How to Make Authentic Flour Tortillas?

Honestly, I don’t know. I couldn’t tell you for the life of me, though I was absolutely mesmerized by the process. I even attempted to form one, but it tore into pieces before I could catch the torn dough fragments. You see, where we went in Mexico, the flour tortillas are still traditionally made by hand and baked over a hot stone. The dough is all kneaded by hand and formed into tens of small balls. Then, the balls are flattened by fingers, in a circular motion, round and round, but it looks way easier than it is to make one with your own untrained hands. I bragged about my bread-making skills and the women welcomed my abilities at tortilla making, but it was a sorry mess. To make them as thin as these women made them seems impossible. You can see through the thin layer of the dough, but the dough doesn’t tear, defying the physics laws in existence. And yes, they taste impossibly good, right from the stone – the peasant food at it’s best.

Jak zrobić autentyczne tortille z mąki??? Niestety, nie umiem Wam powiedzieć, chociaż byłam na ten proces wyeksponowana i totalnie nim zafascynowana. Nawet spróbowałam uformować jedną taką tortillę, ale rozerwałam ją na strzępy zanim mogłam pojąć co robię źle. W tym regionie Meksyku, gdzie zawitaliśmy na Nowy Rok, tortille robi się nadal ręcznie i piecze na kamieniu rozgrzanym nad ogniem. Ciasto na tortille jest wygniatane ręcznie, formowane w małe kulki i nastepnie wyrabiane w cienkie placki, przez ugniatanie palcami i obracanie placka wokół własjnej osi, w kółko, bez końca prawie, aż uformuje się płachta tak cienka i przezroczysta, że aż uwierzyć nie można, że prawa fizyki na to pozwalają. Oczywiście, wygłada to łatwiej, niż jest to do zrobienia, bo ja nie szczycąc się skromnościa, pochwaliłam się, że na cieście się trochę znam, bo przecież piekę chleby, więc panie Meksykanki w oka mgnieniu włożyły kulkę z ciasta w moja dłoń, ale prawie natychmiast ciasto rozpadło się w dziesiątki cieścianych strzępów i to był koniec mojej tortillanej kariery (ku uciesze wielu obecnych kucharek, śmiem dodać). Naprawdę, zrobić taką tortillę tak cienką jak one to robia wydaje się absolutnie niemożliwe. No it tak, ich smak tkwi w pamięci długo, niemożliwie smakowite, takie prosto z kamienia są jedną z tych prawdziwie chłopskich potraw, których receptory smaku juz nigdy nie zapomną.

Found Beauty

The Mexico trip was truly multidimensional. On one level, there was I, uneasy, at best, trying my earnest to fit in, and at last, finding comfort in things unfamiliar, opening myself to newness that surprisingly felt like my second nature, eventually. But there was one aspect that was easy for me – having the dozen, or so, of kids around at all times, following us everywhere, consequently, having us convinced, they were our own, needed to be cared for, even loved… The feeling emboldened me to shoot some face close-ups, but portraits are something I stray away from, so these are meager attempts. Still, just because I got so accustomed to these gorgeous faces in a few days we stayed there, they now feel like a new-found beauty.

Nasza meksykańska podróż okazała się być prawdziwie wielowymiarowa. W bewzględnym wymiarze widzę siebie, niezbyt swobodną, ciągle próbującą przystosować się do warunków, i w efekcie, otwierającą się na nowe doświadczenia, które w końcu wpasowały się w moją introwertyczną naturę. Była jednak jedna strona całego doświadczenia, która nie zawadzała wcale – dzieci, kilkanaścioro… a czasami więcej, ciągle pod ręką, podążających za nami gdziekolwiek byśmy nie poszli, przekonujących nas, że trzeba o nie dbać i zabiegać. Tak dobrze czułam się z tymi dziećmi pod ręką, że nawet odważyłam się na kilka portretów, coś czego zwykle unikam z godną podziwu premedytacją. Tak przywykłam do widoku tych pięknych twarzy, że dzisiaj już tęsknię za nimi.

