Posts tagged ·garden·...

Water When Dry

I arrived to Phoenix a week ago and have been devoting myself to an extreme sport – summer gardening in Arizona. Before leaving for Phoenix, I casually chatted with my friend M., whom you know already from my mentions here, to be a very talented gardener, and we summed up our gardening conversation with the wisdom that the best way to treat a garden was to water it when dry. Well, guess what, this golden rule doesn’t apply to gardens in Arizona. It’s supremely hot here and I’m pushing to adjust to the heat in a record time as I’m only staying for three weeks, but have a three-and-a-half-months worth of garden work in front of me. I’m comfortably sitting in front of the laptop at present, typing away this post, while the 105ºF / 40.5ºC is raging outside. The garden is scorched, but amazingly surviving this heat, the fact that will never stop to amaze me. The neglect has been great, so I’m trimming, shearing, pruning, raking my heart away, wiping the sweat off and drinking galons of water. This is precisely why I haven’t been around recently. I’ve been a tad uninspired to take the pictures of recent, I guess the heat will do that to you, but I feel the change coming on and I have a few posts brewing in my head. One will deal with my recent stint at ice-cream making, as ice-cream seems to be the only viable food to consider for eating in the intense heat that’s here. But let me start with some strawberries first. They’ll reappear in a cone soon enough, for the time being though, they nicely mimic the cute scene in the picture hanging in the dining room on Love Road.

Jestem już w Phoenix od tygodnia i przez ten czas uczestniczyłam w ekstremalnym sporcie – praca w ogrodzie, latem, w Arizonie. Zanim dotarłam tutaj, rozmawiałam z M., którą znacie z wcześniejszych wzmianek, jako niezwykle utalentowaną ogrodniczkę, kiedy to zgodziłyśmy się, że ogród należy podlewać jak jest suchy, i obie pokiwałyśmy głową z uznaniem dla własnej mądrości. Pierwsze spojrzenie na nasz ogród w Arizonie, natychmiast obalił tę genialną teorię, bo tutaj ogród jest mokry tylko w chwili podlewania, i suchy chwilę póżniej. Jest tak gorąco, że przymuszam się do aklimatyzacji w rekordowym tempie, bo czasu mam zaledwie trzy tygodnie, a pracy w ogrodzie na trzy miesiące. Gdy piszę ten post, wygodnie siedząc w klimatyzowanym domu, na dworze szaleje 40.5ºC. Ogród jest wypłowiały od słońca, ale nadal żyje i kwitnie, i ten fakt nigdy nie przestanie mnie zadziwiać. Niestety, jest też zaniedbany, to też czas mija mi na przycinaniu, grabieniu, czyszczeniu, a w przerwach ocieram pot z twarzy i piję hektolitry wody. Poza pracą w ogrodzie, to przyznaję, że nie czułam wielkiej inspiracji, za co obwiniam ten upał, ale też czuję, że nastąpi w tej kwestii zmiana, bo już chodzą mi po głowie następne posty. Wkrótce napiszę o robieniu lodów, bo jak tu o lodach nie pisać, skoro okazują się być jedynym wartym w tym upale rozpatrzenia pożywieniem. Dzisiaj zdjęcie tych truskawek, które już zaraz staną się truskawkowymi lodami, ale tymczasem ładnie podrabiają scenkę z obrazka zawieszonego w jadalni na Love Road.

Proudly Horticultured

One of my most coveted spring flowers is ranunculus. I’m green of envy (no pun intended) when I see these beauties featured on blogs in early March, (Hello, my Californian blog friends!). The flowers don’t make cameo appearances in local flower shops until late April. Two years ago, I went on a whim and purchased ranunculus tubers and, half-haphazardly, I planted them in a pot on my balcony, not really aspiring for any spring ranunculus glory. This year, however, before setting out to Arizona for the spring break, I dutifully noted that the greens made their way to the top of the soil and they looked promising. On our return, I was greeted with mighty white and fushia blooms. I acknowledged them politely, while intending to forget their mere existence. But they kept their presence, having bloomed, persistently, for a month now, and more buds keep coming. I’m sure, I shouldn’t be ignoring the phenomenon anymore and give the flower the nod it deserves. Wouldn’t you agree?

Moja wersja na ogrodniczą zazdrość sprowadza się do kilku kwiatków pełnika. Nie jest to ani arogancka, ani też bardzo ambitna emocja. Podziwiam formę tego kwiatka i trochę zielenieję z zazdrości, gdy moje blogerowe, kalifornijskie koleżanki fotografują pełniki już w marcu, gdy u nas nie pojawiają się one aż do końca kwietnia. Dwa lata temu, gdy natknęłam się na bulwy tej rośliny, wetkałam je od niechcenia w doniczkę na balkonie, nie roszcząc wielkich nadzieji. W marcu, przed wyjazdem do Arizony, zauważyłam, że zielone łodygi pojawiły się z nienacka i wyglądały jakby miały dzielnie rosnąc. Z zaskoczeniem przywitałam kwitnące pełniki po powrocie, domagające się uwagi w bieli i różu intensywnych kwiatów. Grzecznie przytaknęłam ich obecności, ale beż większych emocji. Dzisiaj jednak czas już zauważyć wysiłki tej niepozornej rośliny, bo kwitnie już wszechmocnie od miesiąca i nie zanosi się na to, żeby miała przestać. Dochodzę do wniosku, że im mniej przejmuję się swoimi ogrodniczymi wysiłkami, tym lespsze osiągam rezultaty. Może jest to odpowiedź na wszystkie moje ogrodnicze dylematy.

