Archive for the ·The World· Category...

Arizona, the Third Time

Tomorrow, we’re leaving for Arizona.  If the third time is the charm, we’ll come back the owners of the home in that beautiful state.  The two previous visits allowed us to successfully fall in love with the beauty of the region and to form the desire to be a part of it one day.  Life really works in mysterious ways, and though the thought causes some trepidation, we’re excited for the opportunity.  I know many good folks in Arizona have lost their homes in these tough economic times.  I can’t express how much I wish none of that were reality and I sincerely wish that they recover from this crisis soon.  I’m certain they will.
Arizona is truly the enchanted land.  I love the desert bursting in fresh blooms of spring flowers.  The cactus wrens are such gorgeous little creatures inhabiting the magnificent saguaro cacti.  Watching the roadrunner race your jeep will crack you up every time.  And the warmth, it’s warm there…  Ok, it’s actually hot, very hot.  But it’s the good dry heat that will not bring on the humidity-induced bad-hair days, so what’s not to love.  There are many more reasons why I adore Arizona.  Yes, stay tuned, as I’ll be spelling them out in the next two weeks.  Wish us luck!

Jutro wyruszamy do Arizony. Jeśli powiedzenie “do trzech razy sztuka” jest prawdą, to wrócimy jako właściciele domu w Arizonie. Poprzednie dwie wizyty spowodowały, że urzekł nas ten kraj i marzyliśmy, że może kiedyś stanie się naszym podwórkiem. I tak się w życiu dziwnie składa, że czasami marzenia stają się rzeczywistością i choć są powody do emocji, to jesteśmy w siódmym niebie, że mamy taką okazję. Obecny kryzys ekonomiczny przyczynił się do załamania rynku również w Arizonie i wiele rodzin straciło domy z dnia na dzień. Ciężko jest się pogodzić z trudnym losem jaki im się przytrafił i wierzę, że już wkrótce staną na nogi.
Arizona jest fascynującym krajem. Piękna jest pustynia gdy zakwita wiosennymi kwiatami. Strzyżyki kaktusowe, które mieszkają w dziuplach olbrzymich karnegii są niezpomnianym doświadczeniem dla miłośników ptaków. Natomiast kukawka (geococcyx) rozbraja pewnością siebie gdy zaczyna ścigać się z samochodem, którym jedziesz. I jeszcze klimat. Jest tam ciepło… no dobrze, jest tam gorąco, ale tak sucho gorąco, że nie narzekam na rozczapierzoną fryzurę spowodowaną wilgocią, więc czego tu nie lubić! Oczywiście jest wiele więcej powodów dla których niezmiernie się cieszę, że już niebawem będziemy spędzać więcej czasu w Arizonie. Przez następne dwa tygodnie będę się nimi dzielić na bieżąco.

Essentially Mediterranean

I’m browsing through the summer pictures and am re-living the experiences. There are so many things I’d like to share here. I hardly know where to start. When this picture caught my attention, I instantly thought it was the essence of what I perceive the Mediterranean lifestyle to be. It’s so personal that I’m sure you’ll have a totally different outlook, but that’s the whole point. You might think: the endlessly blue skies, the emeralds of the water, the tan hues of the limestone, the warm yellows of the stucco houses. If you ask me, you’ll find out that it’s this Vespa that hints at the freedom I tend to feel when I’m there, the beach basket – the staple of the Spanish beach, or the sun-bleached walls that guarantee cool shades away from the hot sunshine. So I sit quite content here, in the chill of this fall afternoon, thinking that whatever we consider to be essentially Mediterranean, we’re all right. Getting these memories in the first place was the blessing, storing them in our mind was the ingenuity, but calling onto them when the summer feels farther away than ever, this is what’s so damn precious.

Przeglądam zdjęcia z wakacji i przeżywam wszystko na nowo. Tyle jest do opowiedzenia, że nie wiem gdzie zacząć. Gdy przyuważyłam to zdjęcie, natychmiast pomyślałam, że godnie ono representuje wszystko to co kojarzy mi się ze śródziemnomorskim nastrojem. Ale są to tylko moje skojarzenia, Twoje będą z pewnością inne. Może przywołasz z pamięci ten niekończący się błękit nieba, i azur morza, kolory piaskowca, czy kolory tynków na domach. Ja natomiast wyznam Ci, że to ta Vespa, symbol wolności jaką odczuwam, gdy tam się znajdę, że ten plażowy koszyk to wszystko co mi trzeba, żeby zatęsknić za tamtejszą plażą. Wybielone ściany kojarzą mi się ze słońcem i cieniem jednocześnie. Więc siedzę sobie zadowolona, oddając się tym myślom w to chłodne jesienne popołudnie i dochodzę do wniosku, że cokolwiek to nie jest co kojarzy się nam z tym niepowtarzalnym regionem, to wszyscy mamy rację. To, że udało nam się pozyskać takie wspomnienia, to już jest wielkim darem. To, że je skrzętnie poskładaliśmy w pamięci jest świadectwem naszych umiejętności. Ale to, że możemy powrócić do tych wspomnien do woli, zwłaszcza teraz, gdy lato jest tak niemożliwie daleko, jest największą radością.

