Archive for the ·winter· Category...

Note to Self

Be reminded, at times of rain-induced despair, that the west coast of British Columbia is actually a nice place to spend a winter. There are lots of places where winter blues hit far more acutely. Roses survive the rain here, why wouldn’t I? Or rather, are these roses the truly tenacious bunch?
20110226_GosiaMaj-SigWithDaisy

20130224_NoteToSelf

Przypomnienie! W momentach desperacji spowodowanej deszczem, pamiętać mam, że wybrzeże Kolumbii Brytyjskiej jest w zasadzie bardzo dobrym miejscem na spędzenie zimy. Jest masa miejsc, gdzie zima daje się potężnie we znaki. Róże przeżywają tutaj zimę, więc czemu nie mam ja?
20110226_GosiaMaj-SigWithDaisy

Comments Off

When It’s Snowing

When it’s snowing, thoughts, aspirations, and anxieties, all subside. The world quiets down in no time, so does my soul, and does my body. It’s the time when unhurried and dreamy become my second nature, when new books find their way into my hands, and I lose myself to reading and relaxing. I needed this downtime since our return from Arizona. The changes in climate must take a toll on one’s ability to function in drastically different environments – the sun-defined and somewhat hyper and driven attitudes of Arizona, to subdued, hibernating moods of the rainy (and sometimes snowy) British Columbia. Soon the snow will melt, and it’ll be time to get organized for the new year. It’s interesting how ‘organized’ seems to be a theme for every January. Somehow, I don’t mind. I like the cathartic feeling of the “fresh-clean-start”.
20110226_GosiaMaj-SigWithDaisy

20130114_WhenItsSnowing

Gdy pada śnieg cichnie cały świat. Cichną myśli, aspiracje, troski. Wycisza się też mi dusza i ciało. Z pośpiesznego trybu, wchodzę w ten raczej leniwy i trochę senny. Natykam się na nowe książki i zatracam się w czytaniu i relaksie. Zdaje się, że potrzebowałam tego zwolnienia po powrocie z Arizony. Drastyczna zmiana klimatu z pewnością wpływa na czas konieczny do przystosowania się do nowego środowiska – z dyktowanego słońcem i nieco nad-aktywnego trybu życia w Arizonie, do przytłumionego, jakby w hibernacji nastroju deszczowej (a czasem nawet śnieżnej) Kolumbii Brytyjskiej. Na szczęście, śnieg stopnieje już zaraz i trzeba będzie zorganizować się w tym nowym roku. Ciekawe jak każdy styczeń zdaje się być miesiącem na zorganizowanie sobie życia. Nie wadzi mi to ani trochę, bo lubię to poczucie “świeżego, czystego początku”.
20110226_GosiaMaj-SigWithDaisy

Comments Off

How to Explain…

It must have been one possessed sandwich maker to paint the handles of all these spread knives in the many colours. I have nothing but admiration for such a level of culinary equipment commitment, so I didn’t hesitate to grab the bag of these utensils while in the neighbourhood thrift store. Actually, the trip to this store was the one and only venture outside. Hard to believe, but our return to Vancouver coincided with the rare occurance of the massive arctic air system that parked itself over the city keeping everyone in check with snowfall, snow drifts, sub-zero temperatures, and maniacally icy-slick roads. I don’t remember the last time I felt my body was turning into an icicle (O.K., I do, hello Montreal 1991!), so this is the close second. Back to the knives then. How cool is it to have all these amazing colours to play with. Now some bread baking needs to happen, followed closely by some food photography. And I better do it fast, because if I continue letting a full week slide between the posts, soon enough, I’ll lose you all, my friends. I hope it won’t come to that. Have a relaxing Sunday!

Gdybym miała zgadywać, to pomyślałabym, że musiał to być jakiś zapalony właściciel sklepiku z kanapkami, który przemalował rączki tym wszystkim kanapkowym nożom. Jestem jednakowoż pełna podziwu dla takiego poświecenia sprzętowi kuchennemu, więc kiedy natknęłam się na torbę wypełnioną tymi kolorowymi nożami w sklepie ze starociami, to nie zawahałam się nawet przez chwilę, żeby je zakupić. Przyznaję jednak, że wyprawa do tego sklepu była jedyną na jaką się zdecydowałam (poza dojazdami do pracy) przez cały długi tydzień. Nasz powrót do Vancouver z Phoenix nałożył się z bardzo rzadkim napływem arktycznego powietrza z północy, który tkwił nad nami przez całe pięć dni, trzymając nas w ryzach obfitymi opadami śniegu, zaspami, temperaturami dużo poniżej zera i diabelsko śliskimi drogami. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz było mi tak zimno… O.K. – pamiętam, Montreal w 1991 roku, ale tych kilka ostatnich dni śmiało może z montrealską pogodą rywalizować. Wracając do noży, fajnie jest mieć je w zasięgu ręki, to i może wreszcie upiekę jakiś nowy chleb, i może też go obfotografuję z nożykami w formie rekwizytów. Dobrze też byłoby, żebym uczyniła to wkrótce, bo jak będę się tak ociągać z pisaniem na blogu, to stracę ostatniego czytelnika. Mam nadzieję, że do tego nie dojdzie, wybaczcie więc to długie milczenia. Życzę Wam tymczasem spokojnej niedzieli.

