Archive for the ·spring· Category...

The First of Spring

Like all of you, I’m ready for spring. And it has unofficially showed up today. It couldn’t be a more perfect day for the snowdrops to finally open. Today has started my four-day weekend that I hope to be grandly productive. But first things, first. Gotta put away all the papers that grow in wild piles on my desk, as if on steroids. Tomorrow, I’ll be painting the inside of the main door in chalkboard black. And, well, after that, there are still two full days to benefit from. So vastly promising!
20110226_GosiaMaj-SigWithDaisy

20130208_SpringsFirst

Jak Wy wszyscy, ja też jestem już gotowa na wiosnę. I oto właśnie dzisiaj wiosna nieoficjalnie zawitała w te strony. Dzisiaj mam pierwszy dzień czterodniowego weekendu, więc przebiśniegi nie mogły wybrać lepszej pory na kwitnięcie. Planów mam wiele, nadziei na produktywny weekend, jeszcze więcej. Między likwidowaniem stert papierów na biurku, co to rosną jak na sterydach, a malowaniem głównych drzwi, zostaną mi i tak jeszcze dwa pełne dni wolności. Całe szczęście!
20110226_GosiaMaj-SigWithDaisy

Comments Off

Dancing in the Meadow…

… are all the delicate wildflowers notoriously charming the bumble bees with their beauty. They’re charming me, too – bewitchingly.

Tańczą na łące delikatne polne kwiaty. Nęcą swą urodą łagodne bąki. Mnie też kuszą i oczarowują.

Play Outside

Go and play outside a little. It’s this delirious time of the year when the green can’t get any greener, the scent of flowers gets to your head and makes you feel oh-so-daring, and the birds sing the sweetest of their love songs. Just go outside, play a little, and watch your soul partake in the dance in unison with the butterflies.

Spędź trochę czasu na zewnątrz. Trwa przecież ten najbardziej oszałamiający okres w roku, kiedy zieleń nie może już być bardziej zielona, kwiaty oblepione płatkami omamiają zapachem i grożą pełnym zatraceniem, a ptaki śpiewają najbardziej miłosne piosenki w repertuaże. Wyjdź na dwór i pobaw się trochę, i zobacz jak dusza przyłączy Ci się do tańczących wokół motyli.

Comments Off

Through the Bedroom Window

It was such a lovely Mother’s Day. The idea to celebrate the day picnicking in the park came to me at the eleventh hour. I knew I wanted to take advantage of the fabulous spring weather and not to sit around the table longingly gazing outside. It really worked and everyone expressed similar sentiments, appreciating the downtime with nature, with great company of the close family, with blankets, pillows, freshly baked baguettes, salade Niçoise, and some white wine. I think, all of us had a great time, save the sniffles both of us, S. and I got when the evening settled, but we blamed it on the overzealous plants sending pollen with vengeance after so many days without sunshine. Unfortunately, these were not pollen related sniffles. It’s another miserable cold that got hold of me. The irony is, as I recuperate and recover, getting the bed rest I urgently need, I do longingly gaze outside, through the bedroom window and watch the playful shadows frolicking in the sun without my presence there. Darn.

To był uroczy Dzień Matki. Pomysł, żeby uczcić go na pikniku w parku przyszedł mi na myśl w ostatniej chwili. Tak bardzo chciałam wykorzystać tę wiosenną pogodę, która się u nas wreszcie zadomowiła, a nie z utęsknieniem zerkać za okno, gdy to będziemy uwięzieni w domu, że rzuciłam hasło i wszyscy jednogłośnie przystali. Cieszyliśmy się jak dzieci swoim własnym towarzystwem, beztroskim czasem spędzanym w naturze, z kocem, poduszkami, świeżo upieczonymi bagietkami, salade Niçoise, i białym winem. Myślę, że wszyscy bawili się dobrze, humory dopisywały, no może z wyjątkiem gdy S. i ja zaczęłyśmy kichać i smarkać już dobrze pod wieczór. Nie przejmowałyśmy się tym faktem zbytnio, sądząc, że dają nam w kość kwiatowe pyłki, uwolnione wreszcie w powietrze, po długiej deszczowej wiośnie. Niestety, następnego dnia okazało się, że to nie pyłki, tylko pospolite przeziębienie, które mną ponownie zawładnęło. Ironią losu jest to, że nic innego nie pozostaje mi do zrobienia, jak przymusić się do przeleżenia kilku dni w łóżku, z utęsknieniem zerkając za okno, przyglądając się z zazdrością tym wiosennym swawolom, które dzieją się tam bez mojego udziału.

