Posts tagged ·dekorowanie·...

Hobnailed

I see a collection forming! I’m seeing the hobnail glass everywhere these days, but I’m majorly seduced by these tantalizing hobnail glass votive cups. I have no idea how they were meant to be used, but placing them as toppers on candlesticks works for me.
20110226_GosiaMaj-SigWithDaisy

20130121_Hobnailed

Już widzę nową kolekcję na najlepszej drodze do stworzenia. Trafiam na ćwiekowane szkło wszędzie ostatnio, ale tak naprawdę to ujęły mnie najbardziej te ćwiekowane lampiony na świeczki. Szklane nóżki idealnie wpasowują się w świeczniki, więc takie ich wykorzystanie zostało im przeznaczone.
20110226_GosiaMaj-SigWithDaisy

Comments Off

Kitchen Blues

I should know something about decorating with blues. I once made a not-so-smart decision to paint our bedroom blue. Two things became clear after that: 1 – a paint chip shouldn’t replace your paint testing; 2 – blue can be overzealous when put uniformly on all the walls. This bit about it inducing tranquility and peace of mind did not work for me. Four days into the paint job, I badly wanted to repaint. I made a mental note to avoid blue going forward and with fervent determination started banning the colour from any other room in the house. I packed away dishes if they happened to be blue, hid the tea towels, curtains, linens with any hint of the colour, actually any unfortunate piece of fabric dyed in blue was destined for storage. I grew a stash of blue accessories with remarkable efficiency and I seriously considered donating the goodies when unexpectedly the idea to purchase a house in Arizona was born and my blue problem solved itself. I revisited the concept of decorating in blue and decided to test drive it in the kitchen. Just accessories, mind you, white paint ruling and I kind’o like it. I’m not at all blue because of the blues ((*_*)).

Powinnam coś nie coś wiedzieć o dekorowaniu na niebiesko. Kiedyś popełniłam błąd wymalowania sypialni w tym kolorze i natychmiast stałam się mądrzejsza w dwóch kwestiach: 1 – papierek z próbką koloru nie powinien zastąpić przetestowania farby na żywo z pędzlem i kilkoma warstwami; 2 – niebieski staje się nieco nadgorliwy, gdy naniesiony na wszystkie ściany. To, że niby działa uspokajająco to mit. W moimi przypadku reakcja była przeciwna, bo krew mi się w żyłach burzyła przy każdym wejściu do sypialni, i juz po czterech dniach gotowa byłam na przemalowanie. Zrobiłam postanowienie, żeby w przyszłości unikać koloru za wszelką cenę i z dużą dozą determinacji wprowadziłam zakaz na niebieskości w całym domu. Spakowałam naczynia, pościel, serwetki i ścierki, jeśli tylko przedmiot napiętnowany był tym nieszczęsnym kolorem, to lądował w kartonie. W krótkim czasie uskładałam poważny stos tych dobroci i już chciałam to wszystko oddać do sklepu z rzeczami z drugiej ręki, kiedy wpadł nam do głowy pomysł zakupu domu w Arizonie i mój niebieski problem rozwiązał się sam. Gdy przyszło do meblowania i dekorowania domu, nasza kuchnia wyposażyła się praktycznie sama. Niebieski akcentuje swoja obecność dość wyraźnie, ale tylko w dodatkach, bo rządzi tu jednak biała farba i ku mojemu zaskoczeniu, nawet mi z tym kolorem się dobrze żyje.

Comments Off

A Flower Nook

I wonder why this is, but there is this one spot in my bedroom where flowers are on display most of the time. It’s this little nook in the room, where a dresser stands, and which has the surface for all kinds of things. Subjects, I like, pretty or stylish, or those I temporarily might not know what to do with, picked up, or gathered, found, or changing places – they all end up there, parking precariously, until their purpose in life is determined.
Do you have such a place in your home? Show me your “flower nook”.
Have a great long weekend, Everyone!

