Archive for the ·The World· Category...

Bucolic in the City

I live in a city of almost two and a half million people. Thus, it never fails to amaze me that I can find a bucolic site like the one in the picture just a few kilometers away from where I live. As the scenery always puts me in the best of moods whenever I visit the Barnston Island, I also want to keep its existence my little secret. Judging by the many tired city folks flocking to that little paradise on Sunday afternoon, the secret must be out. To get there you take a ferry, which is no more than a barge pushed by a tug boat. It tirelessly crosses the Fraser River every few minutes, and it’s free of charge, yes, you’ve read it right. Once on the island, you ride, run, or walk a perimeter of the island which amounts to a 10K loop. While doing that, you get lost in the scenery, fields, pastures, and meadows; its smells, its magnificent views of the mountains; and in the zen-like feeling of total relaxation. Aum…

Mieszkam w mieście, które posiada prawie dwa i pół miliona ludzi, a ciągle jeszcze nadziwić się nie mogę, że taką wiejską scenę jak ta powyżej znaleźć mogę o zaledwie kilka kilometrów od domu. Jako że ta bukoliczna okolica wprawia mnie w doskonały nastrój ilekroć trafię na wyspę Branston, to i pragnę trzymać jej istnienie w ścisłej tajemnicy. Sądząc po tłumach zmęczonych miastowych ciągnących w jej kierunku w niedzielę, podejrzewam, że sekret się wydał. Żeby dostać się na wyspę trzeba wsiąść na prom, który właściwie promu nie przypomina, bo jest barką popychaną przez holownik. Przekracza on rzekę Fraser co kilka minut i jest bezpłatny – fakt, który już od dwudziestu lat jest tak samo ciągle jeszcze zaskakujący. Droga obiegająca wyspę, a która ma dokładnie 10 kilometrów w obwodzie jest idealna na przejażdżki rowerowe, bieganie, czy spacery. Ponieważ okolica jest piękna, z całą tą wiejską sielanką, pastwiskami, polami, łąkami, zapachami i widokami gór, to nie trudno o wprawienie się w stan duchowego uniesienia i totalnego relaksu. Aum…

How to Make Authentic Flour Tortillas?

Honestly, I don’t know. I couldn’t tell you for the life of me, though I was absolutely mesmerized by the process. I even attempted to form one, but it tore into pieces before I could catch the torn dough fragments. You see, where we went in Mexico, the flour tortillas are still traditionally made by hand and baked over a hot stone. The dough is all kneaded by hand and formed into tens of small balls. Then, the balls are flattened by fingers, in a circular motion, round and round, but it looks way easier than it is to make one with your own untrained hands. I bragged about my bread-making skills and the women welcomed my abilities at tortilla making, but it was a sorry mess. To make them as thin as these women made them seems impossible. You can see through the thin layer of the dough, but the dough doesn’t tear, defying the physics laws in existence. And yes, they taste impossibly good, right from the stone – the peasant food at it’s best.

Jak zrobić autentyczne tortille z mąki??? Niestety, nie umiem Wam powiedzieć, chociaż byłam na ten proces wyeksponowana i totalnie nim zafascynowana. Nawet spróbowałam uformować jedną taką tortillę, ale rozerwałam ją na strzępy zanim mogłam pojąć co robię źle. W tym regionie Meksyku, gdzie zawitaliśmy na Nowy Rok, tortille robi się nadal ręcznie i piecze na kamieniu rozgrzanym nad ogniem. Ciasto na tortille jest wygniatane ręcznie, formowane w małe kulki i nastepnie wyrabiane w cienkie placki, przez ugniatanie palcami i obracanie placka wokół własjnej osi, w kółko, bez końca prawie, aż uformuje się płachta tak cienka i przezroczysta, że aż uwierzyć nie można, że prawa fizyki na to pozwalają. Oczywiście, wygłada to łatwiej, niż jest to do zrobienia, bo ja nie szczycąc się skromnościa, pochwaliłam się, że na cieście się trochę znam, bo przecież piekę chleby, więc panie Meksykanki w oka mgnieniu włożyły kulkę z ciasta w moja dłoń, ale prawie natychmiast ciasto rozpadło się w dziesiątki cieścianych strzępów i to był koniec mojej tortillanej kariery (ku uciesze wielu obecnych kucharek, śmiem dodać). Naprawdę, zrobić taką tortillę tak cienką jak one to robia wydaje się absolutnie niemożliwe. No it tak, ich smak tkwi w pamięci długo, niemożliwie smakowite, takie prosto z kamienia są jedną z tych prawdziwie chłopskich potraw, których receptory smaku juz nigdy nie zapomną.

