Posts tagged ·Jodłów·...

On this Day in 2010: Morning Lake

Jet-lagged and restless, I woke up at 4:00 am on June 30, 2010 after we arrived to Jodłów summer house the day before. I remember walking in the dim morning light towards the lake and thinking that the lack of sleep was going to wreak havoc with our ability to distinguish between the day and the night, and that the first few days of our vacations in Poland were not going to be much fun. I was surprised to shake off the feeling of tiredness instantly when I arrived at the lake and saw it enveloped in the soft light of the rising sun, gently cushioned by the misty morning fog. Amazingly, the agitations of my tired body have vanished completely and I sat there mesmerized with the compelling and completely relaxed feeling that I’d arrived to the right place at the precisely right time.

Sponiewierana długą podróżą i niespokojna, przebudziłam się już o 4-tej rano 30 czerwca 2010 roku, po dojechaniu do Jodłowa dnia poprzedniego. Pamiętam jak maszerując w kierunku jeziora w niezupełnie jeszcze pełnym świcie, rozmyślałam jak to te pierwsze dni naszych wakacji w Polsce będą skazane na stratę, zanim nasze ciała odnajdą się na nowo po tej drastycznej zmianie czasu. Zdziwienie moje było zatem ogromne, gdy całe moje zmęczenie umknęło w jednej chwili po dotarciu do jeziora, gdy to ujrzałam je spowite w porannej mgle i oświetlone nieśmiale wschodzącym słońcem. W jednej niepozornej chwili, ogarnęło mną wszechobecne poczucie relaksu i przeświadczenie, że znalazłam się we właściwym miejscu, w dokładnie wyznaczonym czasie.

Signs of Fall

Though I’m going to show a few of the pics of the early Polish fall here, I couldn’t be happier to be here at all. A.’s computer wizardry breathed some life into my lifeless laptop and I can blog again, maybe even report on some events from the last few weeks… about that tomorrow. For the time being, we’re in Jodłów again, reluctantly accepting the autumn that befalls us. The afternoon walk in the forest eases me softly into the season with leaves turning yellow, last berries on the bushes, wild mushrooms and pink heathers everywhere. Only the slow motion of the Roman snail trailing across the path is a bit surprising in this fall landscape. The forest is bright with sunlight and devoid of rain. This little fact alone should keep the smile on my face, as the Vancouver rainy season has already begun and we’re going to be experiencing it soon enough.

Zamierzam, przede wszystkim, pokazać kilka zdjęć polskiej wczesnej jesieni, ale tak naprawdę, to najbardziej cieszy mnie fakt, że jestem ponownie w Majologii. Talenty komputerowe A. są niekwestionowalne i mój laptop ożył na tyle za jego sprawą, że mogę znów blogować, a może nawet opisac wydarzenia minionych kilku tygodni… no ale o tym jutro. Tymczasem, jeszcze raz zawitaliśmy w Jodłowie, gdzie z pewnym oporem godzimy się z nadejściem jesieni. Popołudniowy spacer po lesie jakoś tak łagodnie wprowadza nas w ten jesienny klimat. Gdzie nie spojrzymy widzimy żółknące liście, nie zebrane jagody wiszące jeszcze na krzaczkach, wrzosy i grzyby. Tylko ten spóźniony winniczek, wolno ciągnący się w poprzek leśnej ścieżki nie bardzo pasuje do jesiennego krajobrazu. Las jest jeszcze pełen słonecznych promieni i pozbawiony deszczu. Ten brak deszczu cieszy mnie ogromnie, bo pora deszczowa w Vancouver już się zaczęła i tylko patrzeć jak będziemy jej doświadczać osobiście.

Returns

After the seaside adventures in Egypt and Crete, we return to the Polish country side. It’s the combination of coming home and returning, all mixed in one, and none of it would be that significant if it weren’t for the calm feeling that envelops us. We settle into the quiet house, experience definitely cooler days, along with considerably chillier nights. Everyone is speaking of fall arriving… but I stay hopeful that there is still more summer to come.

Po nadmorskich przygodach w Egipcie i na Krecie powróciliśmy na polską wieś. Doświadczamy powrotu do domu za dala od domu, więc jest to dość wyjątkowe odczucie, zwłaszcza, że pozwalamy się opanować spokojowi i nudzie wiejskiego życia. Na nowo okupujemy dom na wsi i nadwyrężamy maminą gościnność. Dom jest cichy i rozprężający, chociaż dni już są zdecydowanie chłodniejsze, a noce wręcz zimne. Wszyscy mówią o jesieni, a ja wciąż jeszcze marzę, ze lato jeszcze gdzieś na mnie czeka.

The Village

It’s amazing, how the concept of time can be lost when you’re devoted to the task.  This has happened to me.  I  delved into the work and I forgot entirely that the time was still passing and the time stamp on my blog, actually, had the significance, which I ignored for over a week.  Today, I accumulated some of the left over images to present to you the nature, the dynamics, the smell, and the texture of the village of Jodłów in the Lower Silesia, Poland – the spot we spent the first three weeks of our vacations this year, the place I adore. Tomorrow, a short road trip along the Baltic Sea awaits – the details are coming.

Zadziwia mnie, jak koncepcja czasu umie się zagubić, gdy poświęcisz się jakiemuś zadaniu. Remonty już za nami, ale ich dokończenie wymagało uwagi i czasu, z którego to rabowałam swój blog, zaniedbując go przez ponad tydzień. Dzisiaj załączam kilka pozbieranych zdjęć, które oddają charakter, dynamikę, zapachy i tekstury Jodłowa, na Dolnym Śląsku, wsi gdzie spędziliśmy pierwsze trzy tygodnie naszych wakacji i miejsca, które mnie raduje i koi. Od jutra ruszamy na wycieczkę samochodową wzdluż Bałtyku – szczegóły niebawem.

