Posts tagged ·przyjaciele·...

The Promise of the Weekend

It’s been long since I felt this happy with a weekend. How is it possible that a four-day work week can leave me feeling as if I’d worked 10 days in a row. At the same time, however, I’m perfectly excited, and physically ready, for all the possibilities that this weekend is about to bring along. I had a lovely evening yesterday, meeting at M’s. place with the group of my “international girlfriends”. These moments are always fun – eat, drink, talk (read: “gossip”), and get inspired. These women are amazingly talented and knowledgeable, but the exchange of information is challenging as we always have so much to talk about and too much to catch up on. One topic quickly changes a course with a thought of something else and we often find ourselves totally immersed in a million new and exhilarating ideas that are perhaps not thoroughly examined due to a short time we have on that one evening, but definitely are intriguing and thought-provoking, so we leave the gathering always with a renewed sense of purpose and ready for the next day. And this is exactly how I feel today. It’s a sunny and bright morning, though on a cold side with frost on the ground and roofs. What plans do I have for this gorgeous day? We’re heading back to the forests nearby (approximately 60 miles away) to forage for truffles. I’ll report back on the results of the harvest. Stay tuned and enjoy your weekend!

Nie pamiętam kiedy to ostatni raz zapowiedź weekendu była dla mnie aż tak radosna. Jak to możliwe, że tylko czterodniowy tydzień pracy jest poza mną, a czuję się jakbym przepracowała dziesięć dni z rzędu. Jednocześnie, jestem bardzo chętna i gotowa na weekend i wszystkie obietnice jakie on z sobą niesie. Wczoraj spędziłam cudny wieczór w domu M. na spotkaniu z moimi “międzynarodowymi” koleżankami. Te nasze spotkania zawsze są takie przyjemne – jemy, pijemy, rozmawiamy (czy raczej plotkujemy?) i pozwalamy sobie ulec inspiracji. Nasza grupa jest niezwykle obeznana, oczytana, i utalentowana, ale komunikacja nie jest zawsze łatwa, i to nie z powodu różnic językowych. Po prostu mamy taką masę tematów do przedyskutowania, że jedna myśl szybko potrafi zmienić tor i łapiemy się na tym, że nagle rozmawiamy o zupełnie czym innym. Tempo wymiany nowych pomysłów przyprawia o zawrót głowy, i chociaż żaden temat nie zostaje dokładnie zgłębiony, to rozmowy są nadzwyczajnie intrygujące i prowokujące zastanowienie. Z tego to właśnie powodu, po każdym takim spotkaniu niezmiennie powracam do domu z niebywałym zapałem i chęcią do rozpoczęcia następnego dnia. I tak właśnie czuję się dzisiaj rano. Za oknem jasny i słoneczny poranek, chociaż nieco chłodny, bo szron pokrył trawy i dachy. Jakie plany na dzisiaj? Wyruszamy ponownie do lasu, jakieś 100 km od domu) tym razem na poszukiwanie trufli. Zamelduję rezultaty tych poszukiwań w wkrótce. Tymczasem życzę wszystkim radosnego weekendu.

Comments Off

One Blue Spring Flower

Well, again, I have rather prosaic stuff to share with you. The week was perfectly uneventful, but I still struggled for time to do all I wanted, or planned, or I thought I needed to do because it felt like it mattered. At the end I did little, mostly stuff that makes no difference, whatsoever. But, but, an event I was really looking forward to was the get-together with my “international” girlfriends. I think I’ve mentioned this group before. I’m convinced, if we’ve searched one another on purpose, we would have never met. But how life often has it, circumstances arise just because, and the four of us met at school, each one of us making brand new plans for our futures, attempting to escape the pasts. I won’t get into any more detail here, as I need to get the clearance for sharing this stuff before I start announcing here our heart-deep desires, hopes, and phobias to the world. Suffice to say, since we met, we’ve kept in touch and somehow, without any special effort or planning, every get-together we make to happen is the most spontaneous, incredibly invigorating experience. I think I could mention that the women I’m meeting come from the most incidental of the backgrounds- another Polish, a German, and a Brazilian. Somehow, we make it work and every time we meet, we strive to find similarities rather than the differences in the cultures we come from. Often it seems to me, the world would work much better if this very principle that the four of us incorporate without fail every time we meet, was the standard operating procedure for the whole of the humanity. Well, I’m sure, one of these days it’ll become just that. But in the meantime…, I’ll just explain the flower you see in the image below. I thought I wanted to shoot a background lighting scene with the blue spring flower. I had no idea what it could be until I came across this beauty at school I work at. I even considered picking up some of these flowers from the school grounds, but my conscience stopped me. Wouldn’t you know that Karma was going to reward me for this kind act of mine and when the friends came over for the evening last night, they presented me with a huge bouquet of flowers, freshly cut from M’s garden. Among the flower bounty sat a bunch of the muscari, the very flower I wanted to steal from the school. So at the end, I didn’t have to resort to unlawful behaviour, but the intentions were fulfilled, nevertheless. I’d like this happening to me every day, wouldn’t you?

