Archive for the ·summer· Category...

Is this the End of the Summer?

I can’t believe I’m even asking this question. Oh, I so don’t want the summer to end! Thankfully, upon my return from Arizona, I was greeted by some lovely weather in Vancouver, so my summer nostalgia got postponed for a little bit. But nostalgic I will become, because this summer did not quite fulfill my desires for travel in far off places, for vacations near white beaches and warm seas, for long evenings spent with family and friends on decks and patios. The two months I had off, just flew by in a blink of an eye and I struggle not to feel too bummed out about it. As a remedy I walk around the town with a camera in hand and catch little glimpses of the summer – the summer that has NOT quite ended yet!

Czy to już koniec lata? Rugam samą siebie, że nawet śmiem wymówić te słowa. Och, jak pragnę, żeby to lato trwało bez końca. Powrót z Arizony nie był nawet taki straszny, bo Vancouver przywitał mnie prawdziwie letnią aurą, więc poczucie straconego lata chwilowo mi się odwlekło. Wiem jednak, że te myśli wrócą do mnie w pośpiechu przy pierwszym vancouverskim deszczu, bo to lato nie zadośćuczyniło moim marzeniom o podróżach w dalekich lądach, o wakacjach na białych plażach i przy ciepłych morzach, czy o długich wieczorach spędzanych na tarasach z rodzinką i przyjaciółmi. Te dwa wolne od pracy miesiące minęły w oka mgnieniu i z całych sił próbuję się tym faktem nie przejmować. Sposobem na poprawę humoru jest długi spacer z aparatem w ręce. Tak też więc chodzę i wykradam obrazki tego lata, które jeszcze tak całkiem nie przeminęło.

Not So Gallant Galette

Since becoming the prisoner of the heat in my own house, I stayed busy with little decorating and organizing, and that’s good, that’s what I hoped I’d be able to do. What I didn’t count on was turning on the oven. Somehow I did. Call it a lapse of judgement. The peaches were ripe and I thought I’d win some unofficial contest for the best neighbour the neighbourhood could have when I’d dazzle everyone with this rustic galette. Dazzled, I did not! The recipe needs tweaking so maybe I’ll share it in May one year, when peaches are in season in Arizona and the temperatures allow for the regular baking action in the kitchen. So after my gallant offering of the not so gallant galette, and the neighbours’ gracious acceptance, everything is now better in the hood.

Odkąd przez upał stałam się niewolnikiem we własnym domu, poświęcam trochę uwagi dekorowaniu i organizowaniu, co mnie bardzo cieszy, bo liczyłam na to, że wystarczy mi czasu i na te zajęcia. Na co nie liczyłam, to to że włączę piekarnik, ale włączyłam. Nie rozsądna decyzja! Wymyśliłam, że skoro brzoskwinie już prawie przejrzałe, a pieczeniem może uda mi się zaskarbić sąsiedzką miłość, upiekę rustykalną galette, którą wszyscy będą podziwiać. Podziwu nie było. Ten przepis wymaga jeszcze kilku zmian i nowych prób – może w maju, gdy brzoskwinie są w sezonie w Arizonie, a temperatury pozwalają na pieczenie. Tymczasem, jadalny podarunek uradował sąsiadów, bo każdy z nich już wreszcie chciałby sam coś upiec, co spowodowało, że nastroje uległy poprawie, a ja wkupiłam się w łaski sąsiadów.

Comments Off

Staying Cool

OMG, it’s hot and the heat records are breaking. Yesterday thermometers registered 118ºF / 48ºC where I am, and let me tell you, your routine changes instantly when faced with such heat. The first thing I notice is that I’ve turned into a sleuth, moving cautiously, very slowly, to not exert any more energy that is absolutely necessary to do the thing that needs to be done… like walking to the refrigerator to get a glass of icy water. The thunder storm that came around last night didn’t do a smidgen of difference, as the rain didn’t even make it to the ground, just evaporating in the mid air. You would think nothing can survive this heat, but when I went for a walk this morning, I was in awe to find all these beautiful and totally undisturbed plants – still blooming, still vibrantly green, still ready to give the life-saving shade.

