Posts tagged ·lawenda·...

A Time for Everything

Now is the time for the comeback. The time has come for this journey to start again, and it feels just right. There was the time that I took, for a repose, for gathering thoughts, the time for being quiet, and the time to find the groove again. I hope I’ve arrived, but I cannot be sure. One should not RUN through life. I’ve forgotten where I’d been, and most importantly, I’ve lost the sense of where I’was going. All has been well, though. No crisis of any kind, just the gentle life rolling along leaving no urgent notions for sharing. All this “lost time” was not entirely wasted. I was content to take a break and I just hope and pray that this is O.K. with you, too.

What have you been up to? Are you giddy with the spring air, and loving the promise of the summer delights ahead of you? I am, too. Nothing stirs my senses more than a bright, sunny day. The day like that has just arrived in my neck of woods, so obviously, I’m itching to share a thing, or two, with you. I don’t know how your garden situation is wherever you are, but the delayed spring here has finally bursted into life and even my lavenders are crazy with blooms. This tells me it’s the time, finally, for the journey to start. The journey that can be savoured each step of the way. So, today, as I break my silence, I just ease you into the feeling of the incoming summer with the lavender aromas permeating into your souls. Let us rekindle the spirits that winter took away from us. Now is the time, because, simply said… there is a time for everything.
20110226_GosiaMaj-SigWithDaisy

20130503_ATimeForEverything

Czas by wrócić. Nadszedł moment by rozpocząć ten wojaż na nowo. Trzeba mi było czasu na odpoczynek, na zebranie myśli, na ciszę, by odnaleźć stracony rytm. Wierzę, że mi się udało, ale kto to wie. Wiem jedno, nie należy biec przez życie. W tym tempie, to i nie pamiętam gdzie byłam, ale co ważniejsze, to zatraciłam poczucie, gdzie zdążam. Wszystko jednak jest w porządku. Żadnych kryzysów, tylko życie toczące się z determinacją, bez potrzeby dzielenia się dniami, które w swojej pospolitości mogą być tylko atrakcją dla mnie jednej. Ten “stracony czas” nie był mimo to zmarnowany. Ta przerwa od blogowania była czasem na odnowę i tylko mam nadzieję, że Wam to nie psuło nerwów.

No ale co u Was? Raduje was wiosna, co to wreszcie nadeszła po długim oczekiwaniu? Gotowi jesteście na rozkosze lata? Oczywiście, co za pytanie. Nic nie jest w stanie ukoić mnie lepiej niż jasny, słoneczny dzień. I takie dni wreszcie nadeszły i w nasz zakątek świata, więc i cieszy mnie, że mogę się dzielić z Wami tym co się tutaj wreszcie dzieje. Ciekawa jestem jaka jest sytuacja u Was w ogrodzie? U mnie lawendy kwitną jak oszalałe. To znak chyba, że czas na rozpoczęcie nowej podróży, w zwolnionym tempie, delektując się momentem, rozpamiętując każdy promyk słońca. Zatem dzisiaj, wprowadzam Was delikatnie w letnie klimaty, z aromatem lawendy co to dotrze w najgłębsze zakamarki Waszej duszy. Niech się rozetlą na nowo te wszystkie pragnienia i zamiary, co to zima tak efektywnie w nas uśpiła. Dzisiaj jest ten moment, jako że każda chwila ma swoje przeznaczenie.
20110226_GosiaMaj-SigWithDaisy

Spring or Summer?

Happy to report that the lavender is growing like crazy in my Arizonian garden. Yes, we’re in Arizona again, and I couldn’t be happier about it. I was jobless this past week, due to the teachers’ strike in British Columbia, so instead of waiting for the labour dispute to resolve two days before the spring break, we took off sooner than planned and I think it was a smart move, because all my senses tell me, it’s the right time to be here. Actually, I feel as if I’ve entered the paradise. The lavenders bloom as if it were July in regular season, the temperatures are overwhelmingly agreeable, and the life is easy again. I know, I’ve been away a lot recently, but I plan to amend this faux pas of mine and I’ll report dutifully and daily from now on. Hope you’ll all tune in as I try to sort this basic conundrum out. Is it spring, or is it summer?

