Archive for the ·vacations· Category...

Mosaic Me

I don’t know what got into me, but I started a mosaic piece that made me realize, but only upon finishing, how intricate, involved, precise and imagination-requiring this art media is. Lacking all of the above, I’ve accomplished a piece that has nothing in common with art, but is immensely satisfying, simply because its subject matter is nicely fitting the environment I’m currently experiencing, and the commitment alone to finish it should unquestionably speak to my virtue, won’t you agree?
P.S. The idea is that I finish four of these mosaic pieces and they will be incorporated into a tiled fence wall in our backyard… at least one hopes that’ll happen.
20110226_GosiaMaj-SigWithDaisy

20130710_MosaicMe

Opętało mnie, albo co, bo zaczęłam wyklejać mozaiki, ale dopiero przy wykańczaniu zrozumiałam jak misterna, wymagająca uwagi, precyzyjna i pełna wyobraźni jest to sztuka. Ponieważ brakuje mi talentu w każdej z tej dziedzin, to co wyprodukowałam, choć nie ma nic wspólnego z zacnymi mozaikowymi dziełami, to jest i tak nad wyraz satysfakcjonujące, bo wiąże się ściśle w temacie z tym arizońskim środowiskiem, w którym aktualnie przebywam, gdzie tutejsze jaszczurki grasują po ogrodowych murach jak wytrenowane domowe zwierzaki. W dodatku sam fakt, że doprowadziłam to mozaikowe zadanie do końca, z pewnością świadczy o moim poświęceniu i zaangażowaniu – wszystkie te cechy są zawsze bardzo przecież pożądane, nieprawdaż? Plan jest taki – mam wykleić cztery takie unikaty, które zostaną wkomponowane w podwórkowy mur… przynajmniej taką właśnie mamy nadzieję, że wystarczy mi na to wigoru.
20110226_GosiaMaj-SigWithDaisy

Breaking Free

The end of the school year couldn’t arrive quickly enough for me this year. All through June, I felt as if I were getting rid of unbreakable shackles, scrambling over the nasty flu, just barely squeezing through each day at work, all while watching the rain fall down as if the world vowed not to dress in summer ever again. But today I’m breaking free through that tired and indifferent wall, and I’m officially starting the 2013 summer break. Watch me, it’ll be an awesome, wild ride! Hugs!
20110226_GosiaMaj-SigWithDaisy

20130627_BreakingFree

Koniec szkoły nie mógł nadejść szybko wystarczająco w tym roku. Czerwiec był próbą siły dla mnie i czułam jakbym bezskutecznie pozbywała się kajdanów – najpierw wstrętnej grypy, potem brnąc jak w smole przez ostatnie tygodnie roku szkolnego, wszystko to w nieustającym deszczu, bo świat zapomniał, że w międzyczasie nastało lato. No, ale dzisiaj, dzisiaj wszystko uległo niecierpliwie wyczekanej zmianie i wreszcie jestem na wakacjach. Odwiedzajcie mnie tutaj często, bo będzie to nie byle jaka jazda! Uściski!
20110226_GosiaMaj-SigWithDaisy

Comments Off

My Bit in Fit

New Year’s resolutions craze time notwithstanding, I’m feeling mightily proud that I haven’t succumbed to them this January. But I’m staying quite active in the first few days of this splendid New Year. Hiking, walking, biking and counting the steps with my beloved FitBit – the brilliant Christmas present from Filip and Sara that makes the effort just plain fun. I can’t imagine not feeling energized in this awesome sunny weather with the saguaro cacti greeting me at each trail’s bend. Our Arizona winter vacations might be slowly coming to the inevitable end, but the enormous energy I draw from this environment has to be paying forward, I hope, once we’re back to the sun-deprived British Columbia.

Dumna jestem z siebie, że mimo czasu na noworoczne postanowienia, nie dałam się w tym roku wciągnąć w żadne przyrzeczenia. Jeszcze bardziej zadowala mnie to, że aktywnie spędzamy ten początek roku w Arizonie łażąc po górkach i na przejażdżkach rowerowych, wyliczając dokładnie każdy krok przeze mnie uczyniony dzięki temu niesamowitemu urządzeniu FitBit, który to przypadł mi w udziale jako świąteczny prezencik od Filipa i Sary. Tyle radości spowodowanej taką miniaturową rzeczą może oszołomić, naprawdę. Pogoda też dopisuje i tylko pomnaża pokłady energii w ciele. Kaktusy saguaro witają mnie na każdym zakręcie górskiej trasy a słońce mobilizuje bez ustanku. Mam ogromną nadzieję korzystać z tych energetycznych zasobów jak już wakacje w Arizonie miną i trzeba będzie powrócić do pozbawionej słońca Kolumbii Brytyjskiej.