O Boże! Jest niemożliwie gorąco i padają rekordy. Wczoraj termometry zarejestrowały 48ºC w mojej okolicy i natychmiast cała moja dzienna rutyna uległa zmianie. Pierwszym sygnałem, że dzień będzie wyglądał inaczej, było nagłe zrozumienie, że jak leniwiec, poruszam się bardzo powoli, z uwagą, żeby nie wykonać zbędnych ruchów i tylko zrobić to, co jest absolutnie konieczne do przeżycia – jak doczłapanie do lodówki po szklankę lodowatej wody. Burza, która przyplątała się wieczorem nie zrobiła najmniejszej różnicy, bo deszcz nawet nie doleciał do ziemi, parując w powietrzu. Pomyślałoby się, że nic nie jest w stanie przetrwać takiego skwaru, tymczasem, gdy wyszłam dzisiaj na spacer wczesnym porankiem, z niedowierzaniem patrzyłam na te piękne i nieporuszone rośliny – ciągle kwitnące, ciągle zielone i ciągle gotowe użyczyć zbawiennego cienia.

Feeling Peachy

The vacation mood has finally arrived here on Love Road. The garden work is more or less done and I relax at last watching humming birds, quails, and road runners alike enter my garden stage. One cannot spend too much time outside these days. The extreme heat warning is still in effect, but I steal a few moments in the shade of the tree and repose. The succulent white peaches keep me company and I don’t complain. My days are quite uneventful and simple here. I get up with the sunrise, go into the garden to see that the last few details are done, and then take a bike to a nearby store to get the essentials for the day. When I come back it’s starting to get really hot, and this is usually the last moment I can catch relaxing outside. Afterwards, it’s time to enter the house and do some work inside. I’m currently painting a side table and sewing a chair slip cover. As deprived of excitement as these days might seem to many of you, I feel quite content here, appreciating the meditative state I’ve entered.

Wreszcie na Love Road nastał prawdziwy wakacyjny nastrój. Praca w ogrodzie już prawie zakończona, więc czas na odrobinę relaksu i podglądanie lokalnej przyrody. Siedzę w ogrodzie i podpatruję jak kolibry, kuropatwy i kukawki, “czyli strusie pędziwiatry” wkraczają do ogrodu i ogałacają karmik w oka mgnieniu. Niestety, nie da się wysiedzieć na zewnątrz za długo, bo ekstremalne upały trwają nadal, ale wykradam z tego upalnego dnia kilka cennych chwil w cieniu drzewa i wypoczywam. Soczyste brzoskwinie dotrzymują mi towarzystwa, więc nie narzekam. Dni mijają tutaj bez większych atrakcji. Wstaję o wschodzie słońca i idę do ogrodu, żeby zakończyć te ostatnie prace, które tam jeszcze na mnie czekają. Następne zadanie to jazda rowerem do pobliskiego sklepu po zakupy. Gdy wracam, robi się już naprawdę gorąco, więc jest to ostatni moment, żeby usiąść w ogrodzie i odpocząć. Potem już poświęcam się zadaniom domowym. Aktualnie maluję stolik, instaluję półki i trochę szyję. Choć nuda aż zionie z takich cichych i spokojnych dni, to wierzcie mi, czuję się z nią nadzwyczaj dobrze, doceniając ciszę która mnie otacza jak medytacja.

Garden Loot

How many times can I be excusing myself? I guess, not many more now. I’m still insanely busy in the garden, taking into consideration that the forecast promises “extreme heat” starting tomorrow throughout all next week, I want this garden clean by tomorrow, so I can sit inside a cool home and admire the blooms through the patio door, laughing at the heat. I know, doesn’t sound much like fun, right. Even the nights don’t bring much reprieve here, as the temperature registers 90ºF at the lowest point. Crazy!… Told you!
I’ve trimmed all the oleander bushes today, receiving in return for my hard work these gorgeous oleander flowers with which, I wish to send you off to a lovely weekend that you deserve so much. See you tomorrow!

