Yes, it was nice. Christmas and the New Year, I mean. Lot’s of time to relax, plenty of food, good company, and holiday cheer. Today, however, was the day of coming back to one’s senses. Early rising, bringing house into order, exercising, bills, etc. I normally do these things without grimacing too much. After years of agonizing over things to be done, endless procrastinating, and whining about no personal time, I now have the time for them all. I know it’s luxurious and uncommon. The challenge is though that now I have time for far too many interests. Areas that I would not consider investing time into while I was working. Hobbies like bread baking, photography, or this blogging endeavor, for instance. So no wonder this day has slipped away from me. The time was warped or something, because before I knew it, it was already dark outside. I remarkably did and finished a few things and they astonishingly felt good. All this idling over the holidays must have made me eager for some exertion finally. Lo and behold, I started running again. I stopped in July for some ungodly reason, gained 10 pounds, and blamed my avoidance on the Vancouver rainy weather. On this January 2nd, though, I went out, ran 5Ks in rain and did not complain a bit. I ran every day since, today again in miserable rain, but it only added to my faster time, so no complaints again. I forgot how good it feels to move this old body. Please remind me if you catch me forgetting again.

I also baked focaccia genovese and i will show you pictures tomorrow. For the time being, I am attaching two picks from a quick outing A. and I did yesterday, when the sun teased us through the thin layer of clouds for a few rapid moments. We quickly seized the opportunity and went for a short walk with a camera. The skyline around Vancouver on a winter day in January is so beautiful. The snowy mountains are magical to look at. I just have to remember to look every day.

Brigdes over the Fraser River

Sky Train Dwarfed by the Coquitlam Mountain

Pięknie minęły te Święta i Nowy Rok, z mnóstwem czasu na relaks, wybornym jedzeniem, jeszcze lepszym towarzystwem i wystarczającą ilością trunków. Dzisiaj, niestety, nadszedł czas, kiedy to trzeba było wstać przed świtem, zorganizować dom na nowo, uregulować rachunki, poćwiczyć, oraz wykonać masę innych, podobnych temu zadań. Zwykle poddaję się tym obowiązkom bez grymaszenia. Lata narzekań na chroniczny brak czasu, niekończącą się liczbę rzeczy do zrobienia i ciągłego opłakiwania straconych cennych chwil nauczyły mnie, że teraz, skoro jestem wolna od zawodowych obowiązków, każdy moment jest drogocenny bez względu na to jak nudne zadania mam do wykonania. Doceniam bardzo tę sytuację i wdzięczna jestem bez końca. Okazuje się jednak, że obecnie mam czas na przerożne, nowe zainteresowania, które to by mi do głowy nie przyszły gdy praca zawodowa pożerała mój dzień. Takie hobby jak pieczenie chleba, fotografia, czy ten blog nawet mi nie świtały w głowie. Nic dziwnego więc, że dzień dzisiaj mi przeleciał przez palce i zanim wiedziałam co się dzieje już był wieczór. Mimo tego kosmicznego tempa udało mi się uwieńczyć sukcesem kilka spraw a to przypuszczam wynikało ze świątecznego lenistwa. Podejrzewam, gotowa byłam na choć odrobinę wysiłku fizycznego. Oznajmiam więc, ze powróciłam do biegania, które to zarzuciłam w lipcu (zaraz po powrocie z wakacji w Polsce – jakiś związek?). Moje obwinianie vancouverskiej, deszczowej pogody za te 5 dodatkowych kilogramów doczepionych do mojego brzucha, już przestały wywierać wrażenie na A. i na wszystkich innych, wobec czego nie było wyjścia i 2-go stycznia przebiegłam 5 km w silnym deszczu bez narzekania. Co więcej, biegam już codziennie, dzisiaj ponownie w ulewnym deszczu, ale ten deszcz przyczynił się do mojego lepszego czasu, wiec nie mam powodów do gderania. Zapomniałam, niestety, jak dobrze jest trzymać się w ruchu i w zdrowej wadze. Jak kiedyś znów zapomnę, przypomnijcie mi, proszę.

Udało mi się również upiec dzisiaj focaccia genovese – zdjęcia zapodam jutro. Póki co jednak, dołączam dzisiaj kilka zdjęć z szybkiego wyjścia, które to razem z A. udało nam doprowadzić do skutku w miniaturowej przerwie od deszczu wczoraj, kiedy to słońce pokazało się przez chmury na kilka krótkich chwil. Czym prędzej wyruszylismy nad rzekę Fraser z aparatem w ręce. Vancouver wygląda zimą po prostu magicznie z ośnieżonymi górami z każdej strony, w którą popatrzysz. Sztuką jest pamiętać, żeby patrzeć.

Related Posts with Thumbnails