Change of Plans… Sigh!

No need to explain how it feels, right? Most of us got to experience the flu at one time or another. Needless to say, I’m just generally miserable and can’t believe that our trip to Arizona had to be postponed. A. is starting to feel crummy, too, so we’re rather a gloomy-drippy bunch. And so is the view outside our window. But, hey, I can see the light at the end of the tunnel and this should mean that the Christmas joyful mood shall return soon.

Nie ma o czym za dużo pisać, bo grypa to bolesny temat a prawie każdy jej już na sobie kiedyś doświadczył. Wystarczy, że nadmienię, że humor mi nie dopisuje, a podróż do Arizony została, niestety, odłożona do czasu kiedy powróci nam zdrowie. Ponieważ A. też zaczyna czuć się podle, to razem stanowimy dość ponure towarzystwo. Widok za oknem nam wtóruje. Ale jak zawsze nadzieja się tli i nawet zdjęcie mi podpowiada, że widać już światło na końcu tego tunelu, więc świąteczne nastroje powinny zawitać z powrotem już niebawem.

Simple Should Be the Theme

Here I spell my wish for this Christmas. I wouldn’t be happier if this Christmas turned out to be nothing more than glowing lights, decorations wrestled straight out of the Mother Nature, giving, limited to warm wishes and tender hugs, where good health is just implied. I guess, I’ve entered the realm of no need. How nice!

Oto moje życzenie na te Święta… Nic by mnie bardziej nie ucieszyło niż migoczące gwiazdki, ozdoby świąteczne wzięte prosto od Matki Ziemi, prezenty w formie gorących uścisków i ciepłych życzeń. Zdaje się, że właśnie wkroczyłam w strefę gdzie niczego mi nie trzeba. Miło!

Frosting

I’ve suddenly realized that the frost that we’ve been having for the last week or so, might be my closest, if not the only, encounter with the wintry Spirit of Christmas this year. I took it then as a sign that I should expeditiously open my heart to all things Christmas and without delay I started decorating for the holidays. I figure, if I don’t do this now, the whole season will be lost on me, especially that we’re heading out to Arizona in a few short days and the permanent sun rays, mild temperatures, and the desert there, though closer to what the original Bethlehem scene might have been over 2000 years ago, surely won’t invoke the traditional Nordic Christmas atmosphere that’s so deeply engraved in my Northern European mindset. Remember my musings about the branches, twigs, and mosses from a few days ago? Well, a trip to the forest had happened and I managed to put together a few of the favourite Christmas decorating ideas of mine. I should be showing them to you shortly, but how about you? Have you decorated your cozy abode for Christmas yet?

Nagle zdałam sobie sprawę, że te mroźne poranki, do których to ostatnio się budzimy, mogą być jedyną okazją, jaką mogę mieć w tym roku na wprowadzenie się w świąteczny nastrój. Potraktowałam więc ten mróz jako znak na niebie i pośpiesznie zaczęłam otwierać serce na wszystko co ze Świętami się kojarzy i dekorować dom na tę okazję. Pojęłam też, że jeśli nie uczynię tego teraz, to świąteczny nastrój może mnie już w ogóle nie nawieść, zwłaszcza że za kilka już dni wyruszamy do Arizony, gdzie nieustające słońce, ciepło i pustynia, choć być może bliższe tej oryginalnej betlejemskiej scenie sprzed ponad dwóch tysięcy lat, to z pewnością nie pomogą we wprowadzeniu w typowy, tradycyjny, zimowy, świąteczny nastrój. Tak więc, w weekend, miejsce miała wycieczka do lasu, gdzie gałęzie, patyczki, szyszki i mchy zostały skrzętnie zebrane, i z których to udało mi się zrobić kilka z moich ulubionych dekoracji. Mam nadzieję pokazać je niebawem, może nawet jutro. A tymczasem, jak Wam idzie świąteczne dekorowanie?

Related Posts with Thumbnails
Comments Off