Ponownie, mam raczej niewiele do zakomunikowania. Cały tydzień minął bez większych wydarzeń, ale nadal brakowało mi czasu na spełnienie wszystkich zadań, które chciałam wykonać, lub które sobie zaplanowałam, albo te które wydawały się istotne. W efekcie zrobiłam niewiele, głównie rzeczy nie mające większego znaczenia. Ale było jedno zdarzenie, którego wyczekiwałam z niecierpliwością, mianowicie spotkanie z moimi międzynarodowymi koleżankami. Myślę, że kiedyś już tę grupę wspomniałam. Przekonana jestem, że jeślibyśmy się szukały z intencją, to byśmy się nigdy nie spotkały. Ale życie często się tak układa, i przypadki się zdarzają, tak i my spotkałyśmy się w szkole przypadkiem i tak samo przypadkiem przypadłyśmy sobie do gustu, każda z nas z nową nadzieją na przyszlość i z zamiarem zapomnienia jakiegoś etapu naszej przeszłości. Nie wyjawię więcej szczegółów związanych z marzeniami, nadziejami, czy też fobiami, jako że wyjawnienie tych szczegółów wymagałoby zezwolenia od zainteresowanych. Wystarczy, że powiem , że ilekroć się spotykamy, to bez większego wysiłku, udaje nam się zachować spontaniczność i żywiołowość, a wszystko to bez specjalnego planowania. Jest nas razem cztery, jeszcze jedna Polka, Niemka i Brazylijka i zgrabnie udaje nam się koncentrować na podobieństwach wynikających z naszych kultur, an nie na ich różnicach. Jestem pewna, że cały świat funkcjonowałby o wiele lepiej, gdyby tylko przyjął taką właśnie metodę operowania. No może kiedyś tak i będzie. A teraz o kwiatku widocznym na zdjęciu. Bardzo chciałam zrobić zdjęcia z niebieskim wiosennym kwiatkiem podświetlonym od tyłu, ale nie wiedziałam co to za kwiatek mógłby być, aż natknęłam się przypadkowo, na dokładnie to co sobie wymarzyłam, ale niestety, na szkolnym trawniku. Poważnie brałam pod uwagę zerwanie tych szkolnych kwiatków, ale sumienie mi na to nie pozwoliło. Pojęcia nie miałam, że Karma miała mnie już zaraz wynagrodzić za to godne zachowanie. Gdy moje przyjaciółki zjawiły się wczoraj u mnie w domu, zafundowały mi ogromny bukiet kwiatów, świeżo zerwanych z ogrodu M. Nigdy bym nie zgadła, że pomiędzy dziesiątek kwiatów w wielu odmianach, miałam wkrótce znaleźć dokładnie ten sam kwiat, który wcześniej był przedmiotem potencjalnej kradzieży – szafirek. W efekcie dostałam to co chciałam bez uciekania w nielegalne akcje. Byłoby cudnie, gdyby życie tak działało za każdym razem.

Bidding Goodbyes

… is always hard. They’re even harder after a three-months stay. The time flew by and it seemed like only days had passed since we were starting the vacations and were gasping with excitement at the sheer thought of them. Well, now was time to pack up and come back home. Leaving our Moms was the toughest duty of all. But with each sad goodbye, entered the hope, the determination, and the believe that we’ll come again and rather sooner than later. Until next year my loves. Thank you for the great time. No memory will be lost. I’ll be returning to all the wonderful moments here, on Majology, so sit tight.