New Year’s Fiesta Ranchero Style

Our trip to rural Sonora in Mexico for the New Year’s celebration was like stepping back in time to a simpler, well… a very simple way of life. A thre-hour drive from the US-Mexico border to a small town of Cumpas took us through surprisingly green desert and grasslands. The town itself was a cluster of very small houses, all tucked together, joined by the grid of narrow dirt roads. ‘Rustic’, doesn’t even hint at the conditions we were greeted by. I admit, I was a bit intimidated by the harshness of the demands of the rural Mexican people’s life. The rigorous terrain, the unforgiving cold of the desert nights, and the scarcity of paying work all contributed to my panicked feeling when we arrived at the destination. But it didn’t take me long to realize that the resilience of the human spirit surpasses most of the obstacles people face, as they go about their life, content and happy regardless of the reality that surrounds them. And this small town was no exception. I was delighted to meet people quickly breaking into smiles, people readily responding to any curious question of ours, kids laughing incessantly at our timid attempts to speak Spanish, and cowboys proudly displaying their newly-polished cowboy boots awaiting the New Year Eve’s dance, feet readily tapping at the sounds of Latin music blaring from boom boxes everywhere, promising major party later in the evening. And what party it was! We were invited to a ranch, owned by the family of the friends we traveled with, where a cow had been slaughtered for the occasion and where lots of family and friends congregated to greet the New Year. I’ve decided not to include in the collage any images pertaining to the feast we’ve participated in, as some of them they had to do with the animal that was killed and I realize there are people who might be bothered by the arduous process. Let me just state that though it was difficult for me too, to endure some of the imagery, I understood the demands and the ways of the rancher’s life and I simply did not judge. Hope, you won’t either. There was certain charm in how the punishing work of a cowboy translated into the unrestrained joy of the fiesta and the passionate appreciation of a short, careless moment. Carpe Diem Latin style!

Nasza noworoczna wycieczka na meksykańską wieś w regionie Sonory była jak cofnięcie się w czasie. Trzygodzinna podróż samochodem w głąb pustyni po przekroczeniu amerykańsko-meksykańskiej granicy prowadziła przez zaskakująco zielone pustynne stepy do małego miasteczka – Cumpas. Sama miejscowość przypominała raczej skupisko ciasno usadowionych, małych domeczków, połączonych siecią piaskowych dróg. ‘Rustykalny’ – to słowo nie opisuje warunków życia jakie tam zastaliśmy. Przyznaję, że byłam nieco onieśmielona trudnością codziennego życia z jaką borykają się Meksykanie na takiej oddalonej od turystycznego tłoku wsi. Tereny, nie łatwe do uprawiania, klimat z minusowymi temperaturami w nocy i dzienną amplitudą ponad 30ºC, oraz powszechny brak pracy, wszystko to przyczyniło się do mojego wszechobecnego poczucia paniki w momencie kiedy dotarliśmy na miejsce. Oczywiście, nie trwało to długo, żebym zrozumiała, że ludzka przedsiębiorczość i odwaga szybko są w stanie pokonać wszelkie życiowe przeszkody, powodując, że ludzie stawiają czoła codziennym wymogom bez narzekania, bez względu na to jaka jest ta rzeczywistość, która ich otacza. Ku mojemu zdziwieniu, twarze napotykanych ludzi natychmiast rozpromieniały się w uśmiechach, każdy z nich gotowy opowiedzieć dumnie o swoim życiu, dzieci wybuchające śmiechem na nasze próby używania hiszpańskiego, kowboje dumnie eksponujący wypolerowane kowbojskie buty, wyczekujący niecierpliwie noworocznej potańcówki we wsi, przytupując w pełnej gotowości do dźwięków latynoskiej muzyki ryczącej ze stereo z każdego zakątka wsi – zapowiedź fantastycznego noworocznego przyjęcia. Oj, i było to przyjęcie! Zostaliśmy zaproszeni na ranczo, do rodziny znajomych, z którymi wybraliśmy się na tę wycieczkę, gdzie punktem programu całej imprezy było zabijanie krowy na tę okazję, i gdzie zjechały całe zastępy rodziny i przyjaciół, by przywitać wspólnie Nowy Rok. Świadomie podjęłam decyzję by nie załączać żadnych zdjęć w powyższym kolażu z samego procesu przygotowania jedzenia na fiestę, bo rozumiem, że mogą one być przykre dla co poniektórych z moich czytelników. Pozwolę sobie jednak stwierdzić, że chociaż pewne sytuacje były i dla mnie trudne do zaakceptowania, to rozumiem wymogi życia meksykańskiej wsi i szanuję decyzje podjęte przez ranczera, by zapewnić stabilną codzienną egzystencję sobie i rodzinie. Mam też nadzieję, że i Wy rozumiecie, bo niezaprzeczalnie, miał miejsce tam na tej wsi otoczonej pustynią pewien urok kowbojskiego życia, pełnego pracy, która łamie grzbiet, ale też zostaje zapomniana gdy fiesta jest na widnokręgu nawet jeśli ta fiesta trwa tylko przez krótki pełen pasji moment. Carpe Diem po latynosku!

