Posts tagged ·spacer·...

Enter At Your Own Peril

I should have listened to my instincts when I stood at the trail-head of a local park-slash-forest ready for a walk. It was a rainy day and the entrance didn’t look too inviting. It was conjuring this disenchanting feeling of an abandoned and forgotten place. But I proceeded regardless and regretted that I have. I lost there my beloved Fitbit. This unfortunate, though rather insignificant event on a wider scope of the cycle called life, still ruined my day. Guess how surprised I was when Fitbit’s Customer Service Rep emailed me that they would send me a new Fitbit as a replacement. Isn’t it one awesome company? I say ‘YEAH!’.
20110226_GosiaMaj-SigWithDaisy

20130203_EnterAtYourOwnPeril

Powinnam była słuchać podszeptów serca, stojąc na wejściu do lokalnego parku. Deszcz i brak światła nie zachęcały do przechadzki, a wręcz odżegnywały od wejścia robiąc wrażenie porzuconego i zapomnianego miejsca na ziemi. Polazłam jednak, mimo ostrzeżeń i zaraz zgubiłam swój ulubiony Fitbit. Choć jest to mało istotne zdarzenie w skali jaką życie może czasem przybrać, to i tak czułam się jak oszukana i pobita. Wyobraźcie sobie jak zaskoczona byłam gdy firma zdecydowała podesłać mi gratis nowy Fitbit. Czy nie są niesamowici? Hurra!
20110226_GosiaMaj-SigWithDaisy

Nesting

What do you think of this picture I took on the walk this morning of a humming bird sitting on its nest? By pure luck I spotted this tiny creature nervously flying above the palo verde tree I was approaching. When it finally landed, I realized it sat in the smallest of the bird nests I’ve ever seen. I scooted out of his realm as quickly as I came, but not before I snapped a picture or two.

Jak Wam się podoba zdjęcie kolibra wysiadującego jajka w gnieździe, które udało mi się zrobić na porannym spacerze? Łut szczęścia sprawił, że spostrzegłam to maleństwo nerwowo fruwające nad palo verde, do którego się zbliżałam. Gdy w końcu wylądował na drzewie, okazało się że siedzi w miniaturowym gniazdku, najmniejszym jakie kiedykolwiek widziałam. Sądząc po jego bacznym obserwowanie każdego mojego ruchu, wiedziałam, że chce żebym się usunęła z jego królestwa czym prędzej. Kilka zdjęć, i tak też zrobiłam.

A Walk in the New Neighbourhood

The Vancouver Canucks, the hockey team we stay loyal to despite the many recent heartbreaks, has lost another game in the Stanley Cup series and I honestly couldn’t take the tension. Instead of biting my fingernails off in front of the TV and listening to A.’s complaints about lousy referees, I took off for a walk in our new neighbourhood in Queen Creek, Arizona. I’ve been admiring the slender beauty of the palo verde tree for a long time with its green barkless trunk, but I’ve never known how gorgeous it looks when it blooms. Well, I’ve had no idea it bloomed at all, until today that is. The flowers transformed the whole neighbourhood into a yellow-carpeted posh scene. It looks really lovely, even the desert cottontail rabbit likes it.

Drużyna hokejowa z Vancouver, Canuks, której to jesteśmy wierni mimo wielu zawodów ostatnio, przegrała kolejny mecz w serii o Puchar Stanleya, a ja nie mogąc znieść tego hokejowego napięcia, i zamiast obgryzać paznokcie w stresie i wysłuchiwać jak A. złorzeczy na sędziów, wyruszyłam na spacer po naszym nowym sąsiedztwie w Queen Creek, w Arizonie. Już od dawna podziwiałam uroki drzewa palo verde (“zielone drzewo” po hiszpańsku), bo jego zielony, bez-korowy pień wygląda doprawdy egzotycznie. Czego nie wiedziałam, to to że palo verde kwitnie cudnie i obleczone jest ogromną liczbą złoto-żółtych kwiatów, które spadając przyzdabiają ulice puszystym złotym dywanem. Wygląda to ślicznie, z czym zgadzają się też lokalne pustynne króliki (ich nazwa w dosłownym tłumaczeniu z angielskiego brzmiałaby “Bawełniany Ogon”). Faktycznie, gdy ten ze zdjęcia postanowił w końcu przestał mi się przyglądać i pokicał w swoją stronę, to od tyłu wyglądał jakby mu ktoś przykleił bawełnianego kwiatka do pupy.