Ciekawa jestem jak to się stało, że jest takie jedno miejsce w sypialni, gdzie prawie zawsze stoją kwiaty. Jet to kawałek powierzchni, na komodzie, gdzie różne przedmioty znajdują tymczasowy dom. Rzeczy, które przypadły mi do gustu, ładne albo bliskie sercu, czy też te, z którymi chwilowo nie wiem co zrobić, przyniesione, zebrane, znalezione, albo przenoszone na inne miejsce – lądują wszystkie w tym samym punkcie, aż im wytyczę jakiś cel w życiu.
Czy jest takie miejsce w Twoim domu?
U nas długi weekend, ostatni letni weekend roku, bawcie się wszyscy dobrze.

Comments Off

Out of the Barn and into the Kitchen

The kitchen hutch I mentioned earlier came to me quite by chance. I was picking up this table at the nearby horse ranch and the owner sheepishly asked if I wouldn’t consider the hutch she had sitting in the barn. I had and this is how it ended up in my kitchen in its dark wood stained glory. I wanted to re-finish it, but it needed to be painted light and bright because it was bringing the whole kitchen down with its brooding dark wood moodiness. I procrastinated for two entire weeks before I dared to disassemble and to start working on it. It took a lot of sanding and even more painting, 5 coats in total, but it’s finally done. It’s still a little scarce on dishes and smart displays for the glassed cabinet section, but I know it will get there eventually. For the time being, it’s a nice addition to our dining room area.

Ten kuchenny kredens, o którym napomykałam wcześniej, trafił do mnie całkiem przypadkiem. Gdy odbierałam ten oto stół z pobliskiego rancza, właścicielka nieśmiało zasugerowała, żebym również zabrała kredens stojący w stajni. Tak też zrobiłam i kredens stanął w jadalni, taki ciemny, drewniany i nie pasujący do niczego. Należało go odświeżyć i czym prędzej przemalować na jakiś jasny kolor. W stanie w jakim był tylko przygnębiał swoją drewnianą osobowością. Musiały minąć jednak długie tygodnie, zanim odważyłam się go rozebrać na części, a następnie długo szlifować, a potem jeszcze dłużej malować, aż wreszcie wszystkie pięć warstw farby zgodnie leżały jedna na drugiej, i nadszedł ten długo wyczekiwany moment, kiedy to projekt został doprowadzony do końca. Nadal jeszcze brakuje w nim naczyń i wystaw za szybami – na to z pewnością przyjdzie czas. Tymczasem, stoi on sobie w rogu jadalni i cieszy oko.

The Mood of the Hadaba Beach

There are a few things I would change about our trip to Egypt. One of them would be the time of the year to visit. Think winter! Seriously. I adore summer, love hot weather, but the Egyptian summer heat kept us either snorkeling for hours on end, or rendered us immobilized in the air-conditioned hotel lobby – quite wasteful if you think about it. I also longed to confront the sentimental image of the northern Africa I got from books and pictures and this happened on the Hadaba Beach, actually, it was the only place that truly grabbed my heart. It was the snorkeling heaven for many, but for me it was the spot with the coolest café (literally), the beautiful beach carved out from the sandy rock, the emerald water, the shisha smoke in the air, and the most extraordinary beach décor. Just the mood I was hoping for.

Jest kilka rzeczy, które bym zmieniła planując ponownie wycieczkę do Egiptu. Jedną z nich byłaby pora roku na tę wizytę. Zima – tylko i wyłącznie. Uwielbiam lato, kocham upały, ale egipskie skwary sprawiały, że albo przesiadywaliśmy godzinamy w morzu z maskami i płetwami, lub też siedzieliśmy w chłodzonym holu hotelowym – co za marnotrastwo czasu. Marzyłam też o napotkaniu tego sentymalnego obrazu północnej Afryki, takiego jaki znałam z książek i zdjęć i to, nastapiło na plaży Hadaba, jedynym chyba miejscu, które mnie naprawdę ujęło. Hadaba jest rajem dla amatorów nurkowania, ale dla mnie była miejscem z najfajniejszą kafejką, piękną plażą wyrzeźbioną z piaskowej skały, szmaragdowym morzem, zapachem dymu z shiszy w powietrzu i z nadzwyczaj zadziwiającym plażowym wystrojem. Nastrój na jaki miałam nadzieję.