Posts tagged ·słońce·...

After Christmas Retreat

It may look like we never experienced Christmas this year. You have to believe me when I say we did. Once more we traveled to Arizona where we hustled to get everything ready for Christmas for Filip, Sara, and the friends they brought along from San Francisco. I tend to prove scientifically (in the nearest future) that days in Phoenix are shorter hour-wise than anywhere else in the world. Suffice to say that I thought we’d never get ready for the big Christmas Eve dinner, but of course we did, and it all happened in the true old Polish Christmas fashion that occasionally brought an impromptu tear to my eye, because the kids were so gracious to indulge us in the old customs that all I had to do is to appreciate the fleeting moment and be thankful for the well-grounded kids that we have. Sara got hit hard with the cat allergy, but she braved along though I know it took a lot of effort on her part. Soon after Christmas the kids went on their planned trip and we welcomed friends from Seattle into our humble abode that allowed the festivities to continue. When we bid them farewell, it was time for the New Year’s celebration that once more kept us busy and engaged. So now you know I hardly had the time or the presence of mind to write anything sensible here. On the other hand, I know, you were equally busy and I didn’t expect you to be checking Majology for updates at those busy times. You knew I would eventually report back here, connecting with you once more. I hope the New Year is as welcoming as you wanted it to be. It’s bright, sunny, and very hopeful here in Arizona and I didn’t waste any time lingering with Christmas decorations. I packed them all today in a hurry, believing that as nice as they were (are), they somehow interfere with the sunniness of the desert climate and as I intend to take a true advantage of the Arizona sun in the few days that we have left here, I put them all away without any regrets and I officially retreated into my vacation mode. Hope you’ll join me here for the sunny updates.

Wyglądać może na to, że nigdy nie doświadczyliśmy Świąt w tym roku. Uwierzcie mi jak mówię, że Święta były. Ponownie wyruszyliśmy w podróż do Arizony, gdzie to w pośpiechu przygotowaliśmy się do Wigilii wyczekując Filipa, Sary i ich przyjaciół, których przywiedli z San Francisco. W pośpiechu, ale systematycznie przygotowywaliśmy Święta w prawdziwie polskim stylu. Jak zwykle, mimo paniki, wszystko udało się przednio, a ja tylko po ukradku ocierałam łezkę tu i tam, bo wdzięczna byłam bez granic za to, że dzieci, mimo że wychowane na obcej ziemi, z taką gracją i szacunkiem odnoszą się do naszych staromodnych polskich tradycji i już dzisiaj uważają je za swoje i dzielą się ich znaczeniem z każdą przyjazną duszą, bez względu na rasę, religię, czy też inną nieistotną przynależność. Zmorą jedyną była alergia na koty, która dopadła Sarę, która choć cierpiała , to i tak robiła dobrą minę do złej gry. Dzieci wyruszyły w dalszą podróż zaraz po Świętach, a my powitaliśmy znajomych z Seattle, co pozwoliło by celebracje były kontynuowane. Kiegy to ich pożegnaliśmy, nadszedł już Sylwester, i ponownie ulegliśmy zabawom i swawolom. Tak też upłynęły dwa grudniowe tygodnie i nie ma się co dziwić, że nie dotarłam na Majologię na czas, bo było to fizycznie niemożliwe. Z tej samej przyczyny, przypuszczam, i Wy nie mieliście czasu na zaglądanie tutaj, więc wszystko jest nadal w najlepszym porządku, bo przecież wiecie, że w którymś momencie trafię tutaj z powrotem i z aktualnym raportem. Mam nadzieję, że Nowy Rok powitał Was uroczyście i tak jak sobie tego wymarzyliście. Tutaj jest cudnie słonecznie, jasno, i upojnie optymistycznie, więc nie tracąc ani chwili, szybko zwinęłam wszystkie świąteczne dekoracje, bo jakoś tak czuję, że ingerowały one w ten wakacyjny nastrój jaki mam nadzieję będzie tutaj panował przez następnych kilka dni naszego pobytu. Mam nadzieję widzieć Was tutaj ponownie bo wrócę czym prędzej z kolejnym słonecznym raportem.

Hail to the Sun

Hello my Dear Friends… I am sure you wonder where I have been these last two weeks.
Well, life has been fabulously fun of late and I’ve been keeping myself busy with family and friends throughout the spring break. As I’m finished entertaining, I’m far from finished worshiping the Arizona sun, which is embodied best, and with true finesse, in different forms of citrus that abounds around here. Unfortunately, the citrus season is coming to the end, as do our vacations, but there is nothing more refreshing than a little sunshine in early spring months. I feel so refreshed and energized and I hope you got that spring feeling, too. I’ll be back tomorrow, reporting on all things Arizonian. Until then. Hugs. xoxoxo