Let Your 2012 Be as Hopeful and Clear as this Blue Sky

I’ve been awfully absent around here. The whirlwind of after-Christmas gatherings and preparations for the New Year’s trip to rural Mexico kept me away from blogging. Frankly, after the quiet Christmas, becoming as busy as we did, was the last thing I expected. I have plenty to share with you from the Mexico trip and I will promptly do that, as I’m still browsing through hundreds of pictures and putting them in suitable collections. In the meantime, though, I want to wish you all the best in this New Year, hoping that even though it had already started, your hopes and aspirations for this year are as crystal clear as the blue sky in this picture. XOXOXO

 
Ponownie muszę przepraszać za długą nieobecność. Niespodziewany natłok poświątecznych zajęć oraz przygotowania do noworocznego wyjazdu na meksykańską wieś trzymały mnie z dala od komputera. Przyznaję, że nie spodziewałam się takiego obrotu spraw po tych wybitnie spokojnych Świętach. Mam wiele do opowiedzenia i pokazania po tej meksykańskiej podróży, co oczywiście zrobię pośpiesznie, zaraz jak przebrnę przez setki zdjęć z wycieczki. Póki co, to chcę życzyć Wam wszelkiej pomyślności w Nowym Roku, mimo że już trwa od prawie tygodnia, to życzę Wam z całego serca, żeby Wasze nadzieje i aspiracje na ten Nowy Rok były tak jasne jak to kryształowe niebo na zdjęciu. XOXOXO

Gingerbread and Lavender

This is to the different kind of Christmas. Quiet. A little sad. And mightily reflective. We skyped the Christmas wishes with the family. Just the two of us sat down to the Christmas Eve feast. We lost an elderly friend – Goodbye, Cecile! Yeah, it felt heavy at times. Yet, the raw emotions that accompanied the experience only heighten the appreciation for my family that will surely be here next Christmas, for the lights and candles glowing everywhere, for the gingerbread lending its heavenly aroma to the scene around, and for the lavender that’s blooming in December as if it forgot all the rules. Oh, yes, there are no rules! Toast with me to the different kind of Christmas!

To były nieco inne święta. Ciche. Trochę smutne. Pełne refleksji. Bliskość z rodziną zapewnił nam Skype. Do uczty wigilijnej zasiedliśmy we dwójkę. Odeszła od nas przyjaciółka domu – żegnaj Cecile! Tak, przytłaczały nas momentami myśli, ale te emocje co grzebią w sercu tak bez litości, jednocześnie tylko wzmagają poczucie wdzięczności za rodzinę, która zjedzie tu chmarą na święta w przyszłym roku, za migoczące, wypełniające nadzieją świąteczne światełka, za pierniki pachnące radością i za lawendę, która kwitnie w grudniu jakby życie nie miało żadnych reguł… O tak, życie nie ma reguł. Toast za te święta, co to czasami są nieco inne!

‘Twas Night Before Christmas

On this night before Christmas, I’m wishing you all healthy and wondrous times. Let your hearts glow and the feelings of joy shine through. May there be happiness everywhere!

Życzę Wam wszelkiej pomyślności, zdrowia i wielu magicznych chwil w tę wigilijną noc. Niech szczęście zapanuje w każdym zakątku świata.

The Gates Have Opened

I’m just stopping by quickly, to say ‘Happy Monday’ to you all. I’m already feeling better, and this is the reason for much optimism I feel. This, and the fact that we’re finally leaving for Arizona. I just can’t wait to savour the warmth of the sun on my face. Yes, the gates have opened and the positiveness is rushing back in. Much love to you all!

Jestem tutaj tylko przelotem, by życzyć wszystkim ‘miłego poniedziałku’. Już czuję się znacznie lepiej i to jest powód mojego olbrzymiego optymizmu. To, i fakt, że wreszcie ruszamy do Arizony. Doczekać się nie mogę kiedy poczuję ciepło promieni słonecznych na tej przybladnietej twarzy. Tak, otworzyły się nareszcie te bramy i pozytywne nastawienie do życia wypełnia mnie na nowo. Trzymajcie się zdrowo!

Change of Plans… Sigh!

No need to explain how it feels, right? Most of us got to experience the flu at one time or another. Needless to say, I’m just generally miserable and can’t believe that our trip to Arizona had to be postponed. A. is starting to feel crummy, too, so we’re rather a gloomy-drippy bunch. And so is the view outside our window. But, hey, I can see the light at the end of the tunnel and this should mean that the Christmas joyful mood shall return soon.

Nie ma o czym za dużo pisać, bo grypa to bolesny temat a prawie każdy jej już na sobie kiedyś doświadczył. Wystarczy, że nadmienię, że humor mi nie dopisuje, a podróż do Arizony została, niestety, odłożona do czasu kiedy powróci nam zdrowie. Ponieważ A. też zaczyna czuć się podle, to razem stanowimy dość ponure towarzystwo. Widok za oknem nam wtóruje. Ale jak zawsze nadzieja się tli i nawet zdjęcie mi podpowiada, że widać już światło na końcu tego tunelu, więc świąteczne nastroje powinny zawitać z powrotem już niebawem.

Related Posts with Thumbnails