Forgive me the prolonged absence from Majology, but we’ve escaped for yet another quick camping trip. Upon the return, my unfinished kitchen hutch was blatantly staring me in the eyes, so I spent practically every daylight hour on finishing it and finally standing it proudly in the corner of my kitchen. But before I show you the finished piece I wanted to tell you about this trip we took, as the views are still clearly edged in my mind even though it has been already a few days since our return. We ventured into the already familiar region near Payson, AZ, but this time we ended up high on the Mogollon Rim, amidst the unbelievably gorgeous panderosa pines. The scenery, at 7,000 ft was simply breathtaking. I fail to articulate how I felt facing the vastness of this beautiful land when perched up there on the top of the rim. The raw land, still so relatively uninhabited draws you in not only with the spectacular sights, but also with its effect on all of your senses, the sweet scent of the pine sap, the warmth of the red limestone – all of them are bound to leave a certain mark on your sensibility and allow you to make that mental note that this is the place you will want to come back to. It’s that agreeable, I tell you. We hiked to the very rim a few times, but when I sat there at the sunset, I didn’t want to ever leave.

Wybaczcie mi moją dłuższą nieobecność na Majologii, ale ponownie uciekliśmy na krótką wycieczkę kampingową. Po powrocie, natomiast, ten rozgrzebany kredens kuchenny zerkał na mnie z wyrzutem, (a może to ja zerkałam na niego z poczuciem winy), do tego stopnia, że zmuszona byłam spędzić każdą jedną godzinę w świetle dziennym, przez kilka długich dni, żeby doprowadzić go stanu używalności. W efekcie, udało mi się go odmalować, dumnie wstawić w kuchenny róg i cieszyć się jego wiejską osobowością. Zanim jednak pokażę Wam jak on obecnie wygląda, chciałam najpierw opowiedzieć Wam o tej wycieczce, bo mimo, że już minęło kilka dni od naszego z niej powrotu, to widoki nadal silnie tkwią mi w pamięci. Pojechaliśmy ponownie w już teraz nieco lepiej nam znany region przy Payson w Arizonie, ale tym razem wjechaliśmy wysoko na Mogollon Rim. Nie umiem znaleźć odpowiednika tej geograficznej nazwy w języku polskim, wystarczy że wyjaśnię, że jest to wysoki klif uformowany głównie z piaskowca i skał wapiennych, który ciągnie się na 320 km, w kierunku Nowego Meksyku i dochodzi do 2100 metrów w wysokości. Widoki i towarzystwo bosko pachnących sosen zapierały dech w piersiach. Brakuje mi zdolności językowych, żeby wyartykułować emocje gdy stanęłam twarzą w twarz z tym ogromnym lądem. Dzikość terenu, względnie jeszcze nie zamieszkałego przyciąga nie tylko widokami, ale oddziałuje na wszystkie zmysły na raz – zapachem żywicy, ciepłem przy dotyku czerwonego piaskowca – jednym słowem wywiera wrażenie i skłania do stwierdzeń, że jest to jedno z tych miejsc na ziemi, do którego należy wrócić. Jest tam do tego stopnia przyjemnie, naprawdę. Podchodziliśmy do samej obręczy klifu kilkakrotnie, ale kiedy wylądowałam tam z aparatem o zachodzie słońca, to miałam ochotę pozostać tam na zawsze.

Related Posts with Thumbnails