A Spring Day in May

Since my last report from Sunday, I wasn’t around much. Work, generally, overtook my life to the point that there was no energy to do anything else beside it. Normally, it would be a rather sad state of affairs, but I admit that Sunday walk on Barnston Island kept me going well into the week. I thought I would share some more photos from this enchanting place and I’d say ‘hi!’ to you before the weekend starts. We’re to have summer temps around here and because it’s the Mother’s Day weekend I’m super excited about it. I’ll tell you all about it tomorrow. In the meantime, take note of this Friday evening, of all your work-related challenges left behind, of the promise of the splendid weekend ahead of you, and rejoice!

Nie pojawiłam się tu, na Majologii, od prawie tygodnia. Praca pochłonęła mnie bez reszty, do tego stopnia, że na nic więcej już brakowało mi energii. W innej sytuacji, byłaby to osobista porażka. Na szczęście, wspomnienia z tego niedzielnego spaceru na wyspie Barnston utrzymywały mnie przy życiu i spowodowały, że jakoś przetrwałam cały tydzień. Pomyślałam, że może warto pokazać jeszcze kilka zdjęć z tego uroczego miejsca, no i zdecydowanie powiedzieć Wam ‘Cześć!’ zanim zacznie się weekend. Wreszcie mają u nas zawitać prawdziwie letnie temperatury, a w niedzielę świętujemy Dzień Matki, stąd też ta cała moja matczyna ekscytacja. O szczegółach powiadomię jutro. Tymczasem, nie pozwólcie, żeby ten piątkowy wieczór przemknął niezauważony. Cieszcie się, że wszystkie z pracą związane stresy nie mają istnienia przez następne dwa dni, że wręcz odwrotnie, szykuje Wam się beztroski, wiosenny, majowy weekend i to już jest powód do radości.

Comments Off

Forget-Me-Not Sunshine!

The Sunday walk was vastly needed, the sunshine was extraordinarily therapeutic. I can’t tell you how bummed out I was by all this rain that kept falling on us. They say that the Pacific Northwest is the one region in America that’s ripe with depressed individuals walking around, and I was starting to think I was on my way to be one of them. But not anymore, I swear, Monday came rolling in with more sunshine and lovely, pre-summer temperatures. And yesterday, doing a 10K walk around the Barnston Island, rewarded me with these sweetheart forget-me-nots. I’m brimming with optimism again and hope you do, too. Have a tremendous start to a new, sunny week. Hugs…

Wczorajszy, niedzielny spacer był ogromnie mi przydatny, a słońce podziałało jak najlepsza terapia. Nie umiem już nawet wyrazić jak przygnębiająco wpływał na mnie ten nieustający deszcz, który spływał po nas przez długie jak katorga tygodnie. Mówią, że ten region Ameryki – Pacific Northwest – czyli Wybrzeże Północno-Zachodnie, gości najbardziej liczną grupę osobników cierpiących na depresję. Już poważnie rozpatrywałam ewentualność, że mogę być jednym z nich. Na szczęście, i ku mojej nieokrzesanej radości, nie tylko niedziela była cudnie słoneczna, ale i poniedziałek przyniósł jeszcze więcej słoneczka i prawie letnie temperatury. Dziesięciokilometrowy spacer wokół wyspy Barnston wynagrodził mnie tymi czarującymi niezapominajkami. Na nowo jestem pełna optymizmu i pozostaję w nadziei, że i Wam szykuje się nadzwyczajny tydzień. Ściskam Was gorąco…

