Archive for the ·Reflections· Category...

Thank You, Friends!

Thank you for the kind messages and your tremendously supportive words and encouragement. Your good nature, humour, and understanding, all got me through my blogging hump. Thank you for your faithful coming back to Majology day after day – I’m very humbled by this realization. This bouquet of dusty pink tulips is for you – You Are The Best!

Dziękuję bardzo za miłe maile i nie do opisania wsparcie i zachęty, które to moje wcześniejsze borykanie się z myślą o porzuceniu blogowania wywołało. Wasze zrozumienie, humor i łagodność pozwoliły mi przetrwać ten mój blogowy kryzys. Jesteście marzeniem każdego blogera, a ja jestem niezmiernie zaszczycona, że decydujecie wracać właśnie tutaj, do Majologii. W podzięce, ten oto bukiecik popiołowo-różowych tulipanów.

Blog Un-Interrupted

This is my heart-felt desire, to write this little blog of mine with continuity. In the meantime, however, I’ve interrupted the flow more than once. And recently it felt like I lost my blogging mojo altogether. The reasons were many – changing venues for the spring break, busy times with family and friends, but one and foremost, was the little nagging thought in my head that I had nothing of importance, value, interest (just fill in a blank) to offer to my wonderful readers. I wondered why I felt that way and waited to come up with a definite answer for once, so I could make the decision “to write, or not to write”. All this indecision stemmed from the online workshop I took, intended to help me become a better blogger than I am. I envisioned, I’d join a group of a few tens of beginner bloggers and I’d be guided in friendly camaraderie to find the answers I was seeking. The reality was different. I was one of over 300 bloggers and only few of them beginners. Most of the participants were well-established, sophisticated bloggers, with tonnes of experience, and the level of artistry that made their blogs incredibly gorgeous already. Naturally, instead of focusing on the lessons, I was asking myself, “What the heck, are you doing here?” I believe the workshop marks the beginning of my blog unraveling in March. I felt Majology being redundant, wasteful even, in time and resources it took to maintain it, but being nothing but mediocre in results. I gave myself time until April 8th to decide (my birthday) and I waited. Surprisingly, not thinking about my blog, not looking for photography subjects daily, well, not photographing altogether, all started forming a big gaping hole in my daily routine and in my soul. This felt strange and intriguing. Then I received a few emails from my readers, unsolicited, but friendly inquiries if all was well with me. That, on the other hand, felt heart-warming and sweet. On a whim, I checked the Google Analytics stats and realized that I have a handful of readers coming back to Majology day after day, visiting faithfully and who for the last few weeks, left disappointed while I struggled with this blogging existential question. Thus the answers came to me. I have the renewed faith in what I’m doing here and I’m greatly invigorated by the soul searching I’ve done.
I’m also planning to change a few things around on Majology. Mainly to give this blog a little more purpose and focus, but also to revive it a little from the design side, to give it the visual lift. The workshop I took forced me to ask these questions and though it was laborious to find the answers, I came up with this moodboard (this was the workshop assignment) to represent what I believe Majology is: photography, creativity, making things, good food, urban living with a country flair, simplicity and well-being.
Tell me what you think.

P.S. I’ll be back later with another post – you see, my blogging spirit is well and kicking.