Found Beauty

The Mexico trip was truly multidimensional. On one level, there was I, uneasy, at best, trying my earnest to fit in, and at last, finding comfort in things unfamiliar, opening myself to newness that surprisingly felt like my second nature, eventually. But there was one aspect that was easy for me – having the dozen, or so, of kids around at all times, following us everywhere, consequently, having us convinced, they were our own, needed to be cared for, even loved… The feeling emboldened me to shoot some face close-ups, but portraits are something I stray away from, so these are meager attempts. Still, just because I got so accustomed to these gorgeous faces in a few days we stayed there, they now feel like a new-found beauty.

Nasza meksykańska podróż okazała się być prawdziwie wielowymiarowa. W bewzględnym wymiarze widzę siebie, niezbyt swobodną, ciągle próbującą przystosować się do warunków, i w efekcie, otwierającą się na nowe doświadczenia, które w końcu wpasowały się w moją introwertyczną naturę. Była jednak jedna strona całego doświadczenia, która nie zawadzała wcale – dzieci, kilkanaścioro… a czasami więcej, ciągle pod ręką, podążających za nami gdziekolwiek byśmy nie poszli, przekonujących nas, że trzeba o nie dbać i zabiegać. Tak dobrze czułam się z tymi dziećmi pod ręką, że nawet odważyłam się na kilka portretów, coś czego zwykle unikam z godną podziwu premedytacją. Tak przywykłam do widoku tych pięknych twarzy, że dzisiaj już tęsknię za nimi.

New Year’s Fiesta Ranchero Style

Our trip to rural Sonora in Mexico for the New Year’s celebration was like stepping back in time to a simpler, well… a very simple way of life. A thre-hour drive from the US-Mexico border to a small town of Cumpas took us through surprisingly green desert and grasslands. The town itself was a cluster of very small houses, all tucked together, joined by the grid of narrow dirt roads. ‘Rustic’, doesn’t even hint at the conditions we were greeted by. I admit, I was a bit intimidated by the harshness of the demands of the rural Mexican people’s life. The rigorous terrain, the unforgiving cold of the desert nights, and the scarcity of paying work all contributed to my panicked feeling when we arrived at the destination. But it didn’t take me long to realize that the resilience of the human spirit surpasses most of the obstacles people face, as they go about their life, content and happy regardless of the reality that surrounds them. And this small town was no exception. I was delighted to meet people quickly breaking into smiles, people readily responding to any curious question of ours, kids laughing incessantly at our timid attempts to speak Spanish, and cowboys proudly displaying their newly-polished cowboy boots awaiting the New Year Eve’s dance, feet readily tapping at the sounds of Latin music blaring from boom boxes everywhere, promising major party later in the evening. And what party it was! We were invited to a ranch, owned by the family of the friends we traveled with, where a cow had been slaughtered for the occasion and where lots of family and friends congregated to greet the New Year. I’ve decided not to include in the collage any images pertaining to the feast we’ve participated in, as some of them they had to do with the animal that was killed and I realize there are people who might be bothered by the arduous process. Let me just state that though it was difficult for me too, to endure some of the imagery, I understood the demands and the ways of the rancher’s life and I simply did not judge. Hope, you won’t either. There was certain charm in how the punishing work of a cowboy translated into the unrestrained joy of the fiesta and the passionate appreciation of a short, careless moment. Carpe Diem Latin style!

