w błogi, wakacyjny stan. Wszystko jest takie ładne, przyjemne i łatwe tutaj. Codziennie wyruszamy na krótkie wycieczki do pobliskich miasteczek i turystycznych atrakcji – Binzu, przylądka Arkony, Bergen auf Rügen, czy najbliższej z miejscowości – Putbus. Ponownie upewniam się w przekonaniu, że to jest najlepszy sposób na zwiedzanie – spacery, podziwianie widoków, rozmowy z mieszkańcami i testowanie ich kuchni. Dobrze być na wakacjach!

Comments Off

Without Borders

This is not the first time when I state that I love the fact that Europe has almost no borders. This is true in Świnoujście and Ahlbeck – two seaside, neighbouring towns, once separated by the Polish-German border, now an open crossing with people on both sides freely mingling and learning the sensibilities that arise from different national backgrounds. Such opportunities become the most significant lessons in tolerance.

Nie pierwszy raz orzekam, że bardzo podoba mi się to, że Europa nie ma już prawie granic. Tak też jest w Świnoujściu i Ahlbeck – dwóch nadmorskich miejscowościach, które kiedyś dzieliła granica polsko-niemiecka, a dzisiaj są tylko miejscem, gdzie ludzie po obu stronach stanowią przemieszany tłum, uczący się na żywo obyczajów i wrażliwości narzuconych przez odmienne pochodzenie. Takie okoliczności stanowią najważniejsze lekcje w tolerancji, a nauczyć się tolerancji nam potrzeba.

Comments Off

My Affinity for Beach Baskets

When I see beach baskets like these, I know, I’m on the Baltic Sea coast. They are the inseparable element of my memory of the seaside vacations where the cold, northerly winds are a common occurrence, but the sunshine has the ability to warm you up as long as you’re hidden in one of them.

Gdy widzę kosze plażowe, to wiem, że jestem nad Bałtykiem. Są one nieodłącznym elementem moich wspomnień z nadmorskich wakacji, kiedy to nigdy nie jest za ciepło z powodu zimnych podmuchów z północy, ale jeśli tylko siedzisz w jednym z tych koszy, to masz szanse, by słońce ogrzało Cię na tyle, że czujesz się jak na plaży nad morzem Śródziemnym

Comments Off

When the Rain Comes

Rain on vacations is not exactly what you want to experience. When it’s 9 in the Beaufort scale while the sole attraction of the area is the beach and the proximity of one stormy sea, you have no other option than to turn to your adventurous side – take pictures of the shells you picked up the day before, when it was still sunny. Seeing people with long faces, soaked with rain, made us pack up, leave Mrzeżyno, and go westwards along the Baltic seaside, waiting for the sunshine to emerge again.

Trudno jest zaakceptować deszcz na wczasach. Kiedy przychodzi sztorm 9 w skali Beauforta i jedyną atrakcją regionu jest plaża i wzburzone morze, nie ma innego wyjscia, jak znaleźć sobie nowe wakacyjne zajęcie, na przykład, robić zdjęcia muszelkom zebranym dnia poprzedniego, kiedy to było jeszcze słonecznie. Przyglądając się ludziom, widzieliśmy tylko mnóstwo zawiedzionych twarzy i przemokniętych ciał, więc czym prędzej spakowaliśmy się, opuszczając Mrzeżyno i kierując się na zachód wybrzeżem, z nadzieją, że słońce wyłoni się ponownie.