Życzeniem moim jest, żeby blogować bez przerw. Tymczasem, Majologia była przerwana przeze mnie dość często ostatnio. Właściwie to czułam, że straciłam swoją blogową duszę na dobre. Przyczyn zapewne było kilka – wyjazd do Arizony, goście, itd., ale największy wpływ miało przeświadczenie, że nic ważnego, interesującego, czy godnego uwagi nie mam do przekazania swoim wiernym czytelnikom. Sama za bardzo nie rozumiałam dlaczego nagle doświadczam tego mentalnego bloku, więc wyczekując, że odpowiedź nasunie mi się sama, biłam się z myślami czy to pisać ten blog dalej, czy nie. Wahania tego typu naszły mnie w trakcie kursu, w którym uczestniczyłam na linii, i który miał za zadanie odkryć przede mną wiele blogowych tajemnic. Liczyłam, że natknę się na grupe blogowych debiutantów i razem, w miłym towarzystwie, będziemy wzbogacać wiedzę o blogowaniu. Rzeczywistość okazała się nieco inna. Reprezentowałam jedną pośród setek blogerek, większość z nich z pokaźnym blogowym doświadczeniem i wysokim poziomem artystycznym, co już stawiało ich blog na tak wysokim poziomie, o którym ja nie marzyłam nawet, żeby osiągnąć. Zdając sobie sprawę jak zaawansowani są wszyscy w językach do programowania i jak wielu prawdziwych artystów ten kurs przyciągnł, nie umiałam oprzeć się pytaniu: “Co ja tu robię?” Wydaje mi się, że to właśnie ten kurs zaznaczył początek moich wątpliwości co do przyszłości Majologii. Czułam, że Majologia nie ma w ogóle znaczenia, że jest to strata i czasu, i środków sprzeniewierzonych na jej utrzymanie z miernymi efektami. Postanowiłam wyczekać do 8-ego kwietnia (moich urodzin) i zobaczyć czy dojdę do konkretnych wniosków. Przez tych kilka tygodni, które nastąpiły, prawie w ogóle nie myślałam o blogowaniu, o obiektach do fotografii, nie brałam nawet aparatu do ręki i ze ździwieniem zauważyłam, że pominięcie tych kilku akcji tak drogich mojemu sercu, zaczęło wypalać wielką lukę w mojej duszy. Dziwne i intrygujące to było uczucie. Gdy nagle zaczęłam otrzymywać emaile od czytelników blogu z pytaniami czy wszystko jest w porządku, bo cisza na blogu, to poczułam że pisać mi trzeba, bo jest garstka ludzi, którzy wiernie do Majologii wracają, a ostatnio odchodzili zawiedzeni, gdy to ja próbowałam znaleźć odpowiedzi na blogowe egzystencjalne pytania. Tak więc odpowiedzi nasunęły się same, po trochę bolesnym ale podbudowującym przetrzepaniu duszy, gotowa jestem i poważnie podpalona wszystkimi nowymi planami i projektami, jakie szykuję dla Majologii.
Głownie chcę nadać Majologii kierunek i cel, jak również pragnę odświeżyć ją nieco wizualnie (projekt ten jest planowany na maj). Ten blogowy kurs, choć nieco trudny do przetrawienia, sprowokował że musiałam przyjrzeć się temu blogowemu zadaniu nieco bliżej by znaleźć odpowiedź na to natrętne pytanie: “Co ja tu robię?” Odpowiedź zawarłam w powyższym zdjęciu planszy nastrojów, która reprezentuje to, co wierzę jest Majologią: fotografia, wyroby ręczne, dobre jedzenie, miejskie życie z wiejskim przekrętem, prostota i dobre samopoczucie.
I co o tym myślicie?

P.S. Będę z powrotem z następnym odcinkiem trochę póżniej – jak widzicie moja blogowa dusza już ozdrowiała i gotowa jest na więcej.

Life that Gets in the Way

I don’t know whether to go about the business as if nothing happened, or maybe just say it was rude to be silent for so long, or better yet, admit to it and apologize. Either of the solutions is more an excuse than a legitimate reason to be away from Majology for such a long time. If you stopped by here and left appalled because I had nothing new to share – I wholeheartedly apologize. If you’re an author of your own blog, you most likely can relate to the period of the enforced inactivity and you’ll probably forgive. Yeah, life can get in the way like this at times. I thought the spring break would be an extremely fruitful period for me blog-wise, as we traveled back to Love Road in Arizona to enjoy the sunshine and the very real summer that is here already. In the meantime, between the long road trip, the demands of the house left unattended for two months, and house guests, I found myself so strained for time that I couldn’t even think of anything worth presenting here. There is still one week left before we leave the sunny Arizona and there are images that come to me that I would like to share with you here. So stay tuned, because I’ll be back tomorrow with more of the simple study in Majology.

