Posts tagged ·deszcz·...

Rain, Rain Go Away! Come Again Another Day

You know it has rained for much too long here when every conversation you have, starts with the statements about weather. You know the rain gets to everyone when the seven-years-olds complain about it. On the positive note, I now have meaningful conversations with one-graders.
20110226_GosiaMaj-SigWithDaisy

20130130_RainRain

Kiedy każda rozmowa zaczyna się od stwierdzeń o pogodzie, oczywistym wtedy staje się fakt, że deszcz pada już o wiele za długo. Kiedy to siedmiolatki zaczynają narzekać na deszcz, wiadomo już, że ta szarówka daje się wszystkim we znaki. Korzyścią w tej całej sytuacji jest tylko to, że teraz mam wspólny temat do rozmowy z pierwszakami.
20110226_GosiaMaj-SigWithDaisy

Comments Off

Like a Painting

There are not many outdoor places in this climate that I’d chose to frequent at this time of the year. As the rain is coming down hard, the only spot that it doesn’t seem to matter is in the Pacific Northwest rainforest itself. It’s dripping with moisture, and yet it’s so sheltered that you actually don’t get wet there. It’s luscious, with soft green moss covering just about every available surface. Its sounds insulated by the woodchip-covered trails are nothing more but the squeeking of the hundred-year old cedar trees, the chirping of birds that opt to spend the winter here, the laughter of chipmunks, and the splattering of the rain droplets steadily falling on the inflamed leaves. It’s a symphony composed ad hoc, it’s a painting that gets painted just for you, on entry.

W tę deszczową porę, w tym klimacie, nie ma miejsc, do których tęsknię, z wyjątkiem lasu. To że deszcz leje bez wytchnienia nie ma znaczenia gdy się jest w okolicznych puszczach, bo jak dżungla ociekają wodą, ale jednocześnie chronią przed przemoknięciem grubą koroną drzew. Puszyste mchy co oblekają każdą wolną powierzchnię tworzą nadzwyczajną bajkową atmosferę, wyciszając dźwięki i tonując skrzypiące stuletnie cedry, napastliwe ćwierkanie ptaków, którym nie w głowie przeloty do ciepłych krajów, wyśmiewanie się wiewiórek tamiasów i pluskanie kropli spadających na czerwieniejące liście. To jest na żywo komponowana symfonia i obraz malowany na Twoich oczach, zaraz na wejściu, bez czekania, i specjalnie dla Ciebie.

Forget-Me-Not Sunshine!

The Sunday walk was vastly needed, the sunshine was extraordinarily therapeutic. I can’t tell you how bummed out I was by all this rain that kept falling on us. They say that the Pacific Northwest is the one region in America that’s ripe with depressed individuals walking around, and I was starting to think I was on my way to be one of them. But not anymore, I swear, Monday came rolling in with more sunshine and lovely, pre-summer temperatures. And yesterday, doing a 10K walk around the Barnston Island, rewarded me with these sweetheart forget-me-nots. I’m brimming with optimism again and hope you do, too. Have a tremendous start to a new, sunny week. Hugs…

Wczorajszy, niedzielny spacer był ogromnie mi przydatny, a słońce podziałało jak najlepsza terapia. Nie umiem już nawet wyrazić jak przygnębiająco wpływał na mnie ten nieustający deszcz, który spływał po nas przez długie jak katorga tygodnie. Mówią, że ten region Ameryki – Pacific Northwest – czyli Wybrzeże Północno-Zachodnie, gości najbardziej liczną grupę osobników cierpiących na depresję. Już poważnie rozpatrywałam ewentualność, że mogę być jednym z nich. Na szczęście, i ku mojej nieokrzesanej radości, nie tylko niedziela była cudnie słoneczna, ale i poniedziałek przyniósł jeszcze więcej słoneczka i prawie letnie temperatury. Dziesięciokilometrowy spacer wokół wyspy Barnston wynagrodził mnie tymi czarującymi niezapominajkami. Na nowo jestem pełna optymizmu i pozostaję w nadziei, że i Wam szykuje się nadzwyczajny tydzień. Ściskam Was gorąco…

Rain & Repose

Have I complained enough of the rain that we have this spring? The only hint that it’s spring is the luscious greenery outside my window, one and only perk of the gargantuan amounts of rain we get. I followed the cats’ lead and spent the Saturday afternoon on my bed with a Sony reader in hand. Once again, I should learn that giving in, going with a flow, and just plain relaxing is the preferred mode of operation in life. Proving my point is the world basking in endless sunshine this morning. I see a Sunday walk in my cards. Then, in the evening, I’m throwing a small pizza party to celebrate. Wonna join?

