Blackberrying by Sylvia Plath, from “Crossing the Water”, 1971

Nobody in the lane, and nothing, nothing but blackberries,
Blackberries on either side, though on the right mainly,
A blackberry alley, going down in hooks, and a sea
Somewhere at the end of it, heaving. Blackberries
Big as the ball of my thumb, and dumb as eyes
Ebon in the hedges, fat
With blue-red juices. These they squander on my fingers.
I had not asked for such a blood sisterhood; they must love me.
They accommodate themselves to my milkbottle, flattening their sides.

Overhead go the choughs in black, cacophonous flocks -
Bits of burnt paper wheeling in a blown sky.
Theirs is the only voice, protesting, protesting.
I do not think the sea will appear at all.
The high, green meadows are glowing, as if lit from within.
I come to one bush of berries so ripe it is a bush of flies,
Hanging their bluegreen bellies and their wing panes in a Chinese screen.
The honey-feast of the berries has stunned them; they believe in heaven.
One more hook, and the berries and bushes end.

The only thing to come now is the sea.
From between two hills a sudden wind funnels at me,
Slapping its phantom laundry in my face.
These hills are too green and sweet to have tasted salt.
I follow the sheep path between them. A last hook brings me
To the hills’ northern face, and the face is orange rock
That looks out on nothing, nothing but a great space
Of white and pewter lights, and a din like silversmiths
Beating and beating at an intractable metal.

Zbieranie jeżyn, Sylvia Plath, z tomu „Crossing the Water”, 1971

Nikogo na dróżce i nic, nic prócz jeżyn,
Jeżyny z obu stron, choć głównie skupione na prawo,
Aleja jeżyn schodzi zakrętami do morza,
Które u jej krańca faluje. Jeżyny,
Wielkie jak poduszeczka kciuka i nieme jak oczy
Z hebanu w zaroślach, wzbierają
Sinoczerwonym sokiem, który wylewają na moje palce.
Nie prosiłam o takie pobratymstwo krwi; widocznie mnie kochają.
Przystosowują się do mej butelki na mleko rozpłaszczając się bo bokach.

Nad głową kruki przelatują czarnym, kakofoniczym stadem –
Strzępy spalonego papieru krążące po wietrznym niebie.
Ich głos jest samotny i protestuje, protestuje.
Myślę, że morze w ogóle się nie ukaże.
Wysokie, zielone łąki płoną jakby oświetlone od środka.
Zbliżam się do krzaka jeżyn tak dojrzałych, że stał się krzakiem much
Zwieszających swe zielono-modre brzuszki i szkliste skrzydła
jak na chińskim parawanie.
Miodowa uczta jeżyn tak je odurzyła, że uwierzyły w niebo.
Jeszcze jeden zakręt. A jeżyny o krzaki kończą się.

Jedyną osiągalną rzeczą jest teraz morze.
Spomiędzy wzgórz nagły wiatr przewiewa mnie,
Uderzając swą widmową bielizną w moją twarz.
Te wzgórza są zbyt zielone i miłe, by znały znak soli.
Idę pośród nich ścieżką dla owiec. Ostatni zakręt doprowadza mnie
Do północnego stoku wzgórz z pomarańczowej skały,
Który wychodzi tylko na rozległą przestrzeń
Biało-cynowych świateł, gdzie słychać jakby
Złotników kujących, kujących niepodatny metal.

tłumaczenie: Teresa Truszkowska

Related Posts with Thumbnails