Comments Off

The Art of Remembering

There is one aspect of the Polish way of life that amazes me and puzzles, all at the same time – how the living hold their beloved dead in their hearts and in their daily activities. I know, it might appear to be a somber topic to discuss, but I beg to differ. Firstly, because the cemeteries here are beyond beautiful, you might say eternally beautiful. And secondly, because visiting a cemetery is more of a social event in the lives of many, like visiting friends or meeting with family members – quite casual actually. The graves are cared for, routinely washed and polished, and adorned with flowers, infinite in numbers. The surviving family installs benches at the grave site to sit, to remember, and to contemplate. No exaltation on display, but rather a single loving thought that lingers and warrants a quiet break in the busy life that the person leads.

Jest pewien aspect polskiego życia, który zadziwia mnie I jednocześnie zaskakuje – jak umarli pozostają częścią życia najbliższych, jak tkwią w ich sercach i dziennych rutynach. Mam nadzieję, że temat nie jest zbyt posępny, bo ja naprawde uważam inaczej. Po pierwsze, polskie cmentarze są piękne, po drugie, wizyta na cmentarzu ma socjalny aspekt, jak odwiedzenie przyjaciół, czy spotkanie z rodziną – całkiem nieformalne zdarzenie w życiu wielu Polaków. O groby należy się troszczyć, myje się je i poleruje, oraz przyzdabia ogromną ilością kwiatów. Przygrobowe ławeczki pozwalają by przysiąść, przypomnieć sobie, i zastanowić się, bez egzaltowanych zachowań, a raczej z łagodnym wspomnieniem, które nie chce odejść i daje okazję na krótką przerwę w codziennych zajęciach.

Quiet, but Busy

It’s been quiet around Majology for the last week. First is the internet access, still a little off and secondly, we’ve started bathroom renovations in the summer house. These take my thoughts off the Majology and my time away from it. I’ll be catching up slowly, as I still pick up the camera and take an odd picture here and there. The weather is not conducive to renovations at all, 95F every day leaves us sweating and exhausted at the end of the day, but thankfully, the dip in the warm lake at the end of the day keeps our sanity intact, at least for the time being.

Cisza panuje na Majologii przez ostatni tydzień. Winny jest powolny internet, ale też i renowacje łazienki, którą rozpoczęliśmy w domu na wsi. Ta renowacja powoduje, że zapominam o dziennym blogowaniu, no i czasowo je poważnie ogranicza. Ale powoli będe nadrabiać zaległości, jako że nadal chwytam od czasu do czasu aparat, żeby zrobić jakieś zdjęcie. Pogoda jest wybitnie nierenowacyjna – codzienne 34C czyni, że pod koniec dnia padamy na nosy, ale na szczęście, wieczorna kąpiel w jeziorze pomaga przetrwać te renowacyjne trudy i zachować równowagę psychiczną – przynajmniej na razie.

Rosy

One dominant feature of the country house we’re presently staying in is the twenty-something rose bush. It’s absolutely magnificent when in bloom. I can say with full conviction that I’ve never seen so many flowers blooming simultaneously on one plant. It grows to be higher than the house and its branches, heavy with dark red petals, peek into the veranda and the balcony above.

Dominującą cechą domu na wsi, gdzie aktualnie gościmy, jest ponad dwudziestoletni różany krzew. Gdy kwitnie, jest adorowany przez wszystkich. Mogę z całą pewnością stwierdzić, że nigdy nie widziałam na raz tylu kwiatów na jednej roślinie. Przerósł on już niejednokrotnie wysokośc domu a jego uginające się od ciężaru kwiatów gałezie zaglądają w okna werandy i na balkon na piętrze.

Wild Flowers

It’s been a week now since we started this vacation; the week that has passed so incredibly fast, but is leaving me with the contentment in my heart for so many reasons. First, we’re staying close to the family, finally having the opportunity to not only be close to them physically, but also to be present in our mind to experience and appreciate the moment. Most of our previous visits were shorter, so from the start, they carried the threat they’d be coming to the end soon, thus hurried us through many of the circumstances like meeting with family and friends. This time it’s different. Our encounters are relaxed and none of the events is scheduled or planned. Additionally, the weather is just absolutely gorgeous. It’s warm, it’s summer, birds singing, flowers blooming, fresh and beautiful food growing – the epitome of the pastoral, village life with its abundance and beauty. All one has to do is to take it in and appreciate it. I, certainly, do.

Minął już tydzień odkąd wyruszyliśmy na te wakacje, tydzień, który przeleciał niewiarygodnie szybko, ale jednocześnie, zadowolił i uradował z wielu powodów. Po pierwsze, jesteśmy blisko rodziny, wreszcie mamy szansę na bliskość fizyczną, ale również, mamy czas, żeby być świadomym i żeby docenić ten wyjątkowy moment. Większość naszych poprzednich wizyt była zdecydowanie krótsza, wobec czego niosła z sobą groźbę szybkiego końca i poganiała nas do śpiesznych spotkań z rodziną i przyjaciółmi. Tym razem jest inaczej. Nasze spotkania są relaksujące, prawie zawsze nie planowane. Pogoda jest uwieńczeniem tych pozytywnych doświadczeń. Lato w pełni, gorąco, ptaki śpiewają, kwiaty kwitną, zdrowe jedzenie rośnie w ogrodzie obok – kwintesencja sielankowego, wiejskiego życia z całym swoim urokiem i bogactwem. Jedno tylko pozostaje – docenić to doświadczenie i ja, z pewnością, to robię.

Comments Off