Zazdroszczę Wam wszystkim boskiej pogody w tę Majówkę. Wierzcie mi, nawet w Kanadzie jest o tym głośno. Tymczasem, ja nadal narzekam na nie ustający deszcz. Jedynym znakiem, że wiosna panuje za oknem jest soczysta zieleń, wyłączny atut tego mokrego stanu rzeczy. Wczoraj już dałam za wygraną i podążając za kotami, spędziłam popołudnie w łóżku, z czytnikiem ebooków. Kiedyś może, wreszcie się nauczę, że najlepszą metodą na życie jest stoicyzm, pójście za ciosem, i umiejętność zrelaksowania. Dzisiejszy, niedzielny poranek, już potwierdza ten mój punkt widzenia, bo przebudziłam się do dnia skąpanego w słońcu. W planach jest spacer, a potem ‘pizza party’ na uczczenie. Jesteście zaproszeni!

Comments Off

On the Rainy Monday Morning

On this rainy Monday morning, the three things that save me are:
♥ the greenery and new flowers everywhere I look,
♥ the fact that I don’t need to go to work today,
♥ and the realization that only one week is left till spring break.
Hurrah!
Wishing you a good week ahead!

W ten poniedziałkowy, deszczowy poranek, trzy rzeczy są dla mnie zbawieniem:
♥ że natura wokoło wreszcie zaczyna nabierać kolorów,
♥ fakt, że dzisiaj nie muszę iść do pracy,
♥ i to, że już za tydzień zaczynają się ferie wiosenne.
Hura!
Życzę Wam dobrego tygodnia!

Soothing Weekend

On the day like today, when the rain is pouring, the wind howling, and it’s still dark-grey outside at 10 o’clock in the morning, I come to a conclusion that only a soothing cup of tea can convince me to just sit, sip, and contemplate. Some days the battlefield has been emptied, and the only one you have to conquer is yourself. Happy weekend, Everyone!

W dzień jak dzisiaj, kiedy deszcz pada jak najęty, wiatr hula i jest nadal szaro-buro o 10-tej rano, dochodzę do wniosku, że tylko kojąca filiżanka herbaty może mnie przekonać by spokojnie posiedzieć, posączyć i pokontemplować. Czasami pole bitwy pustoszeje i jedynym wrogiem pozostającym do pokonania jest własne ego, plany i ambicje. Życzę wszystkim spokojnego weekendu.

Comments Off

Cherry Trees in the Rain

When I finally decided to go for a walk, it was raining cats and dogs. I had an option to stay in, but I’ve been staying in for a week now, not leaving home at all, so no rain was going to stop me. The first thing I saw when I found myself on the street was the row of blooming cherry trees. Oh, Spring!

Gdy wreszcie zdecydowałam się na spacer, zaczęło lać jak z cebra. Mogłam zostać w domu, ale ponieważ nie wychodziłam z domu przez tydzień, żaden deszcz nie mógł mnie powstrzymać. Pierwsze co zobaczyłam, gdy wyszłam na ulicę, był rząd tych kwitnących wiśni. O, Wiosno!

Back to Normal.  But What Is Normal, Anyway?