I znowu czas na wymówki, bo dni uciekają mi tutaj jak z bicza trzasnął. Niech Wasza cierpliwość do mnie jeszcze trwa, bo pracuję ciężko w ogrodzie bez wytchnienia, a muszę skończyć czym prędzej bo zapowiadają “ekstremalne temperatury” na cały przyszły tydzień, począwszy od jutra. Pragnę już bardzo zasiąść sobie wygodnie w chłodnym domu i podziwiać ogród przez drzwi ogrodowe, nic sobie z upału nie robiąc. Nawet noc nie daje mi tu ulgi, bo najniższe notowane temperatury nocne to ciągle jeszcze 32ºC. Szaleństwo, nieprawdaż?
Tymczasem dzisiaj przycięłam oleandry przed domem, które to w zamian obdarowały mnie ogromną ilością oleandrowych kwiatów. Szybko uwiłam je w prosty bukiecik i jego właśnie ślę Wam wszystkim, życząc Wam wspaniałego, ciepłego, letniego weekendu, pełnego dobrego wypoczynku i swobody. Do jutra!

Ice Cream Debut

Home-made ice cream is a real indulgence. I’ve never thought, I’d allow myself this luxury considering my growing waist line, until I arrived to this oppressive Arizona heat and I’ve changed my mind in a hurry. The strawberry ice cream I’m presenting here is the second production, after previously made, and eaten by the neighbourhood kids, peach and ginger ice cream that was nice, but a little too involved in the preparation, so I’ve opted for this way simpler, and even more delicious version. Hope you’ll like it, too. You’ll need an ice cream maker to make it, but there are plenty of them on the market, really affordable and incredibly efficient. Give it a try this summer and be a kid again.

Perfect No-Cook Strawberry Ice Cream (recipe origin: Epicurious)

Domowe lody są ciągle jeszcze mało popularne, tymczasem są niesłychaną rozpustą i generalnie kojarzą się wybitnie z latem i beztroską. Nigdy też nie przypuszczałam, że poddam się temu luksusowi, bo talia mi rośnie i bez lodów, ale wystarczyło, że zawitałam w Arizonie w środku lata i natychmiast zmieniłam zdanie. Lody, które prezentuję tutaj są już druga produkcją. Pierwsza, brzoskwiniowo-imbirowa, którą wytworzyłam wcześniej, i która w całości została zjedzona przez dzieci sąsiadów, była nieco zbyt intensywna w przygotowywaniu, więc wybrałam tę znacznie prostszą, i powiem nawet, smaczniejszą wersję. Mam nadzieję, że i Tobie zasmakuje. Jak do wszystkich lodów, konieczna jest maszynka do ich robienia, ale cały ich zastęp dostępny jest na rynku. Truskawki można zastąpić praktycznie każdymi innymi owocami, więc już nie zastanawiaj się dłużej, spróbuj i poczuj się dzieckiem ponownie.

Idealne, nie wymagające gotowania lody truskawkowe (źródło przepisu: Epicurious)

Składniki:
1/2 kg truskawek
3/4 szklanki cukru
1 łyżeczka soku z cytryny
szczypta soli
2 szklanki śmietany kremówki

Sposób przyrządzania:
1. Połącz truskawki z cukrem, solą i sokiem z cytryny, po czym rozgnieć je widelcem. Odstaw na 10 minut.

2. Przelej połowę truskawek do malaksera (blendera), dodaj śmietanę i zmiksuj do uzyskania jednolitej, nieco zagęszczonej masy. Dodaj pozostałe truskawki, lekko wymieszaj łyżką i wstaw do lodówki do schłodzenia na przynajmniej 3 godziny, ale najlepiej na całą noc.

