Posts tagged ·polska·...

On this Day in 2010: Morning Lake

Jet-lagged and restless, I woke up at 4:00 am on June 30, 2010 after we arrived to Jodłów summer house the day before. I remember walking in the dim morning light towards the lake and thinking that the lack of sleep was going to wreak havoc with our ability to distinguish between the day and the night, and that the first few days of our vacations in Poland were not going to be much fun. I was surprised to shake off the feeling of tiredness instantly when I arrived at the lake and saw it enveloped in the soft light of the rising sun, gently cushioned by the misty morning fog. Amazingly, the agitations of my tired body have vanished completely and I sat there mesmerized with the compelling and completely relaxed feeling that I’d arrived to the right place at the precisely right time.

Sponiewierana długą podróżą i niespokojna, przebudziłam się już o 4-tej rano 30 czerwca 2010 roku, po dojechaniu do Jodłowa dnia poprzedniego. Pamiętam jak maszerując w kierunku jeziora w niezupełnie jeszcze pełnym świcie, rozmyślałam jak to te pierwsze dni naszych wakacji w Polsce będą skazane na stratę, zanim nasze ciała odnajdą się na nowo po tej drastycznej zmianie czasu. Zdziwienie moje było zatem ogromne, gdy całe moje zmęczenie umknęło w jednej chwili po dotarciu do jeziora, gdy to ujrzałam je spowite w porannej mgle i oświetlone nieśmiale wschodzącym słońcem. W jednej niepozornej chwili, ogarnęło mną wszechobecne poczucie relaksu i przeświadczenie, że znalazłam się we właściwym miejscu, w dokładnie wyznaczonym czasie.

Returns

After the seaside adventures in Egypt and Crete, we return to the Polish country side. It’s the combination of coming home and returning, all mixed in one, and none of it would be that significant if it weren’t for the calm feeling that envelops us. We settle into the quiet house, experience definitely cooler days, along with considerably chillier nights. Everyone is speaking of fall arriving… but I stay hopeful that there is still more summer to come.

Po nadmorskich przygodach w Egipcie i na Krecie powróciliśmy na polską wieś. Doświadczamy powrotu do domu za dala od domu, więc jest to dość wyjątkowe odczucie, zwłaszcza, że pozwalamy się opanować spokojowi i nudzie wiejskiego życia. Na nowo okupujemy dom na wsi i nadwyrężamy maminą gościnność. Dom jest cichy i rozprężający, chociaż dni już są zdecydowanie chłodniejsze, a noce wręcz zimne. Wszyscy mówią o jesieni, a ja wciąż jeszcze marzę, ze lato jeszcze gdzieś na mnie czeka.

Wind Power

Even the shortest of quick shopping trips, or just passing through the neighbouring village, guarantees sights with many years of history. Lubięcin is situated less than 4 miles away from the place we stay in. It houses three historic windmills, the oldest dated from 1705. I can’t believe that without any travelling, or long sightseeing plans one can face three hundred years of history – just like that.

Nawet najkrótsza wyprawa na zakupy, czy przejazd przez sąsiednią wioskę, gwarantują widoki, które mają za sobą lata historii. Lubięcin jest położony tylko 6 km od miejsca gdzie mieszkamy, a w nim trzy zabytkowe wiatraki, najstarszy z 1705 roku. Trudno jest wręcz uwierzyć, że bez wielkich podróży, bez długich wojaży można stanąc twarzą w twarz z trzystuletnią historią.

Comments Off

Fruitful

Living the rural life has its undeniable charms. I complain about one thing only – internet access. It’s rather sketchy and slow, so are my posts. I’m getting used to it now, convincing myself to let go and to go with the flow. On the other hand, there are other activities to indulge in. Fresh fruit, berries especially, are everywhere – in stores, on fruit stands, or on the forest floor. Take your pick. Life is fruitful.

Życie na wsi ma swoje niezaprzeczalne uroki. Narzekam tylko na jedną rzecz – dostęp do internetu. Ponieważ internet jest taki powolny, to i moje blogi ładowane są przypadkowo. Zaczynam się przyzwyczajać to tego zwolnionego tempa, nie przejmując się terminami i po prostu idąc za ciosem. Za to są inne przyjemności, którymi można się oddać. Świeżo zebrane owoce są wszędzie – w sklepach, na straganach, w runie leśnym. Wybieraj do woli. Życie jest bardzo owocne.

Comments Off

Slowing Down

Life in slow motion – this is what first comes to mind when seeing scenes like this one. Life continues, seemingly uninterrupted, with people devoted to their daily activities, cars moving around, birds singing, but it all feels as if the movie I’m watching was played in slow motion – in silence, inactivity, and unrushed.

Zwolnione tempo życia, to pierwsze co przychodzi mi na myśl jak widzę sceny jakt ta. Niby toczy się ono normalnie, ludzie wokół poświęceni są konkretnym zadaniom, ruch na ulicach trwa, ptaszki śpiewają, a mimo to ma się wrażenie jakby oglądany film odgrywany był w zwolnionym tempie. Cicho, w bezruchu, bez pośpiechu.

Comments Off

Rurally Yours,

Greetings from rural Poland. I’m lovingly walking around the countryside and I’m enamored with all I see – the early morning fog, wild flowers of all sorts, an occasional horse gazing curiously, and mostly, the impromptu farmer’s markets spontaneously forming at the road side, selling the produce that has just been picked up, or dug out, from the nearby garden.

Pozdrowienia z polskiej wsi. Spaceruję po wsi z radością, rozkochana we wszystkim co widzę – poraną mgłę, polne kwiaty każdego rodzaju, przypadkowego, ale ciekawskiego konia, a przede wszystkim, te improwizowane stragany, które spontanicznie pojawiają się na przydrożu, sprzedające warzywa i owoce dopiero co zerwane z pobliskiego ogródka. Zwyczaj, który niestety, jest na wymarciu w Ameryce.

Two Days Turned Into One

We left Vancouver on Sunday and arrived to our destination on Monday without as much as a minute of darkness outside the plane’s window, or even a few minutes of sleep so desperately needed. But I still marvel at the daze my life has become in the last two days when they melted together and I marvel at the lovely feeling of coming home again.

Wyjechaliśmy z Vancouver w niedzielę, dojechaliśmy do celu w poniedziałek, bez minuty ciemności poza oknami samolotu, czy choćby kilku minut tak pilnie potrzebnego snu. Nadal jednak z podziwu wyjść nie mogę jak dwa dni zlepiły się w jeden, i nadal jestem pełna zachwytu nad powrotem do domu, kolejnym, ale zawsze tak samo z lubością witanym.

Snapshots from My Hometown

It’s my birthday today, but this is not what I’ll be talking about. Instead, the trend to mull over memories  continues, and my nostalgia is not exactly subsiding. I reminisce, today, of the town I was born in, 50 years ago, lived in for 23, and love coming back to every year – Głogów, Poland.

Dzisiaj są moje urodziny, ale nie o tym chcę pisać. Natomiast, trend wspominania ubiegłorocznych wakacji nadal trwa i moja nostalgia nie koniecznia ustępuje. Dzisiaj rozmyślam o Głogowie, mieście, w którym się urodziłam 50 lat temu, w którym mieszkałam przez 23, i do którego tak chętnie wracam rok po roku.