Nasza noworoczna wycieczka na meksykańską wieś w regionie Sonory była jak cofnięcie się w czasie. Trzygodzinna podróż samochodem w głąb pustyni po przekroczeniu amerykańsko-meksykańskiej granicy prowadziła przez zaskakująco zielone pustynne stepy do małego miasteczka – Cumpas. Sama miejscowość przypominała raczej skupisko ciasno usadowionych, małych domeczków, połączonych siecią piaskowych dróg. ‘Rustykalny’ – to słowo nie opisuje warunków życia jakie tam zastaliśmy. Przyznaję, że byłam nieco onieśmielona trudnością codziennego życia z jaką borykają się Meksykanie na takiej oddalonej od turystycznego tłoku wsi. Tereny, nie łatwe do uprawiania, klimat z minusowymi temperaturami w nocy i dzienną amplitudą ponad 30ºC, oraz powszechny brak pracy, wszystko to przyczyniło się do mojego wszechobecnego poczucia paniki w momencie kiedy dotarliśmy na miejsce. Oczywiście, nie trwało to długo, żebym zrozumiała, że ludzka przedsiębiorczość i odwaga szybko są w stanie pokonać wszelkie życiowe przeszkody, powodując, że ludzie stawiają czoła codziennym wymogom bez narzekania, bez względu na to jaka jest ta rzeczywistość, która ich otacza. Ku mojemu zdziwieniu, twarze napotykanych ludzi natychmiast rozpromieniały się w uśmiechach, każdy z nich gotowy opowiedzieć dumnie o swoim życiu, dzieci wybuchające śmiechem na nasze próby używania hiszpańskiego, kowboje dumnie eksponujący wypolerowane kowbojskie buty, wyczekujący niecierpliwie noworocznej potańcówki we wsi, przytupując w pełnej gotowości do dźwięków latynoskiej muzyki ryczącej ze stereo z każdego zakątka wsi – zapowiedź fantastycznego noworocznego przyjęcia. Oj, i było to przyjęcie! Zostaliśmy zaproszeni na ranczo, do rodziny znajomych, z którymi wybraliśmy się na tę wycieczkę, gdzie punktem programu całej imprezy było zabijanie krowy na tę okazję, i gdzie zjechały całe zastępy rodziny i przyjaciół, by przywitać wspólnie Nowy Rok. Świadomie podjęłam decyzję by nie załączać żadnych zdjęć w powyższym kolażu z samego procesu przygotowania jedzenia na fiestę, bo rozumiem, że mogą one być przykre dla co poniektórych z moich czytelników. Pozwolę sobie jednak stwierdzić, że chociaż pewne sytuacje były i dla mnie trudne do zaakceptowania, to rozumiem wymogi życia meksykańskiej wsi i szanuję decyzje podjęte przez ranczera, by zapewnić stabilną codzienną egzystencję sobie i rodzinie. Mam też nadzieję, że i Wy rozumiecie, bo niezaprzeczalnie, miał miejsce tam na tej wsi otoczonej pustynią pewien urok kowbojskiego życia, pełnego pracy, która łamie grzbiet, ale też zostaje zapomniana gdy fiesta jest na widnokręgu nawet jeśli ta fiesta trwa tylko przez krótki pełen pasji moment. Carpe Diem po latynosku!

In the Blooming Desert

We’re back in Arizona, in the midst of the Sonoran desert and this is the best time to be here. Surprisingly, it took me a while to realize it, for reasons I mentioned yesterday. If you read some of my posts from last year, you know that I’m quite affectionate when it comes to this desert. It’s been lovely and relaxing every time we visited, but the first time I saw the desert blooming, it was truly unforgettable. I wonder if I’m the only one lacking in imagination to be able to foresee the abundance of colors that are about to emerge come spring, when I look at the scenery, say in December. There is nothing that hints at the formidable colour display that is about to happen in March. In December, it’s still so nice and warm here, but the tonality is just this – deserty, with its predictable sages and rusty pinks. Now, enter late March and April, and all of the sudden, you’re faced with colours that you would expect in the garden center in May – deep gold yellows, with plenty of pinks, and some of the purple added for a good measure. Yes, there is still the reds of the ocotillo that has not yet bloomed around here, but I’m sure I’ll spot it soon enough. It’s just plain beautiful here and the temperatures in mid 80′s don’t hurt either.