Luscious

I can’t say for sure, but I repeat after a few sources of mine that the summer 2010 was warmer and sunnier in all of British Columbia than any other summer in recent memory.  The warm months are all gone now, so it’s perplexing a bit why the fall continues to be that spectacular.  When we walked to the Cheakamus Lake through the Pacific Northwest temperate rain-forest the weather was actually gorgeous, sunny with blue skies, quite unlike the local, seasonal weather conditions.  Yeah, the temps are mild here all year round, with lots and lots of rain guaranteeing plentiful humidity. When these are factored together, the flora takes off and it grows unencumbered, slowly mind you, but for a very long time. This all shows, believe me, when you walk in one of these forests. You’re immediately dwarfed by giants of the trees – western hemlock, sitka spruce, douglas fir, and western redcedar dominate the space. Their magnificence combined with the smells, the mists, and the luscious greenery create an incredible mood, akin to a fairy tale with a touch of the Jurassic Park added there for good measure.

Podobno, jak moje źródła zeznają, tegoroczne lato należało do najcieplejszych i najsłoneczniejszych w Kolumbii Brytyjskiej odkąd pamięć sięga. Skoro letnie miesiące już za nami, dlaczego jesień kontynuuje ten trend? Gdy w zeszłym tygodniu wędrowaliśmy nad jezioro Cheakamus przez północno-zachodnie wilgotne lasy strefy umiarkowanej w tej części wybrzeża Pacyfiku, pogoda była niewiarygodnie piękna – słońce i niebieskie niebo zupełnie nie przypominały typowej lokalnej aury. Rzeczywiście, klimat mamy tutaj zdecydowanie umiarkowany, z łagodnymi temperaturami, bezmroźny i bez radykalnych upałów. Za to deszcz pada u nas więcej i częściej niż w innych miejscach na ziemi. Ciepło i wilgoć – dwa czynniki, które tworzą idealne warunki dla wzrostu roślinności, powolnego raczej, ale za to przez bardzo długi okres czasu, w efekcie pozwalając jej osiągnąć gigantyczne rozmiary. Widać to po wejściu do tej pacyficznej dżungli. Natychmiast czujesz się jak karzeł przy tych ogromnych drzewach – choina kanadyjska, daglezja, świerk sitkajski i sekwoja dominują przestrzeń w lesie. Ich wspaniałość, w połączeniu z zapachami, mgłą i soczystością zieleni, tworzą bajkowy nastrój, ale taki trochę z posmakiem parku Jurassic.

Reflections in the Water

The weather has basically been stunning these last few days.  The brisk air with lots of sunshine makes you want to get out and walk somewhere. We hit a walking trail in the Garibaldi Provincial Park leading to Cheakamus Lake along the Cheakamus River.   The landscapes are punctuated with colours that only this season brings together in such combinations, rusty yellows and burgundy reds.  The rain-forest itself was so luscious, with moss covering the grounds by acres – just a picture to behold and I’ll share some of them next time. For the time being, I’ll let you “reflect “a little, as these reflections in the water were equally magnificent.

Przez ostatnich kilka dni pogoda wynagradza nam wszystkie poprzednie pogodowe zawody. Powietrze jest rześkie i słońce nas obłaskawia jak jeszcze żadnej jesieni, więc aż korci żeby gdzieś pospacerować. Wyruszyliśmy więc na pieszą wędrówkę nad jezioro Cheakamus wzdłuż rzeki o tej samej nazwie, w Prowincjonalnym Parku Garibaldi. Widoki były niezapomniane, z kolorami, które tylko jesień potrafi razem zestawić – ach te żółtości i te głebokie czerwienie. W środku lasu z zachwytem podziwialiśmy puszyste mchy pokrywające wielkie połacie ziemi – podzielę się tymi widokami przy następnej okazji. Tymczasem tutaj kilka obrazków z odbiciem w wodzie – natura jest najlepszym malażem.

In this Order: Spain, Barcelona, Gaudi

We went to Spain in early September. I’ve been counting the lucky stars since the first day of this summer trip and beyond, so my appreciation for the opportunities we arrive at on our path is endless. Two weeks in Spain doesn’t only sound exotic, but it might seem almost excessive considering we’ve traveled so much this year. One, however, quickly gets used to good things that happen in one’s life. Inadvertently, we did too. I’ve been lusting for Spain for the longest time, but it was my dear friend Janusz Leszczyński whose exquisite photography brought my attention to Barcelona and Gaudi. Once we arrived there I was hooked, seriously dependent on how Gaudi perceived the world around him – such genius.