Comments Off

Luscious

I can’t say for sure, but I repeat after a few sources of mine that the summer 2010 was warmer and sunnier in all of British Columbia than any other summer in recent memory.  The warm months are all gone now, so it’s perplexing a bit why the fall continues to be that spectacular.  When we walked to the Cheakamus Lake through the Pacific Northwest temperate rain-forest the weather was actually gorgeous, sunny with blue skies, quite unlike the local, seasonal weather conditions.  Yeah, the temps are mild here all year round, with lots and lots of rain guaranteeing plentiful humidity. When these are factored together, the flora takes off and it grows unencumbered, slowly mind you, but for a very long time. This all shows, believe me, when you walk in one of these forests. You’re immediately dwarfed by giants of the trees – western hemlock, sitka spruce, douglas fir, and western redcedar dominate the space. Their magnificence combined with the smells, the mists, and the luscious greenery create an incredible mood, akin to a fairy tale with a touch of the Jurassic Park added there for good measure.

Podobno, jak moje źródła zeznają, tegoroczne lato należało do najcieplejszych i najsłoneczniejszych w Kolumbii Brytyjskiej odkąd pamięć sięga. Skoro letnie miesiące już za nami, dlaczego jesień kontynuuje ten trend? Gdy w zeszłym tygodniu wędrowaliśmy nad jezioro Cheakamus przez północno-zachodnie wilgotne lasy strefy umiarkowanej w tej części wybrzeża Pacyfiku, pogoda była niewiarygodnie piękna – słońce i niebieskie niebo zupełnie nie przypominały typowej lokalnej aury. Rzeczywiście, klimat mamy tutaj zdecydowanie umiarkowany, z łagodnymi temperaturami, bezmroźny i bez radykalnych upałów. Za to deszcz pada u nas więcej i częściej niż w innych miejscach na ziemi. Ciepło i wilgoć – dwa czynniki, które tworzą idealne warunki dla wzrostu roślinności, powolnego raczej, ale za to przez bardzo długi okres czasu, w efekcie pozwalając jej osiągnąć gigantyczne rozmiary. Widać to po wejściu do tej pacyficznej dżungli. Natychmiast czujesz się jak karzeł przy tych ogromnych drzewach – choina kanadyjska, daglezja, świerk sitkajski i sekwoja dominują przestrzeń w lesie. Ich wspaniałość, w połączeniu z zapachami, mgłą i soczystością zieleni, tworzą bajkowy nastrój, ale taki trochę z posmakiem parku Jurassic.

Reflections in the Water

The weather has basically been stunning these last few days.  The brisk air with lots of sunshine makes you want to get out and walk somewhere. We hit a walking trail in the Garibaldi Provincial Park leading to Cheakamus Lake along the Cheakamus River.   The landscapes are punctuated with colours that only this season brings together in such combinations, rusty yellows and burgundy reds.  The rain-forest itself was so luscious, with moss covering the grounds by acres – just a picture to behold and I’ll share some of them next time. For the time being, I’ll let you “reflect “a little, as these reflections in the water were equally magnificent.