Yes, it was nice. Christmas and the New Year, I mean. Lot’s of time to relax, plenty of food, good company, and holiday cheer. Today, however, was the day of coming back to one’s senses. Early rising, bringing house into order, exercising, bills, etc. I normally do these things without grimacing too much. After years of agonizing over things to be done, endless procrastinating, and whining about no personal time, I now have the time for them all. I know it’s luxurious and uncommon. The challenge is though that now I have time for far too many interests. Areas that I would not consider investing time into while I was working. Hobbies like bread baking, photography, or this blogging endeavor, for instance. So no wonder this day has slipped away from me. The time was warped or something, because before I knew it, it was already dark outside. I remarkably did and finished a few things and they astonishingly felt good. All this idling over the holidays must have made me eager for some exertion finally. Lo and behold, I started running again. I stopped in July for some ungodly reason, gained 10 pounds, and blamed my avoidance on the Vancouver rainy weather. On this January 2nd, though, I went out, ran 5Ks in rain and did not complain a bit. I ran every day since, today again in miserable rain, but it only added to my faster time, so no complaints again. I forgot how good it feels to move this old body. Please remind me if you catch me forgetting again.

I also baked focaccia genovese and i will show you pictures tomorrow. For the time being, I am attaching two picks from a quick outing A. and I did yesterday, when the sun teased us through the thin layer of clouds for a few rapid moments. We quickly seized the opportunity and went for a short walk with a camera. The skyline around Vancouver on a winter day in January is so beautiful. The snowy mountains are magical to look at. I just have to remember to look every day.

Brigdes over the Fraser River

Sky Train Dwarfed by the Coquitlam Mountain

Pięknie minęły te Święta i Nowy Rok, z mnóstwem czasu na relaks, wybornym jedzeniem, jeszcze lepszym towarzystwem i wystarczającą ilością trunków. Dzisiaj, niestety, nadszedł czas, kiedy to trzeba było wstać przed świtem, zorganizować dom na nowo, uregulować rachunki, poćwiczyć, oraz wykonać masę innych, podobnych temu zadań. Zwykle poddaję się tym obowiązkom bez grymaszenia. Lata narzekań na chroniczny brak czasu, niekończącą się liczbę rzeczy do zrobienia i ciągłego opłakiwania straconych cennych chwil nauczyły mnie, że teraz, skoro jestem wolna od zawodowych obowiązków, każdy moment jest drogocenny bez względu na to jak nudne zadania mam do wykonania. Doceniam bardzo tę sytuację i wdzięczna jestem bez końca. Okazuje się jednak, że obecnie mam czas na przerożne, nowe zainteresowania, które to by mi do głowy nie przyszły gdy praca zawodowa pożerała mój dzień. Takie hobby jak pieczenie chleba, fotografia, czy ten blog nawet mi nie świtały w głowie. Nic dziwnego więc, że dzień dzisiaj mi przeleciał przez palce i zanim wiedziałam co się dzieje już był wieczór. Mimo tego kosmicznego tempa udało mi się uwieńczyć sukcesem kilka spraw a to przypuszczam wynikało ze świątecznego lenistwa. Podejrzewam, gotowa byłam na choć odrobinę wysiłku fizycznego. Oznajmiam więc, ze powróciłam do biegania, które to zarzuciłam w lipcu (zaraz po powrocie z wakacji w Polsce – jakiś związek?). Moje obwinianie vancouverskiej, deszczowej pogody za te 5 dodatkowych kilogramów doczepionych do mojego brzucha, już przestały wywierać wrażenie na A. i na wszystkich innych, wobec czego nie było wyjścia i 2-go stycznia przebiegłam 5 km w silnym deszczu bez narzekania. Co więcej, biegam już codziennie, dzisiaj ponownie w ulewnym deszczu, ale ten deszcz przyczynił się do mojego lepszego czasu, wiec nie mam powodów do gderania. Zapomniałam, niestety, jak dobrze jest trzymać się w ruchu i w zdrowej wadze. Jak kiedyś znów zapomnę, przypomnijcie mi, proszę.

Udało mi się również upiec dzisiaj focaccia genovese – zdjęcia zapodam jutro. Póki co jednak, dołączam dzisiaj kilka zdjęć z szybkiego wyjścia, które to razem z A. udało nam doprowadzić do skutku w miniaturowej przerwie od deszczu wczoraj, kiedy to słońce pokazało się przez chmury na kilka krótkich chwil. Czym prędzej wyruszylismy nad rzekę Fraser z aparatem w ręce. Vancouver wygląda zimą po prostu magicznie z ośnieżonymi górami z każdej strony, w którą popatrzysz. Sztuką jest pamiętać, żeby patrzeć.