Posts tagged ·kościół·...

On this Day in 2010:  Church in Lubiecin

We’re planning a little camping trip tomorrow, but in the meantime, since I’m itching to get this bod somewhere else than just home, I’m travelling down the memory path and remembering the summer vacations past. Exactly two years ago I was walking around this beautifully preserved church from 1747 located in the village of Lubięcin, Poland, just mere kilometers away from the summer house where we stayed that summer. Such beauty, and yet so understated.

Planujemy sobie krótki wypad na kamping, w międzyczasie natomiast, ponieważ już mnie nosi, żeby przenieść się gdzieś i nie gnuśnieć w domu, po prostu podróżuję w pamięci, wracając do miejsc odwiedzonych w przeszłości. Dokładnie dwa lata temu, zwiedzałam z uwagą ten kościółek z 1747 roku, dyskretnie usadowiony w Lubięcinie, w województwie lubuskim, zaledwie kilka kilometrów od Jodłowa, gdzie mieszkaliśmy tamtego lata. Za każdym razem, widząc takie cudo, nadziwić się nie mogę jak nienachalny i powściągliwy jest czar takiego zapomnianego miejsca.

Comments Off

Quaint Little Church

I’ve been in full adoration mode since the day we’ve arrived to Phoenix. I know, I know, the weather has plenty to do with it, especially once the news of true winter, snow, and sub-zero temperatures back in Vancouver finally made the required connections in my sun-induced and tequila-de-accelerated brain. It’s lovely here. I’m still coping with the news that people here play golf all year round and they denounce work any time it rains for both practical and soul-nurturing reasons. But even when these sensible points are put aside, I still gasp every time I see blooming oleanders and bougainvilleas in the middle of November. Add to this the never-clogged freeways and the most beautiful landscaping along them I’ve seen, hands down, anywhere in the world, you are bound to be falling in love with this place the way I am. There is one more thing, a small thing I look for anywhere I go – the feel of the old and the authentic, the old ways that made the place what it is today. In Phoenix, I didn’t have to look far. We went to look for some open air farmer’s markets and we ended up on Guadalupe Road where we came across this little church, bathed in the mid-day sunshine, left alone and totally peaceful. I could only imagine how differently it was going to look come Sunday morning with the burst of vivid colour, once the Sunday worshipers made their way to the morning mass.

Od dnia przyjazdu do Phoenix trwam w pełnej adoracji miasta. Zapewne pogoda poważnie przyczynia się do takiej opini, zwłaszcza gdy docierają do mnie wreszcie wiadomości o pełnej zimie w Vancouver, ze śniegiem i minusowymi temperaturami, co nie jest proste bo mój omamiony słońcem i spowolniony tequilą mózg, nie przyswaja sobie informacji łatwo. Z zachwytem dowiaduję się, że ludzie tutaj grają w golfa przez cały rok i zarzucają pracę gdy pada deszcz, zarówno z praktycznych przyczyn, jak i tych spowodowanych duszą. Ale nawet, jeśli to nie są argumenty, to ja i tak zachwycam się gdy widzę w listopadzie kwitnące oleandry i bugenwille. Gdy dodasz do tego autostrady bez korków i fantastycznie czyste, zagospodarowane i upiększone tereny, to nie zdziwisz się, że systematycznie zakochuję się w tym kraju. Zwykle jest jednak jeszcze jedna mała rzecz, której wytrwale szukam gdziekolwiek trafiam – to poczucie tradycji i zacnych zwyczajów, to co ukształtowało to miejsce i przyczyniło się, że jest dzisiaj takie jakie jest. W Phoenix nie szukałam długo. Wyruszyliśmy na zakupy na zielony rynek w starej dzielnicy Mesa i przypadkiem trafiliśmy na ten stary kościółek Matki Boskiej z Guadalupe. Totalnie wybielony południowym słońcem, wyglądał na opuszczony, całkowicie pogrążony w ciszy. Pozostało mi tylko wyobrazić sobie jak powraca do życia i oczarowuje kolorami gdy nadchodzi czas na poranną niedzielną mszę.