Fair Trade… Snow for the Sun

So I went to the neighbourhood park three days ago with the intention of shooting some exciting pictures of the snow that fell here in Vancouver. I know, I know. Snow? Exciting? What is there to show, or write about? After all it’s winter, and this is Canada, baby. This is the snow land, right? Wrong! The snow fell on the weekend, and was gone by mid-day Monday. So I rushed to the deserted park, hoping to find some virgin snow, quickly, before it melted and green grass started showing through. I found the snow, took a few nice HDR shots, and went back home to discover I was taking pictures without the memory card in the camera. I’m sure, I am the only person who has ever done it… three times. Embarrassing and totally infuriating. It got me demotivated, until today. Because today I’ve realized, it’s been a year already since our vacation in Mexico. Nothing would be so extraordinary about this fact, if it weren’t for the simple truth that a year was not enough time for me to share copies of the vacation pictures with our dear friends from Kelowna, B.C. – J. and B., whom we met in Huatulco and kept in touch ever since. J. is famously patient with people like myself, but I thought that a year’s long wait for a few ordinary vacation pictures could test even the kindest of the souls. So I hassled today to finish putting these pictures together for J. and B. and to send them to Kelowna, accompanied by my famous “forgive-me-please” biscotti and the heart-felt Christmas greetings.
Since the pictures are sitting here on my desktop, why not show them as the replacement pics for the promised snowy ones? I’ll trade snow for the sun any time.

20091217_Huatulco7250-3

20091217_Huatulco7250-2

20091217_Huatulco7250-1

Jeśli dobrze pamietacie, to jakieś trzy dni temu padał u nas śnieg. Wiem, że nikogo to nie dziwi, w końcu zima panuje na tej pólkuli i mieszkamy w Kanadzie – krainie śniegu. Niezupełnie tak, bo klimat mamy morski tutaj w Vancouver i jak spadnie śnieg, co jest rzadkością, to wszyscy się cieszą, dzieci i dorośli. Miasto po prostu zamiera. Jeszcze nas nie nauczono jeździć po śniegu, wobec czego zamykają się szkoły, rodzice zostają w domu, żeby się opiekować dziećmi, o pracy nikt nawet nie pomyśli. Generalnie zaczyna panować nastrój euforii i wszyscy liczą na to, że ten śnieg, padając bez końca, jest w stanie rozwiązać wszystkie nasze egzystencjalne problemy. Tymczasem, śnieg szybko zamienia się w deszcz i zanim obudzimy się z naszego dziennego marzenia, już trzeba wracać do pracy.
Dlatego, bez zbędnej zwloki, wyruszyłam do pobliskiego parku w poszukiwaniu przyjemnych dla oka scen zimowych, ktorymi mogłabym się z Wami tutaj podzielić. Wszystko ukladalo sie sprawnie, śnieg leżał w parku dziewiczy, zdjęcia zostały zrobione, aż nie wróciłam do domu, gdzie to odkryłam, że w aparacie fotograficznym, przez cały czas robienia zdjęć, nie miałam karty z pamięcią. Nic nadzwyczajnego, każdemu może się to przydarzyć. Mi, na przykład, przydarzyło się to po raz trzeci. Sfrustrowana i pozbawiona wszelkiej mytywacji, zarzuciłam cały ten zdjęciowy biznes… znaczy aż do dzisiaj. Bo dzisiaj, uświadomiłam sobie, ze wlaśnie mija rok od naszych wakacji w Meksyku. I chociaz, nie brzmi to aż tak niewiarygodnie, to niewiarygodnym jest fakt, że przez ten cały rok, nie podzieliłam się wakacyjnymi zdjęciami ze znajomymi z Kelowna, B.C. – J. i B., których to poznaliśmy na tych wakacjach, i którzy to okazali się być ludźmi, z którymi spędziliśmy wiele wpaniałych wakacyjnych chwil. J. słynie z anielskiej cierpliwości, ale roczne oczekiwanie na kilka marnych zdjęć, mogło zniechęcić nawet najłagodniejszą duszę. W obawie przed utratą ostatniej krzty wiarygodności, pośpiesznie zakończyłam sortowanie zdjęć i jutro wysyłam je razem z biscotti, które mają na celu przekupić i pomóc zapomnieć.
Tymczasem, skoro te zdjęcia siedzą na moim pulpicie, to czemu ich nie pokazać w zamian za te obiecane śnieżne? Wybór nie jest trudny – lepsze slońce niż śnieg.