Dahlias, Once More

The dahlias I’ve photographed come from M.’s garden. On my last visit to her house, M., again, has fitted me with an armful of flowers currently blooming in her garden. I accept them shamelessly, knowing all well, I’ll never be able to repay her for all the joy she bestows on me with these beauties. M.’s garden is quite unusual. The number of plants that coexist so amicably in that garden is already astonishing, the names, for an amateur like myself, are impossible to memorize, but the vision they become when the garden takes creation and shape under M.’s watchful eye is something no visitor there ever forgets.

Te dalie na zdjęciach pochodzą z ogrodu M. Jak przy każdej wizycie u niej w domu, wyszłam stamtąd z ogromnym naręczem kwiatów. Jak zwykle, przyjęłam je bez żenady, wiedząc jednocześnie, że niemożliwe jest by odwdzięczyć się jej za radość jaką mi sprawia takim podarunkiem. Ogród M. jest niezwykły. Po pierwsze, zaskakuje ogromną ilością roślin, które tam koegzystują bez najmniejszego konfliktu. Nie jestem w stanie spamiętać nazw, bo dla laika jak ja, nie znaczą one nic, i z niczym się nie kojarzą, natomiast razem, i oczywiście, dzięki bacznej uwadze im poświęcanej przez M., przeistaczają się w zjawisko, które każdemu, kto ten ogród odwiedzi, pozostaje na zawsze w pamięci.

Comments Off

Lily Time

The lilies appear out of nowhere in the garden adjacent to the house in the country. Years of collecting seeds, seedlings, tubers and other growing things bring about the garden of surprises. You never really know what grows where, or which colour will the flower be. But then, one morning, you enter the garden and see the lilies open to the sun with brilliant colours, and their sensuous smell. Then it’s the lily time.

Lilie pojawiają się niespodziewanie w ogrodzie na wsi. Lata kolekcjonowania nasion, szczepek, kłącz, czy innych pochodnych roślin stworzyły ogród pełen niespodzianek. Nigdy nie wiadomo co rośnie gdzie, czy w jakim kolorze zakwitnie następny kwiat. Ale nagle, pewnego poranka, wchodzisz do ogrodu i widzisz lilie we wszystkich kolorach tęczy i czujesz ich upojny zapach. Wtedy nastaje czas lilii.

Comments Off

Delightful Peonies

I don’t visit M. too often, but when do, I leave her house with loads of unexpected goodies. She’s so generous with everything she has – her time, her cheerful spirit, and, of course, her garden production. I’m almost embarrassed to come back home, as I always carry armfuls of beautiful things. My last visit, on Saturday, was no different. Once I saw M. pick up the garden sheers, I knew, she was off onto the serious garden sweep. She started with the roses – her gorgeous roses that are the envy of her entire neighbourhood. She was cutting stem after stem, as if she decided she didn’t want them anymore. I was alarmed. Next were the anemones. Then she moved to her backyard to get me huge amounts of fresh mint, chives, bay leaves. Everything and anything that was ripe for harvest got cut down for me. Finally, came the peonies. I adore peonies and I never say no to them, but M. was literally mowing them down, tens of them. They were the most perfect flowers under the sun, so fragrant, so full of petals – I could not believe I was getting them all, every colour there is. I swear, I have never held that many peonies in my arms. It was the moment of the total peony delight.

Nie odwiedzam M. zbyt często, ale kiedy się to zdarza, wyjeżdżam od niej z pełnym ładunkiem nieoczekiwanych skarbów. M. jest nieuleczalnie chojna ze wszystkim co posiada – swoim czasem, wesołym usposobieniem, i oczywiście, ze wszystkim co rośnie w jej przepięknym ogrodzie. Jestem wręcz zakłopotana obfitością jej darów, chociaż nadal łapczywie i skrzętnie targam naręcza do domu. Moja ostatnia wizyta u M. nie była wcale inna. Kiedy zobaczyłam, że łapie się za ogrodowe nożyce, wiedziałam, że M. szykuje się na poważną ogrodową akcję. Ta akcja zaczęła się od róż – jej ślicznych róż, na które całe sąsiedztwo patrzy z zazdrością. M. cięła łodygę po łodydze jakby chciała ich się wszystkich pozbyć. W tym momencie sytuacja zaczęła mnie nieco alarmować. Następnie kolej przyszła na niebieskie zawilce wieńcowate. Po zawilcach, M. ruszyła na tyły domu by obdarować mnie ogromnymi ilościami mięty, szczypioru, liści laurowych – w zasadzie wszystko co było gotowe do ścięcia, zostało ścięte. Na koniec, nadszedł czas na piwonie. Ja po prostu uwielbiam piwonie i nigdy sobie ich nie odmawiam, ale też nie pamiętam żebym kiedykolwiek doświadczyła takiej ilości piwonii jaką M. postanowiła mnie obdarować. To były najpiękniejsze kwiaty pod słońcem, tak pachnące, tak obfite – trudno było mi uwierzyć, że wszystkie one były dla mnie, w każdym z piwoniowych kolorów. Przysięgam, nigdy nie trzymałam tak ogromnego bukietu piwonii. To był moment całkowitej piwoniowej rozkoszy.

VanDusen Gardens

We’ve been living in Vancouver for 18 years now and there are still sites around here that are new to us.  We’ve never been to VanDusen Botanical Garden before and today was the first.  A relaxing, leisurely day, with the sun shining and plenty of flower power to make one’s heart sing.

Mieszkamy w Vancouver już 18-cie lat i nadal odkrywamy miejsca, które są nam nieznane. Nigdy dotąd nie zawitaliśmy w ogrodzie botanicznym VanDusen. To był totalnie relaksujący dzień, słoneczny i wypełniony kwiatową energią.

Comments Off