Witajcie, Moi Drodzy! Pewnie już wątpiliście, że kiedykolwiek powrócę na Majologię po ponad dwóch tygodniach nieobecności. Donoszę więc niezwłocznie, że życie było pełne wrażeń i miłych chwil, jako że spędzaliśmy przerwę wiosenną w towarzystwie rodzinki i przyjaciół, co wypełniało nam czas po brzegi. Już skończyły się wizyty, ale nie skończyło się jeszcze nasze ubóstwianie arizońskiego słońca. To natomiast, jest najlepiej zaprezentowane w formie tych niemożliwie słonecznych cytrusów, których wokół bez liku. Niestety i ich czas zbliża się ku końcowi, jak i nasze wiosenne wakacje, ale jestem tak cudnie wypełniona słoneczna energią i ogólnym poczuciem wiosennej odnowy, że tylko marzę, że i Wy czujecie się podobnie. Do jutra zatem, kiedy to zapodam w skrócie co to się działo u nas w Arizonie przez ostatnie dwa tygodnie. Trzymajcie się ciepło. xoxoxo

Comments Off

Fair Trade… Snow for the Sun

So I went to the neighbourhood park three days ago with the intention of shooting some exciting pictures of the snow that fell here in Vancouver. I know, I know. Snow? Exciting? What is there to show, or write about? After all it’s winter, and this is Canada, baby. This is the snow land, right? Wrong! The snow fell on the weekend, and was gone by mid-day Monday. So I rushed to the deserted park, hoping to find some virgin snow, quickly, before it melted and green grass started showing through. I found the snow, took a few nice HDR shots, and went back home to discover I was taking pictures without the memory card in the camera. I’m sure, I am the only person who has ever done it… three times. Embarrassing and totally infuriating. It got me demotivated, until today. Because today I’ve realized, it’s been a year already since our vacation in Mexico. Nothing would be so extraordinary about this fact, if it weren’t for the simple truth that a year was not enough time for me to share copies of the vacation pictures with our dear friends from Kelowna, B.C. – J. and B., whom we met in Huatulco and kept in touch ever since. J. is famously patient with people like myself, but I thought that a year’s long wait for a few ordinary vacation pictures could test even the kindest of the souls. So I hassled today to finish putting these pictures together for J. and B. and to send them to Kelowna, accompanied by my famous “forgive-me-please” biscotti and the heart-felt Christmas greetings.
Since the pictures are sitting here on my desktop, why not show them as the replacement pics for the promised snowy ones? I’ll trade snow for the sun any time.

20091217_Huatulco7250-3

20091217_Huatulco7250-2

20091217_Huatulco7250-1

Jeśli dobrze pamietacie, to jakieś trzy dni temu padał u nas śnieg. Wiem, że nikogo to nie dziwi, w końcu zima panuje na tej pólkuli i mieszkamy w Kanadzie – krainie śniegu. Niezupełnie tak, bo klimat mamy morski tutaj w Vancouver i jak spadnie śnieg, co jest rzadkością, to wszyscy się cieszą, dzieci i dorośli. Miasto po prostu zamiera. Jeszcze nas nie nauczono jeździć po śniegu, wobec czego zamykają się szkoły, rodzice zostają w domu, żeby się opiekować dziećmi, o pracy nikt nawet nie pomyśli. Generalnie zaczyna panować nastrój euforii i wszyscy liczą na to, że ten śnieg, padając bez końca, jest w stanie rozwiązać wszystkie nasze egzystencjalne problemy. Tymczasem, śnieg szybko zamienia się w deszcz i zanim obudzimy się z naszego dziennego marzenia, już trzeba wracać do pracy.
Dlatego, bez zbędnej zwloki, wyruszyłam do pobliskiego parku w poszukiwaniu przyjemnych dla oka scen zimowych, ktorymi mogłabym się z Wami tutaj podzielić. Wszystko ukladalo sie sprawnie, śnieg leżał w parku dziewiczy, zdjęcia zostały zrobione, aż nie wróciłam do domu, gdzie to odkryłam, że w aparacie fotograficznym, przez cały czas robienia zdjęć, nie miałam karty z pamięcią. Nic nadzwyczajnego, każdemu może się to przydarzyć. Mi, na przykład, przydarzyło się to po raz trzeci. Sfrustrowana i pozbawiona wszelkiej mytywacji, zarzuciłam cały ten zdjęciowy biznes… znaczy aż do dzisiaj. Bo dzisiaj, uświadomiłam sobie, ze wlaśnie mija rok od naszych wakacji w Meksyku. I chociaz, nie brzmi to aż tak niewiarygodnie, to niewiarygodnym jest fakt, że przez ten cały rok, nie podzieliłam się wakacyjnymi zdjęciami ze znajomymi z Kelowna, B.C. – J. i B., których to poznaliśmy na tych wakacjach, i którzy to okazali się być ludźmi, z którymi spędziliśmy wiele wpaniałych wakacyjnych chwil. J. słynie z anielskiej cierpliwości, ale roczne oczekiwanie na kilka marnych zdjęć, mogło zniechęcić nawet najłagodniejszą duszę. W obawie przed utratą ostatniej krzty wiarygodności, pośpiesznie zakończyłam sortowanie zdjęć i jutro wysyłam je razem z biscotti, które mają na celu przekupić i pomóc zapomnieć.
Tymczasem, skoro te zdjęcia siedzą na moim pulpicie, to czemu ich nie pokazać w zamian za te obiecane śnieżne? Wybór nie jest trudny – lepsze slońce niż śnieg.