Na początku września znaleźliśmy się w Hiszpanii. Moja wdzięczność za wszystko dobre co nas spotyka na tych wakacjach jest ogromna. Dwa tygodnie w Hiszpanii to brzmi bardzo egzotycznie dla mnie, może się to wydawać nawet dośc ekstrawaganckie, biorąc pod uwagę jak dużo już podróżowaliśmy tego lata. Ale do dobrego łatwo przywyknąć, więc i my tylko liczyliśmy nasze szczęśliwe gwiazdy. Hiszpania była na moim radarze już od dawna, ale tak naprawdę to dopiero Janusz Leszczyński zawrócił mi w głowie swoimi nadzwyczajnymi zdjęciami Gaudiego w Barcelonie. Jak już dotarliśmy na miejsce i ujrzeliśmy te architektoniczne cuda, to ja już o niczym innym nie myślałam, tylko żeby doświadczyć więcej geniusza Gaudiego.

Signs of Fall

Though I’m going to show a few of the pics of the early Polish fall here, I couldn’t be happier to be here at all. A.’s computer wizardry breathed some life into my lifeless laptop and I can blog again, maybe even report on some events from the last few weeks… about that tomorrow. For the time being, we’re in Jodłów again, reluctantly accepting the autumn that befalls us. The afternoon walk in the forest eases me softly into the season with leaves turning yellow, last berries on the bushes, wild mushrooms and pink heathers everywhere. Only the slow motion of the Roman snail trailing across the path is a bit surprising in this fall landscape. The forest is bright with sunlight and devoid of rain. This little fact alone should keep the smile on my face, as the Vancouver rainy season has already begun and we’re going to be experiencing it soon enough.

Zamierzam, przede wszystkim, pokazać kilka zdjęć polskiej wczesnej jesieni, ale tak naprawdę, to najbardziej cieszy mnie fakt, że jestem ponownie w Majologii. Talenty komputerowe A. są niekwestionowalne i mój laptop ożył na tyle za jego sprawą, że mogę znów blogować, a może nawet opisac wydarzenia minionych kilku tygodni… no ale o tym jutro. Tymczasem, jeszcze raz zawitaliśmy w Jodłowie, gdzie z pewnym oporem godzimy się z nadejściem jesieni. Popołudniowy spacer po lesie jakoś tak łagodnie wprowadza nas w ten jesienny klimat. Gdzie nie spojrzymy widzimy żółknące liście, nie zebrane jagody wiszące jeszcze na krzaczkach, wrzosy i grzyby. Tylko ten spóźniony winniczek, wolno ciągnący się w poprzek leśnej ścieżki nie bardzo pasuje do jesiennego krajobrazu. Las jest jeszcze pełen słonecznych promieni i pozbawiony deszczu. Ten brak deszczu cieszy mnie ogromnie, bo pora deszczowa w Vancouver już się zaczęła i tylko patrzeć jak będziemy jej doświadczać osobiście.

Returns

After the seaside adventures in Egypt and Crete, we return to the Polish country side. It’s the combination of coming home and returning, all mixed in one, and none of it would be that significant if it weren’t for the calm feeling that envelops us. We settle into the quiet house, experience definitely cooler days, along with considerably chillier nights. Everyone is speaking of fall arriving… but I stay hopeful that there is still more summer to come.

Po nadmorskich przygodach w Egipcie i na Krecie powróciliśmy na polską wieś. Doświadczamy powrotu do domu za dala od domu, więc jest to dość wyjątkowe odczucie, zwłaszcza, że pozwalamy się opanować spokojowi i nudzie wiejskiego życia. Na nowo okupujemy dom na wsi i nadwyrężamy maminą gościnność. Dom jest cichy i rozprężający, chociaż dni już są zdecydowanie chłodniejsze, a noce wręcz zimne. Wszyscy mówią o jesieni, a ja wciąż jeszcze marzę, ze lato jeszcze gdzieś na mnie czeka.

The Cretan Ambiance

It’s obvious by now that I’m profoundly infatuated with the beauty of Crete. There was nothing there I wouldn’t like. Every aspect of the islands subdued beauty is so endearing. People we came in contact with were so nice and friendly that I’m left with one wish only – to return as promptly as we can.

To już jest chyba oczywiste, że jestem pod wszechmocnym wpływem kreteńskiej urody. Podobało mi się wszystko – morze, przyroda, prostota zwyczajów i kuchni, nadzwyczaj przyjaźni ludzie. Na koniec mam tylko jedno życzenie – powrócić na Kretę tak szybko jak to jest możliwe.

Related Posts with Thumbnails