3. Wlej miksturę do maszynki do robienia lodów i zrób lody według instrukcji producenta.

Water When Dry

I arrived to Phoenix a week ago and have been devoting myself to an extreme sport – summer gardening in Arizona. Before leaving for Phoenix, I casually chatted with my friend M., whom you know already from my mentions here, to be a very talented gardener, and we summed up our gardening conversation with the wisdom that the best way to treat a garden was to water it when dry. Well, guess what, this golden rule doesn’t apply to gardens in Arizona. It’s supremely hot here and I’m pushing to adjust to the heat in a record time as I’m only staying for three weeks, but have a three-and-a-half-months worth of garden work in front of me. I’m comfortably sitting in front of the laptop at present, typing away this post, while the 105ºF / 40.5ºC is raging outside. The garden is scorched, but amazingly surviving this heat, the fact that will never stop to amaze me. The neglect has been great, so I’m trimming, shearing, pruning, raking my heart away, wiping the sweat off and drinking galons of water. This is precisely why I haven’t been around recently. I’ve been a tad uninspired to take the pictures of recent, I guess the heat will do that to you, but I feel the change coming on and I have a few posts brewing in my head. One will deal with my recent stint at ice-cream making, as ice-cream seems to be the only viable food to consider for eating in the intense heat that’s here. But let me start with some strawberries first. They’ll reappear in a cone soon enough, for the time being though, they nicely mimic the cute scene in the picture hanging in the dining room on Love Road.

Jestem już w Phoenix od tygodnia i przez ten czas uczestniczyłam w ekstremalnym sporcie – praca w ogrodzie, latem, w Arizonie. Zanim dotarłam tutaj, rozmawiałam z M., którą znacie z wcześniejszych wzmianek, jako niezwykle utalentowaną ogrodniczkę, kiedy to zgodziłyśmy się, że ogród należy podlewać jak jest suchy, i obie pokiwałyśmy głową z uznaniem dla własnej mądrości. Pierwsze spojrzenie na nasz ogród w Arizonie, natychmiast obalił tę genialną teorię, bo tutaj ogród jest mokry tylko w chwili podlewania, i suchy chwilę póżniej. Jest tak gorąco, że przymuszam się do aklimatyzacji w rekordowym tempie, bo czasu mam zaledwie trzy tygodnie, a pracy w ogrodzie na trzy miesiące. Gdy piszę ten post, wygodnie siedząc w klimatyzowanym domu, na dworze szaleje 40.5ºC. Ogród jest wypłowiały od słońca, ale nadal żyje i kwitnie, i ten fakt nigdy nie przestanie mnie zadziwiać. Niestety, jest też zaniedbany, to też czas mija mi na przycinaniu, grabieniu, czyszczeniu, a w przerwach ocieram pot z twarzy i piję hektolitry wody. Poza pracą w ogrodzie, to przyznaję, że nie czułam wielkiej inspiracji, za co obwiniam ten upał, ale też czuję, że nastąpi w tej kwestii zmiana, bo już chodzą mi po głowie następne posty. Wkrótce napiszę o robieniu lodów, bo jak tu o lodach nie pisać, skoro okazują się być jedynym wartym w tym upale rozpatrzenia pożywieniem. Dzisiaj zdjęcie tych truskawek, które już zaraz staną się truskawkowymi lodami, ale tymczasem ładnie podrabiają scenkę z obrazka zawieszonego w jadalni na Love Road.

Larrabee

Sounds like a sorcerer’s incantation, doesn’t it? Yet, Larrabee stands for the Larrabee State Park where we camped for a few days and nights last week. Situated on the Pacific Northwest coast, hugged by the luscious temperate rain forest, the place was nothing short of extraordinary. We played in the ocean, napped by the ocean, admired the ocean. We hiked a little, smelled the flowers, and sat by the campfire late into the night. In short, we did everything what should be done in the glorious time of summer.

Larrabee… brzmi jak zaklęcie czarnoksiężnika, ale to tylko stanowy park gdzie spędziliśmy kilka dni i nocy koczując pod namiotem i przy ognisku. Larrabee usytuowany jest w stanie Washington, na wybrzeżu Pacyfiku, spowity w omszonych, wilgotnych lasach strefy umiarkowanej. Jest to piękne miejsce gdzie udało nam się i pobawić w oceanie, i trochę podrzemać przy nim, i podziwiać go bez końca. Połaziliśmy po górach, wąchaliśmy wszystkie napotkane polne kwiatki i długo odpoczywaliśmy przy ognisku. Jednym słowem, robiliśmy wszystko, żeby cieszyć się pełnią cudnego lata.