Przez ostatnich kilka dni pogoda wynagradza nam wszystkie poprzednie pogodowe zawody. Powietrze jest rześkie i słońce nas obłaskawia jak jeszcze żadnej jesieni, więc aż korci żeby gdzieś pospacerować. Wyruszyliśmy więc na pieszą wędrówkę nad jezioro Cheakamus wzdłuż rzeki o tej samej nazwie, w Prowincjonalnym Parku Garibaldi. Widoki były niezapomniane, z kolorami, które tylko jesień potrafi razem zestawić – ach te żółtości i te głebokie czerwienie. W środku lasu z zachwytem podziwialiśmy puszyste mchy pokrywające wielkie połacie ziemi – podzielę się tymi widokami przy następnej okazji. Tymczasem tutaj kilka obrazków z odbiciem w wodzie – natura jest najlepszym malażem.

Not Always a Walk in the Park

It’s not always a walk in the park, this waiting out work days, counting them down, wishing they went by faster.  It’s not always a walk in the park to wait until the day of your vacations will finally arrive.  To ease the minutia of this waiting business, A. and I went for a walk in the park on this glorious summery day, the longest day of the year.  As much as we’re eager to leave for Europe, we knew we would have been missing the beauty that this park offers – the wild, the unkempt, the primitive park in the middle of the city, quite a contrast to manicured parks and forests over there. Both are beautiful, but oh, so different.

Tytuł, tak naprawdę, jest raczej nieprzetłumaczalny na polski. Oznacza on mniej więcej, że nie wszystko jest tak łatwe jak spacer w parku. Otóż nie jest łatwe to wyczekiwanie wakacji, odliczanie dni, w które jeszcze trzeba pójść do pracy, marzenie o tym, żeby czas mijał szybciej. Tak właśnie mija mi ten ostatni tydzień przed wakacjami. Jest niemożliwie długi. Żeby przyspieszyć przemijanie czasu (wiem, że będę tego żałować), wybraliśmy się z A. na wieczorny spacer do parku w ten cudny letni dzień, najdłuższy dzień w roku. Mimo, że nie możemy się doczekać tej podróży, to wkraczając do parku już wiedzieliśmy, że szybko będzie nam brakować piękna, które ten park oferuje – ten dziki, z pozoru zaniedbany, prymitywny park w środku miasta. Park, którego nie sposób znaleźć wśród wymanikurowanych parków i lasów Europy. Te i tamte są piękne, ale jakże inne.

Comments Off

Loitering on the Beach

Tuesday was an uneventful day, just two things happened – work and the after-work stupor.  The weather uninviting to any outdoor activities made me have another look at the images we gathered on our Monday walk on the Crescent Beach.   As a result, I compiled this quiet collage.  The tide took the ocean away and it seemed as if one could walk all the way to the Vancouver Island.  No wonder it’s called Mud Bay.

Wtorek przeminął bez większych atrakcji, tylko dwa zdarzenia miały miejsce – praca i popracyjna apatia. Pogoda też nie zachęcała do wyjścia, więc postanowiłam przyglądnąć się bliżej zdjęciom, które zrobiliśmy podczas poniedziałkowego spaceru na plaży (Crescent Beach). W efekcie, zebrałam kilka z nich w ten cichy kolaż. Odpływ zabrał ocean i zdawało się, że można było przejść suchą stopą aż do wyspy Vancouver. Nic dziwnego, że zatoka nazywa się Zatoką Błotną (Mud Bay).

Comments Off

Crescent Beach

A. and I took off for a short walk to one of my favourite neighbourhood beaches – the Crescent Beach. Amazingly, the beach was enveloped in this special, diffused lighting this afternoon. The weather was changing, clouding over, but not quite, the sun still being able to elbow some room and project the fading rays through the thickening clouds. The scene was worth a shot.

Wybraliśmy się z A. na krótki spacer na jedną z moich ulubionych plaż – Crescent (Rogal) Beach. Zadziwiająco, plaża spowita była w tym dziwnym, rozproszonym świetle z powodu zmiany pogody i postępującego zachmurzenia. Ale proces ten następował powoli i słońce jeszcze dawało radę przedrzeć kilka ostatnich promieni przez gęstniejące chmury. Ta scena wydawała się warta zdjęcia.

Comments Off