Z radością donoszę, że lawendy kwitną jak opętane w naszym arizońskim ogrodzie. Otóż ponownie zawitaliśmy w Arizonie i nic chyba nie może uczynić mnie bardziej szczęśliwą. Cały ten ostatni tydzień byłam bez pracy, z powodu strajku nauczycieli w Kolumbii Brytyjskiej. Więc, zamiast wyczekiwać aż ta nierozwiązywalna debata zostanie rozwikłana na dwa dni przed feriami wiosennymi, postanowiliśmy ruszyć w drogę wcześniej, co okazuje się być mądrym rozwiązaniem, bo wszystko podpowiada mi, że jest to idealny moment na spędzenie kilku wiosennych tygodni (albo letnich, jak kto lubi) własnie tutaj. Nie wątpię, że instynkty podpowiadają mi słusznie, bo mam poczucie, że jesteśmy w raju. Lawendy kwitną jakby to był lipiec, temperatury są nadzwyczaj przyjazne, no i życie jest znowu takie łatwe. Zdaję sobie sprawę, że ponownie zalegałam z obecnością na Majologii, ale śmiem twierdzić, że wszystko to skutecznie naprawię, składając dzienne raporty z pobytu w Arizonie. Mam nadzieję, że dacie się namówić na wizytę, gdy to ja spróbuje rozwiązać pewien dylemat. Czy to jest wiosna, czy to już lato? Obawiam się, że odpowiedź nie jest taka znowu jednoznaczna.

Comments Off

Bye, Bye Lavender

It’s time, finally, to leave Arizona for a few months and time to go back home. I’m not particularly looking forward to returning to the damp Vancouver weather, but the lavender is making up for the sadness of our departure, bidding us goodbye by maintaining its veracious blooms. Keep it up, gorgeous, I’ll be back soon!

Wreszcie nadszedł czas powrotu do domu i czas pożegnania Arizony na kilka miesięcy. Niezbyt cieszy mnie powrót do dżdżystego Vancouver, ale na szczęście, lawenda rekompensuje mi smutek rozstania, kwitnąc bez opamiętania, i tym miłym gestem mówiąc mi ‘do zobaczenia’. Kwitnij dalej, ślicznoto, bo wracam tu już niebawem!

Gingerbread and Lavender

This is to the different kind of Christmas. Quiet. A little sad. And mightily reflective. We skyped the Christmas wishes with the family. Just the two of us sat down to the Christmas Eve feast. We lost an elderly friend – Goodbye, Cecile! Yeah, it felt heavy at times. Yet, the raw emotions that accompanied the experience only heighten the appreciation for my family that will surely be here next Christmas, for the lights and candles glowing everywhere, for the gingerbread lending its heavenly aroma to the scene around, and for the lavender that’s blooming in December as if it forgot all the rules. Oh, yes, there are no rules! Toast with me to the different kind of Christmas!

To były nieco inne święta. Ciche. Trochę smutne. Pełne refleksji. Bliskość z rodziną zapewnił nam Skype. Do uczty wigilijnej zasiedliśmy we dwójkę. Odeszła od nas przyjaciółka domu – żegnaj Cecile! Tak, przytłaczały nas momentami myśli, ale te emocje co grzebią w sercu tak bez litości, jednocześnie tylko wzmagają poczucie wdzięczności za rodzinę, która zjedzie tu chmarą na święta w przyszłym roku, za migoczące, wypełniające nadzieją świąteczne światełka, za pierniki pachnące radością i za lawendę, która kwitnie w grudniu jakby życie nie miało żadnych reguł… O tak, życie nie ma reguł. Toast za te święta, co to czasami są nieco inne!

Confused

Please excuse my lavender, as it doesn’t know what it’s doing. It’s blooming its heart away, impervious to the signs of the reality surrounding it. Its instincts failed and betrayed it and it gushes its lavender charms even though they get ostentatiously ignored. The poor thing doesn’t know that presently it’s the time of the mighty pumpkin. The colours that are being enforced are the yellows, reds, and the rust hues. None of that soft pink and purple carries any weight right now. But I still give it the credit, for something has to be said about the forward-moving force of the unusual, the unheard of, the unprecedented, about the harmless madness that it manifests, with a tad of arrogance added for good measure. That’s my lavender for you!

Proszę, wybaczcie mojej lawendzie, bo ona nie wie co robi. Kwitnie z całej mocy, nieświadoma rzeczywistości, która ją otacza. Wszelkie instynkty ją zawiodły i jakby nic produkuje się kwiatami, mimo że jej wysiłki są całkowicie ignorowane. Nie rozumie, biedactwo, że już nastał czas wszechobecnej i wszechmocnej dyni, i że kolory na fali są raczej w żółciach, czerwieniach i rdzach. Te róże i fiolety, którymi emanuje, są całkowicie bez znaczenia. A mimo to, podziwiam ją za jej wymowną odwagę, bo jest to siła, która popycha życie do przodu, i wszystkie jej nienormalne, niesłychane, bezprecedensowe, trochę szalone i aroganckie wysiłki nie idą tak totalnie na marne. Bo tak właśnie, wyzywając status quo, moja lawenda oznajmia swoją osobowość i indywidualność – ku mojej wielkiej dumie.