Nie wiem, czy mam udawać, że nic się nie stało, czy może przyznać, że niegrzecznie było milczeć tak długo, czy może jeszcze lepiej, po prostu przyznać się do błędu i przeprosić. Każde z tych rozwiązań nadal jest bardziej wymówka niż uczciwym powodem do tak długiego milczenia. Jeśli zawitałaś na Majologii i uciekłaś stąd zdegustowana faktem, że nie miałam nic nowego do powiedzenia, to przepraszam z całego serca. Jeśli sama jesteś autorką blogu, to pewnie rozumiesz ten przymusowy i nieproduktywny okres i pewnie mi wybaczysz. Tak to jest czasami, że życie pokrzyżuje wszystkie plany. Na początku tych wiosennych ferii, wyobrażałam sobie, że będzie to jeden z moich bardziej produktywnych okresów, ponieważ szykowałam się do podróży do Arizony i w połączeniu z ciągłym słońcem tutaj, myślałam, będę miała mnóstwo energii, żeby dzielić się z Wami latem, które już tutaj tak wszechobecnie panuje. Tymczasem, po długiej podróży samochodem, wymaganiami domu pozostawionego bez opieki przez dwa miesiące i goścmi, ciągle brakowało mi czasu, jak również i pomysłu na blog. Ale jeszcze został nam prawie tydzień wakacji w słonecznej Arizonie i juz mam na myśli kilka obrazów godnych uwagi, więc nie odchodźcie daleko, bo ja już będę jutro z powrotem z nowymi tematami na Malologii wartymi przestudiowania.

Growing Hearts

From a little string of hearts to the big one. Last year in April I showed here a small plant called String of Hearts, and even though I see the thing daily, I still admire its vigorous growth over the span of ten months. I like to think, this little guy is the symbol of our collective human effort on this earth becoming more cohesive at last, more sensible, and more humane with each passing year. Egypt comes to mind as the exhilarating example of our emotional evolution – so cheers to our growing hearts!

Od małych serc do dużych – pamiętasz jak w zeszłym roku pokazałam tutaj roślinkę pod nazwą Ceropegia, lub inaczej “Sznur Serc”, i chociaż patrzę na nią codziennie, to nadal podziwiam jej pełen wigoru wzrost w upływie zaledwie 10-ciu miesięcy. Zaczynam o niej myśleć jako o symbolu na to nasze życie na ziemi, na ten nasz kolektywny ludzki wysiłek, który z roku na rok staje się coraz to bardziej koherentny, wrażliwy i humanitarny. Egipt przychodzi na myśl jako napełniający nadzieją przykład wzrostu naszej emocjonalnej ewolucji – zatem więc, niech rosną nasze serce coraz to większe!

Hot, Cold, Missed, and Misplaced

We’ve left the lovely Phoenix to come back home at last. It must be the combination of Christmas, the new house, the time off, the Arizona sun that made me utterly unprepared to enter the January reality with the Vancouver’s drizzly nature. Everywhere I turn, I see people bursting with fresh, new-year God-given energy, exercising, organizing, and generally well-prepared to survive the two more months of winter that are inevitably coming. Meanwhile, I can hardly get back to regular work, let alone clean or organize anything. Even my beloved blog is getting the way-side treatment. Everything seems to be a tremendous effort these days and I so hope, there are souls out there who feel the same way. Mom says the reason for this might be our over-excited lifestyle of the last year with lots of travel and stimulation, which will make returning to routines really hard and will cause lots of unnecessary turmoil before things will settle down again. I hope she’s right. In the meantime, being a social disaster in winter as I am, I decided to embrace my laid back style without questioning and simply to wait it out until the time I finally snap out of my funk. So until this happens, forgive me while I sort through the duality of the hot Arizona and the cold and wet Vancouver, the missed deadlines, and all the misplaced resolutions I affirmed earlier in the year. Now is simply the time to be easy on oneself and this is what I’m doing. Hugs xoxoxo.