Feeling Peachy

The vacation mood has finally arrived here on Love Road. The garden work is more or less done and I relax at last watching humming birds, quails, and road runners alike enter my garden stage. One cannot spend too much time outside these days. The extreme heat warning is still in effect, but I steal a few moments in the shade of the tree and repose. The succulent white peaches keep me company and I don’t complain. My days are quite uneventful and simple here. I get up with the sunrise, go into the garden to see that the last few details are done, and then take a bike to a nearby store to get the essentials for the day. When I come back it’s starting to get really hot, and this is usually the last moment I can catch relaxing outside. Afterwards, it’s time to enter the house and do some work inside. I’m currently painting a side table and sewing a chair slip cover. As deprived of excitement as these days might seem to many of you, I feel quite content here, appreciating the meditative state I’ve entered.

Wreszcie na Love Road nastał prawdziwy wakacyjny nastrój. Praca w ogrodzie już prawie zakończona, więc czas na odrobinę relaksu i podglądanie lokalnej przyrody. Siedzę w ogrodzie i podpatruję jak kolibry, kuropatwy i kukawki, “czyli strusie pędziwiatry” wkraczają do ogrodu i ogałacają karmik w oka mgnieniu. Niestety, nie da się wysiedzieć na zewnątrz za długo, bo ekstremalne upały trwają nadal, ale wykradam z tego upalnego dnia kilka cennych chwil w cieniu drzewa i wypoczywam. Soczyste brzoskwinie dotrzymują mi towarzystwa, więc nie narzekam. Dni mijają tutaj bez większych atrakcji. Wstaję o wschodzie słońca i idę do ogrodu, żeby zakończyć te ostatnie prace, które tam jeszcze na mnie czekają. Następne zadanie to jazda rowerem do pobliskiego sklepu po zakupy. Gdy wracam, robi się już naprawdę gorąco, więc jest to ostatni moment, żeby usiąść w ogrodzie i odpocząć. Potem już poświęcam się zadaniom domowym. Aktualnie maluję stolik, instaluję półki i trochę szyję. Choć nuda aż zionie z takich cichych i spokojnych dni, to wierzcie mi, czuję się z nią nadzwyczaj dobrze, doceniając ciszę która mnie otacza jak medytacja.

Textures of Life

Well, the third week of my summer vacations has come to completion and I have little to show for it. I’m not particularly rested yet, I don’t feel like I had weeks of free time to enjoy, either. Why is that? I’m also lagging with posting which is abominable considering how much time I’ve had on my hands. But things are going to change real soon. I’m sort of starting a vacation, as I’m changing venues and going to stay in the house in Arizona for a few weeks. I’m also traveling alone, which is not the preferred way, but the necessary one. A. is up to his ears in work and nothing is going to interrupt it till the middle of September, so I better figure out how to apply myself where I could actually make a difference. It’s just that, I’m eager for a bit of change, a tad of some unexpectedness, a little different texture of life. Sometimes it comes planned and secure, other times it just shows up, when you least expect it – an exciting design happening to a plain old log.

Tak oto minął trzeci tydzień wakacji i nie zdziałałam przez ten czas wiele. Ani nie mogę powiedzieć, że czuję się wypoczęta, ani też nie zdarzyło się nic na tyle ekscytującego, żeby o tym pisać. Dlaczego tak się dziwnie ten czas toczy? Przecieka mi przez palce, na blog nie mam czasu, co jest doprawdy szokujące, biorąc pod uwagę jak dużo wolnego czasu mam do dyspozycji. No ale wydaje się, że to się wkrótce zmieni. Wyruszam na takie niby wakacje, sama, nie z wyboru, ale z konieczności. A. tkwi po uszy w nowym kontrakcie, więc postanowiłam spędzić kilka tygodni w domu w Arizonie, gdzie moja obecność przyda się, jeśli nie nigdzie indziej, to przynajmniej w zaniedbanym, wysuszonym na wiór ogrodzie. Wyczekuję tego wyjazdu z pewną dozą podniecenia, jako że gotowa jestem na zmianę otoczenia, na odrobinę nieprzewidzialności, po prostu na nieco inny błam codziennego życia. Bo tak jak życie ma za zadanie, czasem pojawia się zaplanowane i bezpieczne, innym razem przychodzi zaskakując jak delikatny wzór idealnego mchu na prostym, starym jak świat pieńku.

My Time to Stop and Smell the Jasmine

School is out for summmer and I’m trying hard to suppress the giggles that got hold of me after I’ve left the school grounds this afternoon. Typing this, I’m still wrapping my head around the concept of the two months of freedom that await me. How to make the best of this time so there are no regrets come September? Well, for starters, let’s stop and smell the jasmine first!