Comments Off

Full Bloom Lavender

I wasn’t lucky to witness my lavenders blooming this summer. I know they have since I had to dead-head them and to trim them on our return home. Still I missed the scene: the variety of colours, from white and pink through lavender, blue, mauve, and purple; the soul-saving smell of the flowers, the buzz of the bees and the dances of the butterflies. I missed it all so much that I had to pack and go to a lavender farm in nearby Langley, B.C. – the Full Bloom Lavender. I got there precisely at the end of their season. They were madly cutting the last of the stalks and trimming the plants to almost nothing. Fortunately, I still grabbed a couple of bunches of fresh flowers and a few shots of the end of the season.

Nie przyszło mi tego lata być w domu podczas zakwitnięcia lawendy. Wiem z pewnością, że wszystkie dzielnie zakwitły, bo wymagały oczyszczenia i przycięcia. Nic więc dziwnego, że stęskniona jestem lawendowej scenerii – tej różnorodności kolorów, od białych i różowych kwiatów, do lawendowych, niebieskich i purpurowych; tego boskiego zapachu, tych bzyczących pszczół i tańczących motyli. Tak mi brakowało w tym roku tego zwykłego rytuału, że spakowałam aparat i ruszyłam na pobliską farmę lawendy “Full Bloom Lavender” (czyli “W Pełnym Rozkwicie”). Trafiłam tam dokładnie na koniec lawendowego sezonu. Krzaki były właśnie ogałacane z ostatnich kwiatów i przycinane do ziemi. Udało mi się złapać jeszcze parę świeżych bukietów i kilka zdjęć kończącego się lawendowego sezonu.

Comments Off

Lavender Revisited

Lavender is one of the things I find impossible to resist. I’ve had a good fortune to learn about it and to grow it for years in containers on our balcony, which I shared in the Lavender Series last year on Majology. Then came the summer vacations and we left home for a few months, entrusting my precious lavender cultivars to an unlikely gardener, F. Filled with good intentions, he cared for the lavenders more than what they bargained for and he lovingly quenched their thirst with ample supply of water which happened to be tad too much. They were not doing too well when we came back. I hoped to revive them, but they perished nevertheless, and I vouched not to entertain another lavender crop, ever. But the spring finally came and the empty containers begged to be filled with flowers. Considering the options I found myself drawn to the lavenders again, so I guess, I’ll revisit that chapter of my life and I’ll do it gladly.

Trudno jest się oprzeć lawendzie. Tak się szczęśliwie złożyło, że przez lata udało mi się z nią zapoznać hodując wiele różnych odmian w donicach na balkonie, o czym pisałam na Majologii w zeszłym roku w serii lawendowej. Los jednak chciał, że kiedy nadeszły wakacje, a my pozostawiliśmy dom na kilka miesiecy, przekazaliśmy cały mój lawendowy dorobek przypadkowemu dość ogrodnikowi – F. Z najlepszami intencjami, dbał o nie bardzo, pojąc je wodą częściej niż tego potrzebowały, o czym on oczywiście nie mógł wiedzieć. Gdy wróciliśmy, lawendy były w kiepskim stanie, a ja wierzyłam że je odratuję. Niestety, przepadły, a j przyrzekłam sobie, że koniec moich lawendowych przygód. Gdy jednak nadeszła tegoroczna wiosna, a puste donice blagały wręcz o jakieś kwiaty, bezwiednie zaczęłam wypełniać je na nowo lawendami. Wydląda na to, że ten rozdział swojego życia przezyję na nowo… i zrobię to chętnie.

The Lavender Series:  English Lavender Hidcote

This is the last of my lavender installments. If you’re sighing in relief – I get it. Today I will talk very briefly, I might add, about the Hidcote lavender. I personally think, it’s the cutest of them all. Fairly small, with compact nature, small flowers and short stalks. But what it lacks in the physical presence, it compensates in the cuteness of the lovely flowers. They are bright violet blue, rather short, but very plump. This lavender was raised by Major Lawrence Johnston in the UK before 1950, and it stays the lavender enthusiasts’ favourite till this day.

To już ostatni odcinek lawendowy na Majologii. Jeśli oddychasz z ulgą, nie ma sprawy, rozumiem.  Dzisiaj przedstawiam, krótko, lawendę Hidcote.  Osobiście uważam,  że jest najśliczniejszą ze wszystkich lawendowych egzemplarzy.  Jest mała, zwarta, z drobnym kwiatostanem i krótkimi łodygami.  Ale co jej brakuje w wielkości, to kompensuje w urodzie kwiatów.  Są one intensywnie niebiesko-purpurowe, krótkie i pękate.  Hidcote została wyhodowana w Wielkiej Brytanii prze Majora Lawrence’a Johnstona jeszcze przed 1950 rokiem i do dzisiaj pozostaje ulubienicą wszystkich lawendowych entuzjastów.

Comments Off