W końcu musieliśmy opuścić Phoenix i wrócić do domu. Połączenie Świąt, nowego domu, wolnego czasu i mnóstwa słońca spowodowały, że byłam całkowicie nie przygotowana na powrót do styczniowej rzeczywistości, łącznie z vancouverską mżawką. Gdzie nie popatrzę, widzę istoty tryskające noworoczną energią – nowych członków sal gimnastycznych, zorganizowanych i dobrze przystosowanych na przeżycie następnych dwóch zimowych miesięcy. Tymczasem, ja, ledwo daję radę wybrać się na czas do pracy, nie wspominam więc nawet o organizowaniu lub sprzątaniu czegokolwiek. Nawet mój blog jest traktowany odmownie ostatnimi czasy. Wszystko co robię wydaje się być ogromnym wysiłkiem i nadzieja tylko w tym, że są inni, którzy czują się podobnie. Mama twierdzi, że przyczyna tkwi w naszym przestymulowanym trybie życia w zeszłym roku, kiedy to podróżowaliśmy nadzwyczajnie wiele, więc powrót do rutyny musi być bolesny i potrwa on trochę zanim na nowo zaczniemy żyć regularnym trybem. Mam nadzieję, że Mama wie co mówi. W międzyczasie, ponieważ zawsze zimą, okazuję się być taką socjalną katastrofą, postanowiłam więc pogodzić się z tym swoim spowolnionym stylem bycia, nie kwestionować co jest, tylko wyczekać kiedy nadejdzie czas by się otrząsnąć z tego funkowego rytmu. Czekając więc na moment kiedy to nastąpi, cierpliwie sortuję dwoistość gorąca w Arizonie i zimna w Vancouver, wybaczam sobie wszystkie terminy, które przegapiłam i noworoczne postanowienia, które zaniedbałam. Teraz nastąpił czas na delikatne traktowanie, i to jest właśnie to co robię. Uściski xoxoxo.

A Year that Went By

Today marks a certain date on my calendar.  Exactly a year ago I wrote my first blog post.  Majology was created and I had no clue as to what it meant to have and write a blog.  I might be a tiny bit wiser today, but still have no definite knowledge as to whether it was a smart or a dumb choice.  The judgment like that just makes no difference.  I take lots of inspiration and pleasure from this simple fact that I can write about what stirs my heart and as there may, or may not be readers there to second and reinforce the thoughts I share, the fact of the matter is that I have met enough of you, who find a bit of truth in what I rumble about, and who come back for more.  This turns my wheels like nothing else, believe me.  I have met so many inspiring people through this venue, got introduced to superb blogs, which I read daily now, got plenty of encouragement in my attempts at photographing the life around me, am able to follow my own sense of style, taste, and colour, and best of all, I made close friendships with so many.  Could a girl ask for more?

So before I turn away from the screen and share a celebratory glass of wine with A., I’ll tell you what this past year meant to me:

  • I started a blog and found new friendships;
  • in February, I got a job that I’m able to enjoy again;
  • I spent three summer months in Europe with A. on a dreamy vacation;
  • we bought a new house in December and gleefully made it our winter vacation retreat;
  • I received an invitation to be a guest blogger;
  • I learnt never to stop feel gratitude for what I have.

This was a wonderful year that went by!

9-ty grudnia stał się ważną datą w moim kalendarzu. Dokładnie rok temu napisałam pierwszy blog. Powstała wtedy Majologia, a ja nie miałam pojęcia co to znaczy utrzymać blog. Być może jestem odrobinę mądrzejsza dzisiaj, nadal jednak jednoznacznie nie jestem w stanie stwierdzić czy to był dobry, czy też poroniony pomysł. Tak naprawdę to taka opinia nie ma najmniejszego znaczenia. Majologia pozostaje ciągłą inspiracją, żeby pisać i dzielić się tym co mi chodzi po głowie i przyspiesza bicie serca. I mimo to, że niekoniecznie czytają te moje wywody zastępy ludzi, to jedno jest pewne. Napotkałam tak wiele pokrewnych dusz tutaj, które wracają bo dzielą ze mną punkty widzenia – a to jest wszystko czego mi trzeba, żeby kontynuować. To właśnie tutaj, na Majologii, napotkałam interesujących i inspirujących ludzi, zostałam wyeksponowana na blogi, które czytam namiętnie każdego poranka przy kawie, otrzymuję ciągłą zachętę do kontynuowania moich fotograficznych zapędów, mogę pozostać wierna swojemu wyczuciu stylu, smaku i kolorów, i przede wszystkim, odkryłam wiele nowych przyjaźni. Czego więcej chcieć?

Więc zanim zakończę ten urodzinowy wpis i wypiję lampkę wina z A. za pomyślną przyszłość Majologii, chcę Wam jeszcze powiedzieć co znaczy dla mnie ten miniony rok:

  • zaczęłam blog i odkryłam wiele nowych znajomości;
  • w lutym dostałam pracę, którą ponownie umiałam się cieszyć;
  • spędziłam 3 miesiące latem w Europie razem z A. na wymarzonych wakacjach;
  • w grudniu kupiliśmy dom, który z radościa przekształcamy na daczę w ciepłym klimacie;
  • otrzymałam zaproszenie, żeby wystąpić jako gość w innym blogu;
  • zrozumiałam, że nigdy nie wolno przestać czuć wdzięczności za to co się ma.