Pożegnania są zawsze trudne.  Pożegnanie po trzech miesiącach jest jeszcze trudniejsze.  Czas przeleciał niewiarygodnie szybko, bo wydawało się, że minęły zaledwie dni od chwili kiedy rozpoczynaliśmy te wakacje i na samą myśl o ich długości chichotaliśmy z niedowierzaniem.  Niestety, nadszedł czas pakowania i powrotu do domu.  Pożegnania z mamami były najcięższym zadaniem, ale z każdym smutnie wypowiedzianym “do widzenia”, przychodziły nadzieja, postanowienie i wiara, że przyjedziemy ponownie już niebawem.  Więc do szybkiego zobaczenia, Kochani!  Podziękowania za cudowne chwile.  Wspominać będziemy te wspólnie spędzone dni często i z radością, a ja powracać będę do tych niezapomnianych momentów na Majologii, więc czekajcie na moje wakacyjne wspominki cierpliwie.

Sharing with Friends

It didn’t take us long to convince one another that it would be fun to spend another vacation together. J. & J., the dear friends of ours, and J. being my wonderful friend since high school, picked the destination and pretty much handled all the details of the trip, so we could arrive at Rethymno on Crete for a week of unforgettable time experienced together. It turned out to be the perfect place to stay – the great hotel, the vibrant town, the most convenient starting point for quite a few trips around Crete that we ventured on in a rented car. Between the four of us and three busy cameras, we’ve got plenty of pictures to share and memories to remember. Sharing this vacation with my best friend adds, it turns out, an amazing dimension to the experience. Thanks J. for your great company!

Nie za długo musieliśmy się nawzajem przekonywać, żeby ponownie wyruszyć na wspólne wakacje. J. i J., nasi drodzy przyjaciele, i J., moja kochana przyjaciółka ze szkoły, zadecydowali o celu tej podróży, zajęli się każdym z nią związanym detalem, i dotarliśmy do Rethymno na Krecie, na tydzień wspólnie doświadczanych, wspaniałych wakacji. Rethymno okazało się idealnym miejscem, z doskonałym hotelem, wpaniałą atmosferą miasta, i do tego świetnym punktem na mapie, z którego wyruszaliśmy na liczne wycieczki. Było nas czworo, z trzema aparatami fotograficznymi, więc zdjęć uzbieralismy mnóstwo do oglądania i pokazywania, jak i wspomnień do wspominania. A do tego czas spędzony z najlepszą przyjaciółką dodaje wyjątkowego wymiaru wakacjom, skąd inąd fantastycznym już samym w sobie. Dzieki J. za cudowne towarzystwo!

Good Friends and Tomatoes

The last four years of our life in Poland were spent in a small town of Goleniów, in north-west part of the country. Being so close to it now, warranted an overnight visit and the meeting with our friends, P. and U. I don’t think there was even one visit to the old country that we wouldn’t have met with them for at least one day, no exception this year. It was lovely to visit some of the old seaside resorts together, but especially, to stop at their country reprieve in Budzień where P. proudly grows tomatoes of every variety.

Zanim wyemigrowaliśmy do Kanady, przez ostatnie cztery lata mieszkaliśmy w Goleniowie, w północno-zachodniej Polsce. W tych naszych aktualnych, nadmorskich wojażach, dotarliśmy już bardzo blisko Goleniowa, więc z radością odwiedziliśmy stare kąty i spotkaliśmy się z naszymi przyjaciółmi P. I U. Widujemy ich regularnie przy każdej naszej wizycie w Polsce. Przemiło spędziliśmy czas odwiedzając wspólnie pobliskie, nadmorskie resorty. Wstąpiliśmy też do Budzienia, gdzie oni chętnie odpoczywają od miejskiego zgiełku a P. dumnie hoduje każdą z dostępnych odmian pomidorów.

The World Is Friendly

We arrive at the conclusion that the world is a friendly place. This road trip started with the purpose to see some places we’ve never seen, but inadvertently, turned into an opportunity to hook up with a few of A’s. old friends that he rarely has a chance to see. We’ve spent a great day in Kołobrzeg with L. and M., drank more than enough of the Polish beer, and ate the best grilled fish on the Polish coast.

Dochodzimy do wniosku, ze świat jest przyjaznym miejscem. Nasza wycieczka miała zaprowadzić nas do miejsc jeszcze nie widzianych, a w efekcie zaniosła nas do przyjaciół dawno nie odwiedzanych. Spędziliśmy wyśmienity dzień w Kołobrzegu z L. i M., wypiliśmy więcej piwa niż należalo i skosztowaliśmy najlepszej ryby z gryla na całym polskim wybrzeżu.