Zaczynają się wakacje! Chichoty muskają mnie po duszy już od chwili, gdy wyszłam ze szkoły dzisiaj po południu i ciągle jeszcze trudno mi uwierzyć, że czekają na mnie dwa miesiące wolności. Jak je wykorzystać, żeby niczego nie żałować, gdy nadejdzie wrzesień? Na dobry początek, chyba zacznę od przystanięcia na chwilę by napoić się wonią kwitnącego jaśminu.

Comments Off

On This Day In…

Mainly, I’m popping in to wish you a fantastic first weekend of the summer 2012. I hoped for the beautiful weather we’ve enjoyed for the last two days to continue, but that, of course, would be too much to ask for. After the cold spring, we’re having a cold summer, and I’ll have to deal with it somehow. And I do… I went to our vast picture repository to travel back in time. To remember the times and places we’ve traveled to, the moments we’ve engaged in, to see if memories could be as satisfying as the actual experiences. That’s when I thought of a little series of the blog posts that I’ll precariously name: “On This Day In…”
And today, let me take you to June 22, 2009. I traveled to Poland, leaving A. behind, the thing I’m very reluctant to do now. Despite my many reservations to travel alone (not quite true – my lovable son F. accompanied me on that trip), I had a wonderful time. Here we are, F., A’s Mom, and I, walking the grounds of the old castle in Chocha, turned B&B. For some reason, I din’t find the place as remarkable as I thought it’d be, until I came across this full litter, surreptitiously set on the castle’s threshold. Seven kittens stealing the heart of any passerby that happened on, the sign “Free Kittens” not necessary.

Głównie wpadłam tutaj by życzyć Wam wspaniałego, pierwszego weekendu tegorocznego lata. Miałam wielką nadzieję na kontynuację tej cudnej letniej pogody, którą cieszyliśmy się przez ostatnie dwa dni, ale skoro oczekuję zbyt wiele, to po prostu muszę znaleźć inną metodę na radzenie sobie z tą trudną pogodową sytuacją. I myślę, że sposób znalazłam. Penetrując nasze olbrzymie zdjęciowe składy w poszukiwaniu letnich chwil osaczonych słońcem, ale też i po to, żeby trochę popodróżować w czasie, przypomnieć sobie sytuacje, z którymi mieliśmy do czynienia, i by sprawdzić, czy wspomnienia posiadają tę samą moc, co same doświadczenia, wpadłam na pomysł blogowej serii na Majologii, którą nieśmiało nazwę: ” W ten dzień w…”.
I oto 22 czerwca, 2009 roku, podróżując solo, czego już właściwie nie robię (no nie zupełnie, bo wtedy właśnie towarzyszył mi w tej podróży nasz ukochany syn F.) i mimo pewnych obaw, czas spędzaliśmy wyśmienicie. Tego właśnie dnia spacerowaliśmy leniwie po gruntach zamku w Czosze, przeistoczonego w wygodny hotel na fali. Mimo oczekiwań, miejsce nie wywarło na mnie takiego wrażenia, na jakie liczyłam. Ale tylko do chwili, w której natknęłam się na ten kosz wypełniony kociętami, ukradkiem wystawiony na progu wielkich zamkowych wrót. Siedem kociaków wykradających serca gościom i przygodnym przechodniom – napis “Kotki za darmo” już nie był konieczny.

Change Is Good, Right?

At least this is how the change feels – just right. The lounge chair we used for blissful afternoon respites in the warm sun back in April and May, could no longer be used for this wholesome purpose. It’s just to hot to have a siesta al fresco. Here is when change becomes Oh-So-Good. Now the chair serves as a day bed, or rather, an evening bed. Perfect to cozy up when the temps cool off a bit, when cicadas become noisy, and the cool wine is being served. The moments to sit back and thoroughly enjoy the vacations.

Zmiana jest zawsze na lepsze, nieprawdaż? Jeśli nie zawsze, to zdecydowanie w tym przypadku. Leżak, który służył nam dzielnie podczas popołudniowego relaksu w kwietniu i maju, już nie spełniał swojego zadania w upałach powyżej 40ºC i sjesta na świeżym powietrzu po prostu nie wchodziła w rachubę. Tak więc nadszedł czas na zmianę i leżak stał się siedziskiem. Idealnym do wieczornych przesiadywanek, kiedy temperatury wreszcie spadają, cykady hałasują i zimne wino jest serwowane… kiedy czas nadchodzi by po prostu odetchnąć pełną piersią i poczuć, że jest się na wakacjach.