Archive for the ·Simplify & Relax· Category...

Every Mother’s Dream

Dreamy, indeed, was my day yesterday. I leisured and relaxed, reading and getting mentally ready for warm summer days ahead, delighting in the downtime I so rarely impose on myself. The afternoon was a sweet time spent with F., while dear hubby cooked the Mother’s Day dinner. Hope, all you Mothers, had a lovely day, too.
20110226_GosiaMaj-SigWithDaisy

20130513_EveryMothersDream

Marzycielsko minęło wczorajsze Święto Matki. Leniłam się i relaksowałam, czytałam i czarowałam myślami, rozkoszując się każdą minutą tego lenistwa, na które tak rzadko sobie pozwalam. Popołudnie upłynęło na słodko spędzonym czasie w towarzystwie F., gdy to A. przyrządzał specjalny obiad na tę świąteczną okazję – matczyne marzenia spełnione co do joty.
20110226_GosiaMaj-SigWithDaisy

Comments Off

Tea Soothings

I’m wiping away with the spiced tea the nagging and persistent thoughts of the necessity to start another work week tomorrow morning. Wouldn’t it be nice not to have to go to work at all? Those who maintain they need work to feel fulfilled, they must be…, well, let’s just say I’m laughing with scorn and superiority – bwahaha!!!

Przeganiam pachnącą przyprawami herbatą natrętne myśli o przymusie powrotu do pracy jutro rano. Jakże fantastycznie byłoby nie pracować w ogóle. Ci co twierdzą, że nie umieliby żyć bez pracy, albo oszukują się, albo też… no może nie powinnam nikogo oceniać… tylko głośno zaśmiać się z wyższością – bwahaha!!!

Comments Off

A Glance from Atop

Sometimes one needs to change the perspective, the vantage point, or just plain standing, to appreciate what’s in front of, and below her. Looking down at the Fraser River from the Woodside Mountain certainly did that for me. I took a deep breath, exhaled, shuffled some priorities, an instantly felt renewed. Remember to go through this little exercise yourself before the holiday delirium begins.

Czasami należy zmienić perspektywę, albo punkt widzenia, albo po prostu stanowisko, by docenić co rozpościera się przed Tobą i patrzy Ci prosto w twarz. Jedno spojrzenie z wysokości na rozlewisko rzeki Fraser z góry Woodside, szybko mi to uświadowmiło. Kilka głębokich oddechów, jeden pełny wydech, żonglerka w priorytetach i natychmiast poczułam się jak odnowiona. Pamiętaj, by zastosować to szybkie ćwiczenie zanim jeszcze padniesz ofiarą przedświątecznego delirium.

Falling for Fall

Fall entered my house finally. I let it in begrudgingly. Showed it the door to my bathroom and this is where it, and I, cozied up, spending the time together. The long soaks do me good.

Jesień w końcu też i u mnie zawitała. Wpuściłam ją do domu niechętnie. Pokazałam jej drzwi do łazienki, i tam też się umościła. A ja z nią. Długie i nie spieszne kąpiele czynią mi wiele dobra.

It’s the Weekend At Last!

By golly, the weekend is finally here! I couldn’t be more relieved, more excited, or more hopeful. The working hours are devoid of creativity and I was just about to lose the inspiration that’s still timidly lurking in me. Thankfully, this Saturday rolled about, with brilliant sunshine forecasted for today, and the whole week ahead, and that’s all I’m asking – some bright light, a few flower stems, and a couple days of mental reprieve, Happy Weekend, Friends!

Wreszcie weekend! Ucieszona jego wizją, przywitałam go z ulgą, wypełniona nadzieją na pespektywy związane w wolnym czasem jaki przynosi. Te wszystkie długie godziny spędzone w pracy pozbawione są wszelkiej kreatywności i zanosiło się na to, że na dobre stracę inspirację i pewne drobne twórcze zamysły, które chodzą mi po głowie. Na szczęście, nadeszła upragniona sobota, wypełniona po brzegi słońcem, z prognozą na więcej słońca na cały przyszły tydzień, więc czego chcieć więcej. Wszystko czego mi trzeba do szczęścia to dobre światło, kilka kwiecistych gałązek i ze dwa dni mentalnego wytchnienia. Życzę Wam wszystkim miłego weekendu!

Reclaimed

I’m a huge fan of furniture made of reclaimed lumber, but I had never thought that I’d have had my own story to tell. Actually, there is not much to tell. These are just basic shelves, but I liked the lumber that came from discarded construction palettes, which lent itself nicely to this handy wall application in our little office.

Jestem fanem mebli zrobionych z drewna z odzysku, ale nigdy nie myślałam, że sama też mogę
w tym odzysku uczestniczyć. Nie ma co wiele opowiadać, bo historia jest prosta. Zbiłam kilka półek z desek które przyszły z porzuconą paletą z budowy. Niby nic, ale miły dodatek na ścianę w ciągle jeszcze w większości pustym domu.

