It might seem that I’m not engaging in faring us food daily, but I am. I’m a little shell-shocked presently, as the seasons are all standing on their heads and nothing makes a culinary sense to me anymore. I can understand citrus. Oranges and grapefruit abound here, in Arizona, at this time of the year, and this isn’t too unusual for me, as I kind of already learned that the best citrus is delivered to you in the winter months. But my heart will still jump when I see trees that literally bend and break under the weight of the citrus fruit they produce. Every time I see such an image I promise myself I need to get out, not far, merely a few blocks away, to snap pictures of the above. Well, I will – tomorrow. Other than citrus, there is plenty more. Lettuce grows on every field I pass, other winter greens are ever present, too. And then, there are the leeks. Leeks, I tell you, the tenderest, the sweetest. The leeks like I’m maybe lucky to snatch in May in Vancouver for the shortest of times, but here they are bountiful and beautiful. It’s not surprising then that I made the leek and potato soup with the tomato and basil swirl. There isn’t really a recipe, it’s all so simple. You just chop and saute lots of leeks, carrots, parsnips and celery in some of the best extra virgin olive oil you can find until they caramelize and taste sweet, about 25 minutes on low-medium heat. Then you add water and potatoes, spices to your liking and boil it softly for half an hour. Lastly, you can make it velvety smooth in your blender and garnish it with some salsa made of a fresh tomato, fresh basil and a pinch of salt. This is all it takes. Well, maybe add some crusty bread with it and you’re set.

Wydawać się może, że nie zajmuję się dostarczeniem nam codziennego pożywienia podczas pobytu w Arizonie tej zimy. Prawdą jest, że sezony ogrodnicze postawione są tutaj na głowie i trudno jest mi pojąć co jest kulinarnie, aktualnie w sezonie, a co nie. Rozumiem jak to jest z cytrusami. Wiadomo, najlepsze trafiają do nas zimą, więc w krajach gdzie rosną, są dośc pospolitym widokiem. Dla mnie jednak daleko jest do pospolitości. Jak widzę te gałęzie uginające się pod ciężarem pomarańczy to jest to widok tak egzotyczny dla mnie, że przyrzekam sobie nastrzelać zdjęć i pokazać je światu jako zjawisko nadzwyczajne. No i tak też zrobię jutro. Poza cytrusami rośnie tutaj w styczniu prawie wszysko. Sałata i inne zimowe zieloności jak burak liściowy, kapusta pastewna, rapini. No i są jeszcze pory – świeżutkie, młode i słodkie bez pamięci. Takich porów nie mogę kupić w Vancouver nigdy, no może w maju, przez bardzo krótki czas. Tutaj natomiast są one wszechobecne w styczniu. Nic dziwnego więc, że przygotowałam zupę z porów i ziemniaków z sosem ze świeżych pomidorów. Nie ma na tę zupę przepisu, bo przygotowuje się ją tak niewiarygodnie prosto. Kroisz tylko i podsmażasz na wolnym ogniu, w najlepszej oliwie z pierwszego tłoczenia, jaką możesz znaleźć, pory, marchewki, pietruszkę w korzeniu i seler, aż osiągną karmelizację, przez około 25 minut. Potem dodajesz wodę, pokrojone w kostkę ziemniaki, przyprawy według uznania i delikatnie gotujesz przez pół godziny. Na koniec wszystko miksujesz i przystrajasz sosem ze świeżego pomidora, bazylii i soli. To wszytko co trzeba zrobić. Możesz jeszcze podać z tą pyszną zupą trochę chleba z chrupiącą skórką, ale to już wszystko, żeby uszczęśliwić wszystkich przy stole.

Related Posts with Thumbnails