Oto dotarliśmy ponownie do pustyni Sonory w Arizonie w jej pełnym rozkwicie. Zadziwiająco, zabrało mi to trochę czasu zanim zdałam sobie sprawę, że warto jest jej poświęcić uwagę, a o powodach tego ociągania się pisałam wczoraj. Jeśli czytaliście mój blog w zeszłym roku, to wiecie, że darzę to miejsce wielkim sentymentem. Zawsze cieszymy się słońcem i przyjaznymi temperaturami, gdy uda nam się uciec tutaj od kanadyjskiej zimy. Czasami myślę, że jestem jedyną osobą, której brakuje wyobraźni, żeby przewidzieć kolorystykę tego miejsca w marcu, gdy przyglądam się mu w grudniu. Kolory, które szykują się do zaistnienia są trudne do wymyślenia, gdy patrzysz na grudniowe kolory stonowanej zieleni i pustynnego kurzu. Gdy nadchodzi wiosna, to nagle pustynia ożywa taką nieoczekiwaną gamą kolorów, do napotkania tylko u ogrodników w maju. Tymczasem tutaj, już w marcu, pustynne maki zaskakują głęboko złotym kolorem, rózowości jest wszędzie mnóstwo, a i purpura zdarza się dośc często. Ocotillo kwitnie na czerwono, ale na tę pustynną roślinę jeszcze muszę poczekać, co nie powinno być trudnym zadaniem, bo pieknie tutaj, słonecznie, i ciepło – dzisiaj – 29 stopni Celsjusza.

The Desert Etched in My Mind

I knew I would be missing the warmth of the desert and the serenity of the region long before we would’ve made it back home to British Columbia. And I was right, too. The long drive home only exacerbated the reluctance to enter the rainy and damp climate at home and the temperatures hovering around the zero mark weren’t especially inviting either. The house purchase in Arizona went all well. We found one we loved, but we had to leave in the midst of the usual house-related busy-work of inspections and escrows, so it feels a bit like we left some unfinished business there and it only adds to my eagerness to go back to Arizona as soon as possible. And this, actually, is the plan. Once we finalize the purchase, we’ll head back there for Christmas to spend it with family and friends. So for the time being, I can only recall and delight in the images of the warm desert, and I hope you will, too.

Już na długo przed tym zanim dotarliśmy z powrotem do domu w Kolumbii Brytyjskiej, wiedziałam że brakować mi będzie ciepła i spokoju pustyni. No i nie myliłam się. Długa podróż samochodem wydawała się tylko wzmagać niechęć do powrotu do dżystego i mokrego klimatu jakim przywitał nas dom, a temperatury w okolicach zera również nie nastrajały zachęcająco. Z dobrych wieści to to, że zakup domu przebiegł pomyślnie. Znaleźliśmy dom, który polubiliśmy natychmiast, ale niestety, musieliśmy pozostawić dokończenie interesów typy inspekcje i zapisy w księgach wieczystych, dlatego też mam poczucie nie zakończonego biznesu, które podsyca tylko chęć jak najszybszego ponownego wyjazdu do Arizony. I taki, w zasadzie mamy plan. Jak tylko oficjalnie zakończymy transakcję, spędzimy Święta i Nowy Rok w nowym domu w Phoenix razem z rodzinką i może kilkoma przyjaciółmi, jeśli dadzą się namówić. Póki co więc, pozostaje mi tylko powrócić w myślach do tych pustynnych obrazów i cieszyć się nimi jako godnym zastępstwem. Mam nadzieję, że i Tobie przypadną one do gustu.