Comments Off

Feeling Peachy

The vacation mood has finally arrived here on Love Road. The garden work is more or less done and I relax at last watching humming birds, quails, and road runners alike enter my garden stage. One cannot spend too much time outside these days. The extreme heat warning is still in effect, but I steal a few moments in the shade of the tree and repose. The succulent white peaches keep me company and I don’t complain. My days are quite uneventful and simple here. I get up with the sunrise, go into the garden to see that the last few details are done, and then take a bike to a nearby store to get the essentials for the day. When I come back it’s starting to get really hot, and this is usually the last moment I can catch relaxing outside. Afterwards, it’s time to enter the house and do some work inside. I’m currently painting a side table and sewing a chair slip cover. As deprived of excitement as these days might seem to many of you, I feel quite content here, appreciating the meditative state I’ve entered.

Wreszcie na Love Road nastał prawdziwy wakacyjny nastrój. Praca w ogrodzie już prawie zakończona, więc czas na odrobinę relaksu i podglądanie lokalnej przyrody. Siedzę w ogrodzie i podpatruję jak kolibry, kuropatwy i kukawki, “czyli strusie pędziwiatry” wkraczają do ogrodu i ogałacają karmik w oka mgnieniu. Niestety, nie da się wysiedzieć na zewnątrz za długo, bo ekstremalne upały trwają nadal, ale wykradam z tego upalnego dnia kilka cennych chwil w cieniu drzewa i wypoczywam. Soczyste brzoskwinie dotrzymują mi towarzystwa, więc nie narzekam. Dni mijają tutaj bez większych atrakcji. Wstaję o wschodzie słońca i idę do ogrodu, żeby zakończyć te ostatnie prace, które tam jeszcze na mnie czekają. Następne zadanie to jazda rowerem do pobliskiego sklepu po zakupy. Gdy wracam, robi się już naprawdę gorąco, więc jest to ostatni moment, żeby usiąść w ogrodzie i odpocząć. Potem już poświęcam się zadaniom domowym. Aktualnie maluję stolik, instaluję półki i trochę szyję. Choć nuda aż zionie z takich cichych i spokojnych dni, to wierzcie mi, czuję się z nią nadzwyczaj dobrze, doceniając ciszę która mnie otacza jak medytacja.

Making a List, Checking It Twice

Are you a list maker? I am, though I wish, I was one of those people who do what they have to do, when the need arises, without giving it another thought, or a spot in the corner of their mind, or a space on a sheet of paper. But not, I’m a chronic maker of perpetual lists, a master procrastinator, and a skillful list items’ tweaker. So if it weren’t for this little confession time right now, you’d never know that I have tasks on my lists from two years ago. Helpless, you say, and under any other circumstances I’d agree, but we’re talking the sanity of the truly yours, here. After all, at some remote time, I thought the task was worth the effort and it’s kind of reassuring to conclude that desire to have it done or crossed off the list is still valid. My incorrigible optimism makes me believe that all the list items will be checked off, and one of these sunny days, I’ll find myself with no ‘to-do’s’ to worry about. To aid the process, I’ve spent a better part of the rainy Monday, of the Victoria Day long weekend, scheming planning how to downsize my to do list to the manageable 5-item entity. Not the 29!
How about you? How many items on your to-do list do you have? Do you have more than one list?

Czy jesteś zagorzałym zwolennikiem pisania list rzeczy do zrobienia? Ja tak, chociaż wolałabym należeć do tych ludzi co to zrobią co mają zrobić gdy nastanie taka potrzeba. Bez zbędnego pamiętania, przypominania, poświęcania zadaniu miejsca w głowie, albo na licznych skrawkach papieru. Jestem chroniczną pisarką list, doskonałą w odwlekaniu, i bardzo zdolną w kwestiach przekładania terminów. Gdyby nie ta dzisiejsza przypadkowa spowiedź, nigdy byście się nie dowiedzieli, że na mojej liście rzeczy do zrobienia są jeszcze zadania sprzed dwóch lat. Trudno mi rościć nadzieję na poprawę, rozumiem, ale skoro już samej mi zaczyna ta długaśna lista doskwierać, a zależy mi na swoim zdrowiu psychicznym, to mimo optymistycznego podejścia do życia, gdzie to wierzę, że nadejdzie taki jeden dzień, gdzie każde zadanie z listy w cudowny sposób zostanie wykonane, to jednak zmuszona byłam, w ten deszczowy poniedziałek spędzić trochę czasu w papierach i pokierować swoim życiem w taki sposób, żeby ta moja lista zmalała do pięciu zadań, z tych przygnębiających 29-ciu. Trzymajcie za mnie kciuki, bo terminy mam napięte.
Czy Wy też tworzycie listy bez opamiętania?

Comments Off