Ta rocznica znamionuje rok dobrze przeżyty!

Thanksgiving and Giving Thanks

We love Thanksgiving, we marvel at the food it brings about to our tables, we adore the social side of it with family and friends gathered together.  How come then, we’re shy to explore what stands behind all this holiday admiration?  Why are we not admitting to ourselves that it’s our need for love that brings the family together? That we can’t wait for a day off work because we work more than we play.  That this Thanksgiving dinner seems so special because we’ve stopped making our everyday meals with real, nature-given foods.   But don’t despair, it’s never too late.  Tell your family you love them, thank your friends for their friendship, be playful with the food you’ll cook for them, enjoy the colors and flavours of the vegetables you’re serving on this fall day, and say your thanks out-loud. Really, do that!

The lovely recipe I cooked for our Thanksgiving dinner comes from Ilva of Lucillian Delights.  I love everything she cooks and  adore her talent at food pairing, as in this Beetroot with Pink Pepper and Pine Nuts Vinaigrette side dish.  The only variation from the original, is roasting the beets, instead of boiling them. Many thanks, Ilva, and Happy Thanksgiving, Everyone!

Wszyscy uwielbiamy Święto Dziękczynienia, za wspaniałe jedzenie, którym zastawiony jest stół, za wyjątkowe towarzystwo, które przy tym stole zasiada. Nie zastanawiamy się jednak, co stoi za tym naszym uwielbieniem świąt? Czy aby nie jest to nieumiejętność przyznania się samemu przed sobą, że to niewyartykułowana potrzeba miłości zwołuje ludzi do naszego stołu; że tak cieszymy się na wolny dzień bo pracujemy zdecydowanie za dużo; że obiad w to święto wydaje się taki wyjątkowy, bo już dawno przestaliśmy gotować codzienne posiłki z prawdziwych, przez naturę nam danym produktów. Nie przejmuj się jednak, nie jest jeszcze za późno. Powiedz rodzince jak bardzo ich kochasz, podziękuj przyjaciołom za przyjaźń, nie traktuj gotowania obiadu jako ciężkiego obowiązku, a raczej pobaw się przyrządzaniem kolorowych, smakowitych, jesiennych warzyw i podziękuj na głos za wszystko czym Cię los obłaskawił. Naprawdę, tak zrób!

Bardzo dobry przepis, który wybrałam jako akompaniament naszego dziękczynnego obiadu pochodzi od Ilvy z Lucillian Delights. Podziwiam wszystko co Ilva gotuje, zwłaszcza jej talent łączenia różnych produktów, jak w tym daniu – Buraki z vinaigrette z czerwonego pieprzu i orzeszków piniowych. Jedyne odstępstwo od oryginału polegało na pieczeniu, a nie gotowaniu, młodych buraczków. Wielkie dzięki, Ilva!

Buraki z vinaigrette z czerwonego pieprzu i orzeszków piniowych

Składniki:
1 pęk młodych buraczków (czerwonych, żółtych)
1 1/2 łyżeczki czerwonego pieprzu, lekko roztłuczonego w moździeżu
3 łyżki orzeszków piniowych, lekko przypieczonych na suchej patelni
1 łyżka ładodnego octu (ryżowego, szampańskiego, lub balsamicznego)
3 łyżki oliwy z pierwszego tłoczenia

Sposób przyrządzania:
1. Nagrzej piekarnik do 190C.
2. Odetnij liście od buraków (do zużycia w innym daniu), umyj, obierz ze skórki i przekroj na pół.
3. Ułóż buraczki na blaszce, delikatnie posól i obtocz w małej ilości oliwy. Piecz przez 20 do 30 minut, aż osiągną pożądaną miękkość.
4. Gdy buraczki się pieką, przyrządź vinaigrette, mieszając w miseczce pozostałe produkty.
5. Podaj upieczone buraczki polewając je vinaigrette.