Rain & Repose

Have I complained enough of the rain that we have this spring? The only hint that it’s spring is the luscious greenery outside my window, one and only perk of the gargantuan amounts of rain we get. I followed the cats’ lead and spent the Saturday afternoon on my bed with a Sony reader in hand. Once again, I should learn that giving in, going with a flow, and just plain relaxing is the preferred mode of operation in life. Proving my point is the world basking in endless sunshine this morning. I see a Sunday walk in my cards. Then, in the evening, I’m throwing a small pizza party to celebrate. Wonna join?

Zazdroszczę Wam wszystkim boskiej pogody w tę Majówkę. Wierzcie mi, nawet w Kanadzie jest o tym głośno. Tymczasem, ja nadal narzekam na nie ustający deszcz. Jedynym znakiem, że wiosna panuje za oknem jest soczysta zieleń, wyłączny atut tego mokrego stanu rzeczy. Wczoraj już dałam za wygraną i podążając za kotami, spędziłam popołudnie w łóżku, z czytnikiem ebooków. Kiedyś może, wreszcie się nauczę, że najlepszą metodą na życie jest stoicyzm, pójście za ciosem, i umiejętność zrelaksowania. Dzisiejszy, niedzielny poranek, już potwierdza ten mój punkt widzenia, bo przebudziłam się do dnia skąpanego w słońcu. W planach jest spacer, a potem ‘pizza party’ na uczczenie. Jesteście zaproszeni!

Comments Off

Proudly Horticultured

One of my most coveted spring flowers is ranunculus. I’m green of envy (no pun intended) when I see these beauties featured on blogs in early March, (Hello, my Californian blog friends!). The flowers don’t make cameo appearances in local flower shops until late April. Two years ago, I went on a whim and purchased ranunculus tubers and, half-haphazardly, I planted them in a pot on my balcony, not really aspiring for any spring ranunculus glory. This year, however, before setting out to Arizona for the spring break, I dutifully noted that the greens made their way to the top of the soil and they looked promising. On our return, I was greeted with mighty white and fushia blooms. I acknowledged them politely, while intending to forget their mere existence. But they kept their presence, having bloomed, persistently, for a month now, and more buds keep coming. I’m sure, I shouldn’t be ignoring the phenomenon anymore and give the flower the nod it deserves. Wouldn’t you agree?

Moja wersja na ogrodniczą zazdrość sprowadza się do kilku kwiatków pełnika. Nie jest to ani arogancka, ani też bardzo ambitna emocja. Podziwiam formę tego kwiatka i trochę zielenieję z zazdrości, gdy moje blogerowe, kalifornijskie koleżanki fotografują pełniki już w marcu, gdy u nas nie pojawiają się one aż do końca kwietnia. Dwa lata temu, gdy natknęłam się na bulwy tej rośliny, wetkałam je od niechcenia w doniczkę na balkonie, nie roszcząc wielkich nadzieji. W marcu, przed wyjazdem do Arizony, zauważyłam, że zielone łodygi pojawiły się z nienacka i wyglądały jakby miały dzielnie rosnąc. Z zaskoczeniem przywitałam kwitnące pełniki po powrocie, domagające się uwagi w bieli i różu intensywnych kwiatów. Grzecznie przytaknęłam ich obecności, ale beż większych emocji. Dzisiaj jednak czas już zauważyć wysiłki tej niepozornej rośliny, bo kwitnie już wszechmocnie od miesiąca i nie zanosi się na to, żeby miała przestać. Dochodzę do wniosku, że im mniej przejmuję się swoimi ogrodniczymi wysiłkami, tym lespsze osiągam rezultaty. Może jest to odpowiedź na wszystkie moje ogrodnicze dylematy.