I don’t visit M. too often, but when do, I leave her house with loads of unexpected goodies. She’s so generous with everything she has – her time, her cheerful spirit, and, of course, her garden production. I’m almost embarrassed to come back home, as I always carry armfuls of beautiful things. My last visit, on Saturday, was no different. Once I saw M. pick up the garden sheers, I knew, she was off onto the serious garden sweep. She started with the roses – her gorgeous roses that are the envy of her entire neighbourhood. She was cutting stem after stem, as if she decided she didn’t want them anymore. I was alarmed. Next were the anemones. Then she moved to her backyard to get me huge amounts of fresh mint, chives, bay leaves. Everything and anything that was ripe for harvest got cut down for me. Finally, came the peonies. I adore peonies and I never say no to them, but M. was literally mowing them down, tens of them. They were the most perfect flowers under the sun, so fragrant, so full of petals – I could not believe I was getting them all, every colour there is. I swear, I have never held that many peonies in my arms. It was the moment of the total peony delight.

Nie odwiedzam M. zbyt często, ale kiedy się to zdarza, wyjeżdżam od niej z pełnym ładunkiem nieoczekiwanych skarbów. M. jest nieuleczalnie chojna ze wszystkim co posiada – swoim czasem, wesołym usposobieniem, i oczywiście, ze wszystkim co rośnie w jej przepięknym ogrodzie. Jestem wręcz zakłopotana obfitością jej darów, chociaż nadal łapczywie i skrzętnie targam naręcza do domu. Moja ostatnia wizyta u M. nie była wcale inna. Kiedy zobaczyłam, że łapie się za ogrodowe nożyce, wiedziałam, że M. szykuje się na poważną ogrodową akcję. Ta akcja zaczęła się od róż – jej ślicznych róż, na które całe sąsiedztwo patrzy z zazdrością. M. cięła łodygę po łodydze jakby chciała ich się wszystkich pozbyć. W tym momencie sytuacja zaczęła mnie nieco alarmować. Następnie kolej przyszła na niebieskie zawilce wieńcowate. Po zawilcach, M. ruszyła na tyły domu by obdarować mnie ogromnymi ilościami mięty, szczypioru, liści laurowych – w zasadzie wszystko co było gotowe do ścięcia, zostało ścięte. Na koniec, nadszedł czas na piwonie. Ja po prostu uwielbiam piwonie i nigdy sobie ich nie odmawiam, ale też nie pamiętam żebym kiedykolwiek doświadczyła takiej ilości piwonii jaką M. postanowiła mnie obdarować. To były najpiękniejsze kwiaty pod słońcem, tak pachnące, tak obfite – trudno było mi uwierzyć, że wszystkie one były dla mnie, w każdym z piwoniowych kolorów. Przysięgam, nigdy nie trzymałam tak ogromnego bukietu piwonii. To był moment całkowitej piwoniowej rozkoszy.

Related Posts with Thumbnails