Bread Baking Therapy

I was wondering what was going on with my physical and mental state recently, as since we came home from our voyages, I feel rather on the blue side of things. Mind you, I’m fighting what A. calls my case of the Spanish flue, just because I contracted the bug as we were returning from Spain, and since then I’m challenged to find my regular level of energy through my coughing fits and congested sinuses. But there are other reasons, I’m sure. The typical fall weather is here in Vancouver, with rain, and clouds, and then some more rain. Add to this the fact that I’ve felt uninspired to hold the camera in my hand recently, or when I did I disliked every picture I took. To top that, I’m without my laptop (had to give it up for the warranty repairs) and, this said laptop of mine, turns out to be like the extension of me, evidently essential for my daily existence. Though A. put together a desktop computer for me, it being the collection of all the spare computer parts he’s been faithfully collecting over the years, it’s slow, it’s barren of my files, it’s noisy, and too big to be hug-able. Oh yes, I shouldn’t complain – I’m grateful I have a computer at all, I love the fact that it’s warm and cozy in my home, and the cold will pass eventually, but I allowed myself to feel sorry for myself for a few days, before I decided yesterday to be done with this kind of melancholy. What helped was the quote I came across on Wild Yeast where I went for some bread eye candy, and where these words jumped out at me:
“… no Yoga exercise, no hour of meditation … will leave you emptier of bad thoughts than this homely ceremony of making bread.
–M.F.K. Fisher, The Art of Eating”
I received the much-needed kick, and I got my strut back. I turned on the oven and baked some gorgeous ciabatta, the formula for which I’ll gladly share if anyone is interested.
By the way, the Wild Yeast is my favourite bread-baking go-to resource and the place to see some beautifully styled bread images. I know how difficult it is to make bread look good on pictures. With all its brown, orange and yellow tones, it’s a challenge to make the bread stand out and yet tell the “bread story” with the addition of photo props that wouldn’t compete for attention with the subject of the shot. Susan knows how to do it and if you want to take good bread photos I urge you to visit her wonderful blog for some good bread-styling lessons.

Sourdough Ciabatta
Recipe By: Bill Wraith (Note: The following write-up is copied almost word-by-word from Bill’s original recipe tha can be found here. The changes I’ve incorporated appear in italics)
Preparation Time: approximately 8 hours
Categories : Breads – Sourdough

Amount Measure Ingredient
——– ———— ——————————–
482 grams bread flour (13.2% protein)
340 grams water
454 grams sourdough starter, 100% hydration
14 grams salt

Autolyse:
Mix the flours and water together in a bowl using a dough hook. Let sit for about 30 minutes.

Mix:
Mix flours and water above with all the starter and salt. Mix for a few minutes, switching between low and medium speeds – just long enough to thoroughly mix the starter and salt with the mixture from the autolyse step. The dough should be quite “wet”, meaning it will not clear the bottom or even much of the sides of the mixer bowl. It should be fairly sticky and already have a fair amount of gluten development.

Bulk Fermentation and Folding: (about 4.5 hours)
Make a fairly thick bed of flour on the counter about 12 inches square. Using a dough scraper, pour the dough out into the middle of the bed of flour. Allow it to rest for a few minutes. Then, fold the dough by flouring or wetting your hands, then grabbing one side of the dough and lifting and stretching it, folding it over itself like a letter. Do this for all 4 sides. Brush flour off the dough as you fold over the sides that were in contact with the bed of flour. You don’t want to incorporate much flour into the dough as you fold. After folding, shape it gently back into a rectangle or square, spray it with a light coating of olive oil or some other oil spray, and dust very lightly with flour. Then cover it with a large glass bowl. Repeat the folds approximately every 45 minutes two more times. After three folds, let the dough rise for another 2.5 hours, at which point, the dough should have doubled roughly in volume.

Shaping:
Divide the dough into 3 pieces of equal size, roll them in the bed of flour to dust the cut ends, and let them rest a few minutes. The dough is wet and will quickly resume its flat, rectangular shape by itself. Gently place the pieces on the couche. Use the couche to create folds for the ciabatta.

Final Proof:
Let the breads rise in the couche for about 2 hours, until they are puffy and have increased significantly in volume.

Prepare to Bake:
Preheat oven to 525F (convection oven). While that is going on, take each loaf out of the couche. Invert each loaf onto a peel fitted with parchment paper. Press down on the dough with your fingers fairly firmly to feel the peel underneath. It sounds crazy, but the loaf will bounce back just fine in the oven if it is not overproofed. This step is important to avoid “separation of crust and crumb” or “one gigantic hole” instead of many holes. It also evens out the loaf so it has a nicer shape after baking.