Quaint Little Church

I’ve been in full adoration mode since the day we’ve arrived to Phoenix. I know, I know, the weather has plenty to do with it, especially once the news of true winter, snow, and sub-zero temperatures back in Vancouver finally made the required connections in my sun-induced and tequila-de-accelerated brain. It’s lovely here. I’m still coping with the news that people here play golf all year round and they denounce work any time it rains for both practical and soul-nurturing reasons. But even when these sensible points are put aside, I still gasp every time I see blooming oleanders and bougainvilleas in the middle of November. Add to this the never-clogged freeways and the most beautiful landscaping along them I’ve seen, hands down, anywhere in the world, you are bound to be falling in love with this place the way I am. There is one more thing, a small thing I look for anywhere I go – the feel of the old and the authentic, the old ways that made the place what it is today. In Phoenix, I didn’t have to look far. We went to look for some open air farmer’s markets and we ended up on Guadalupe Road where we came across this little church, bathed in the mid-day sunshine, left alone and totally peaceful. I could only imagine how differently it was going to look come Sunday morning with the burst of vivid colour, once the Sunday worshipers made their way to the morning mass.

Od dnia przyjazdu do Phoenix trwam w pełnej adoracji miasta. Zapewne pogoda poważnie przyczynia się do takiej opini, zwłaszcza gdy docierają do mnie wreszcie wiadomości o pełnej zimie w Vancouver, ze śniegiem i minusowymi temperaturami, co nie jest proste bo mój omamiony słońcem i spowolniony tequilą mózg, nie przyswaja sobie informacji łatwo. Z zachwytem dowiaduję się, że ludzie tutaj grają w golfa przez cały rok i zarzucają pracę gdy pada deszcz, zarówno z praktycznych przyczyn, jak i tych spowodowanych duszą. Ale nawet, jeśli to nie są argumenty, to ja i tak zachwycam się gdy widzę w listopadzie kwitnące oleandry i bugenwille. Gdy dodasz do tego autostrady bez korków i fantastycznie czyste, zagospodarowane i upiększone tereny, to nie zdziwisz się, że systematycznie zakochuję się w tym kraju. Zwykle jest jednak jeszcze jedna mała rzecz, której wytrwale szukam gdziekolwiek trafiam – to poczucie tradycji i zacnych zwyczajów, to co ukształtowało to miejsce i przyczyniło się, że jest dzisiaj takie jakie jest. W Phoenix nie szukałam długo. Wyruszyliśmy na zakupy na zielony rynek w starej dzielnicy Mesa i przypadkiem trafiliśmy na ten stary kościółek Matki Boskiej z Guadalupe. Totalnie wybielony południowym słońcem, wyglądał na opuszczony, całkowicie pogrążony w ciszy. Pozostało mi tylko wyobrazić sobie jak powraca do życia i oczarowuje kolorami gdy nadchodzi czas na poranną niedzielną mszę.

Saguaro Triptych

We’ve been busy searching for a house for more than a week, here in Phoenix, Arizona. It didn’t stop us, though, to sneak out to our favourite spot in Arizona, the Sonoran Desert and the Organ Pipe Cactus National Monument. Every time we visit this state we end up camping there. It’s irresistible for many reasons, but the saguaros make the area especially precious. There is something utterly inviting about these majestic cacti. They look like battalions of people that seem to greet you as you walk or drive by, happy to see you, waving their prickly arms at you. You can’t help but be happy in return.

Ten miniony tydzień, spędzony tutaj w Phoenix, w Arizonie przeminął nam na poszukiwaniu domu do kupienia. Mimo intensywnej pracy, udało nam się uciec w jedno z najbardziej ulubionych miejsc – na Pustynię Sonora i do rezerwatu przyrody Organ Pipe Cactus. Zawsze, ilekroć odwiedzamy Arizonę, biwakujemy właśnie tutaj. Jest to miejsce, które urzeka z wielu powodów, ale karnegie czynią tę pustynię miejscem niemożliwym do zapomnienia. Jest w tych olbrzymich kaktusach coś niezaprzeczalnie przyjaznego i ujmującego. Wyglądają one jak bataliony ludzi, które wydają się witać cię gdy je mijasz i cieszyć się, że cię widzą, machając na przywitanie kolczastymi łapami. Trudno jest się nie cieszyć i na ich widok.