I’ve never known there were so many distinguished tastes to the honey.  But one day, almost at the very end of our European vacation 2010, we attended an inconspicuous event in one of even more inconspicuous towns of the Polish Lower Silesia - Przemków, the Honey Festival. It featured the cornucopia of farmers’ produce from late fall vegetables, locally made cheeses, sourdough breads, and most importantly, country-wide famous honey producers. I would mouth out-loud the litany of plant names that established the honey varieties I had no idea bees would be interested in: linden, acacia, buckwheat, heather, canola, or simply multi-flower. These, indeed, tasted distinctively differently from one another and this was when I started to wonder why, when you walk into a Canadian supermarket, all you buy is just plain honey. What kind of honey, you plead. Nobody knows. Thankfully, there are ways to get your hands on the real thing. There are enough of the home-based honey makers around to get your honey-sticky fingers on the honey variety you like. Back there, in Przemków, it was the first time I tested the heather honey. It was the type my Mom wanted to try for some reason and, indeed, it was most likely the most fabulous honey I’ve ever tasted.  I’m a big believer in the slow-food movement, locally grown foods, and artisan food produced on a small scale. These are all still easily found in the old good Europe even though the mass production is as pronounced there as it’s here. But somehow, the poor, the humble, the rustic finds its way to homes like ours and the homes of many of my friends, who appreciate the effort of the healthy food made from scratch and who know the good thing when it happens to them.

Nie miałam pojęcia, że istnieje tyle rodzajów miodu, każdy ze swoim odmiennym smakiem. Pewnego dnia, już pod koniec naszych europejskich wakacji tego lata, odwiedziliśmy Przemków na Dolnym Śląsku. Takie mało znane miasteczko, organizujące mało znaną imprezę pod tytułem “Festiwal Miodu i Wina”. Oprócz miodu, można było nacieszyć oko wszystkim co ziemia rodzi i ludzkie ręce są w stanie z tego wyprodukować – ekologicznie rosnące warzywa, domowe sery, chleby na zakwasie, nalewki, no i oczywiście cały zastęp miodów. Nigdy nie przypuszczałam, że pszczoły robią miód niemalże z każdego kwiatu – lipy, akacji, gryki, wrzosu, rzepaku i wszystkich dowolnych połączeń. Każdy z tych miodów smakował inaczej i zastanawiam się jak to jest, że gdy wchodzę do kanadyjskiego supermarketu to mogę kupić tylko miód. Jaki miód? Nikt nie wie. Na szczęście, jest kilku domowych producentów miodu w okolicy, że jak chcę to znajdę i taki prawdziwy, uczciwy miód. Tam też, w Przemkowie, poraz pierwszy spróbowałam miodu z wrzosu, którego to zresztą szukała Mama, ale bez skutku. Jest to z pewnością najlepszy miód jaki kiedykolwiek próbowałam. I tak właśnie, z sentymentem wspominam ten dzień, bo żeby mieć na codzień dostęp do naturalnie produkowanej żywności, to trzeba chcieć, trzeba zabiegać i trzeba wspierać ten ruch stojący w opozycji do fast-food. Slow-food jest jeszcze tylko trendem, ale z każdym dniem przybywa więcej konsumentów zainteresowanych lokalnie hodowanymi warzywami czy serami i chlebem produkowanymi na mała skalę. Zdecydowanie łatwiej jest się na nie natknąć w Europie niż w Ameryce, ale jakbym na to nie patrzyła, to widzę, że i mój dom, jak i domy wielu moich znajomych preferują te proste, skromne, rustykalne produkty i doceniają trud wniesiony w gotowanie domowego obiadu, z rodziną, czy też z przyjaciółmi. Instynktownie czują, że to co robią warte jest całego tego zachodu.

Related Posts with Thumbnails