Delightful Peonies

I don’t visit M. too often, but when do, I leave her house with loads of unexpected goodies. She’s so generous with everything she has – her time, her cheerful spirit, and, of course, her garden production. I’m almost embarrassed to come back home, as I always carry armfuls of beautiful things. My last visit, on Saturday, was no different. Once I saw M. pick up the garden sheers, I knew, she was off onto the serious garden sweep. She started with the roses – her gorgeous roses that are the envy of her entire neighbourhood. She was cutting stem after stem, as if she decided she didn’t want them anymore. I was alarmed. Next were the anemones. Then she moved to her backyard to get me huge amounts of fresh mint, chives, bay leaves. Everything and anything that was ripe for harvest got cut down for me. Finally, came the peonies. I adore peonies and I never say no to them, but M. was literally mowing them down, tens of them. They were the most perfect flowers under the sun, so fragrant, so full of petals – I could not believe I was getting them all, every colour there is. I swear, I have never held that many peonies in my arms. It was the moment of the total peony delight.

Nie odwiedzam M. zbyt często, ale kiedy się to zdarza, wyjeżdżam od niej z pełnym ładunkiem nieoczekiwanych skarbów. M. jest nieuleczalnie chojna ze wszystkim co posiada – swoim czasem, wesołym usposobieniem, i oczywiście, ze wszystkim co rośnie w jej przepięknym ogrodzie. Jestem wręcz zakłopotana obfitością jej darów, chociaż nadal łapczywie i skrzętnie targam naręcza do domu. Moja ostatnia wizyta u M. nie była wcale inna. Kiedy zobaczyłam, że łapie się za ogrodowe nożyce, wiedziałam, że M. szykuje się na poważną ogrodową akcję. Ta akcja zaczęła się od róż – jej ślicznych róż, na które całe sąsiedztwo patrzy z zazdrością. M. cięła łodygę po łodydze jakby chciała ich się wszystkich pozbyć. W tym momencie sytuacja zaczęła mnie nieco alarmować. Następnie kolej przyszła na niebieskie zawilce wieńcowate. Po zawilcach, M. ruszyła na tyły domu by obdarować mnie ogromnymi ilościami mięty, szczypioru, liści laurowych – w zasadzie wszystko co było gotowe do ścięcia, zostało ścięte. Na koniec, nadszedł czas na piwonie. Ja po prostu uwielbiam piwonie i nigdy sobie ich nie odmawiam, ale też nie pamiętam żebym kiedykolwiek doświadczyła takiej ilości piwonii jaką M. postanowiła mnie obdarować. To były najpiękniejsze kwiaty pod słońcem, tak pachnące, tak obfite – trudno było mi uwierzyć, że wszystkie one były dla mnie, w każdym z piwoniowych kolorów. Przysięgam, nigdy nie trzymałam tak ogromnego bukietu piwonii. To był moment całkowitej piwoniowej rozkoszy.

String of Hearts

I’m in love with this little plant.  It goes by the name Ceropegia – notice the heart-shaped pairs of leaves facing each other lovingly.  I received it as a hostess gift from my friend M., the gardener extraordinaire, who loves the living thing more than herself, and who bestows the garden treasures on many, me being one of the happy receivers.  The fabulous thing about M. is that she can make any plant that has a semblance of a leaf on its body, grow into an abundant beauty.  I saw her pinch a tiny bit of this plant, plop it into a glass with water, and the next time I visited, the plant was growing happily, smiling its lovely face to the sun.  M. gives away blooming, fragrant roses from her garden in December, just before Christmas.  Such talent!

Zakochałam się w tej małej roślince. Nazywa się Ceropegia, a jej charakterystyczną cechą są sparowane listki w kształcie serca, miłośnie się sobie przyglądające. Otrzymałam tę roślinkę w podarunku od mojej koleżanki M., która jest nadzwyczajnym ogrodnikiem, kochającym żyjątka bardziej niż siebie samą, i która obdarza ogrodowymi darami wielu zaufanych, i ja jestem jednym ze szczęśliwych odbiorców. Fantastyczną rzeczą w M. jest to, że ona potrafi przywrócić do życia wszystko zielone, jeśli to zielone posiada choć jeden marny, nadal żyjący listek.  Widziałam jak M. uszczypnęła kawałek swojej ceropegii, od niechcenia wcisnęła go w szklankę z wodą, i przy następnej mojej wizycie, roślinka szczęśliwie uśmiechała się do słońca. A co powiesz na to? M. rozdaje kwitnące, pachnące róże ze swojego ogrodu w grudniu, tuż przed świętami Bożego Narodzenia. Oh, posiadać taki talent.

Comments Off