Archive for the ·Photography· Category...

Got Covered!

I’m so excited, well, more like thrilled and slowly accepting the exuberant feeling into my psyche and body, realizing that it had indeed happened. One of my images made a cover of the international WHERE Magazine, its Rome publication, to be precise. The picnic picture appeared on the cover of WHERE Rome magazine in April, but it took a long time before I received the printed copies, so I’m sharing this tidbit with you only now. This internet really is an incredible place and its Gods work in truly mysterious ways. How cool!

Co za przygoda! Jestem w siódmym niebie i powoli dociera do mnie świadomość oraz istota tego wydarzenia. Moje zdjęcie pikniku trafiło na okładkę rzymskiego wydania WHERE Magazine. Miało to miejsce już w kwietniu tego roku, ale ponieważ wieki minęły zanim kopie dotarły do Kanady, to dzielę się nowiną dopiero teraz. Ten internet to jest naprawdę magiczne miejsce. Nadal przecieram oczy z niedowierzaniem.

Found Beauty

The Mexico trip was truly multidimensional. On one level, there was I, uneasy, at best, trying my earnest to fit in, and at last, finding comfort in things unfamiliar, opening myself to newness that surprisingly felt like my second nature, eventually. But there was one aspect that was easy for me – having the dozen, or so, of kids around at all times, following us everywhere, consequently, having us convinced, they were our own, needed to be cared for, even loved… The feeling emboldened me to shoot some face close-ups, but portraits are something I stray away from, so these are meager attempts. Still, just because I got so accustomed to these gorgeous faces in a few days we stayed there, they now feel like a new-found beauty.

Nasza meksykańska podróż okazała się być prawdziwie wielowymiarowa. W bewzględnym wymiarze widzę siebie, niezbyt swobodną, ciągle próbującą przystosować się do warunków, i w efekcie, otwierającą się na nowe doświadczenia, które w końcu wpasowały się w moją introwertyczną naturę. Była jednak jedna strona całego doświadczenia, która nie zawadzała wcale – dzieci, kilkanaścioro… a czasami więcej, ciągle pod ręką, podążających za nami gdziekolwiek byśmy nie poszli, przekonujących nas, że trzeba o nie dbać i zabiegać. Tak dobrze czułam się z tymi dziećmi pod ręką, że nawet odważyłam się na kilka portretów, coś czego zwykle unikam z godną podziwu premedytacją. Tak przywykłam do widoku tych pięknych twarzy, że dzisiaj już tęsknię za nimi.

The Skill Builder

Today’s post really is about nothing in particular. Yesterday, I bought two pieces of lumber (from a handsome, tall spruce tree, I presume) so I could build a new background for some of my photo shots. Once built, I decided to give it quick testing in front of the camera. I intend to paint it to a white driftwood effect, but it’ll be seen if this project will come to fruition. In the meantime, though, I was curious to see how the light, natural wood would behave in pictures, so I gathered the limes and a few dishes to see where they could get me. Then, if it were not enough of challenges for one day, I fired the Photoshop and I forced myself to learn a few new tricks. To do this I had to forget my comfort zone entirely. I had to leave behind FotoFusion, the collage software I’ve been faithfully using until now. Learning Photoshop is not an easy feat. It’s not at all intuitive. The guesswork won’t work. It actually requires concentration, lots of imagination, and crucially, the ability to retrieve the already learned information. Any retention, if it takes place at all, is the result of the honest work and lots of practice. You either find a way to do a trick, practice it a few times, commit it to memory, or the next time you sit down to it, you’ll be starting from the scratch. Well, I began this morning and I’m only done now, in mid afternoon. This is the testament to my Photoshop skills… I’m afraid they’ll come slower to me than I would like it.

Dzisiaj odcinek w zasadzie o niczym. Wczoraj zakupiłam dwie deski świerkowe z zamiarem zbicia powierzchni (tła) do zdjęć. Jak już było gotowe, postanowiłam przetestować to dzieło przed kamerą. Mam je zamiar pomalować by uzyskać taki efekt dryfującego drzewa o szaro-białej powierzchni. Ale czy ten projekt dojdzie do skutku, to dopiero zobaczymy. Ciekawa byłam jak wyglądać będzie jasne, naturalne drewno na zdjęciach, więc chwyciłam kilka owoców limety (naprawdę? a może limonki?) oraz parę naczynek by zobaczyć co z tego fotografowania wyjdzie. Żeby przypadkiem nie zabrakło mi wyzwań w ten weekend, włączyłam Photoshop by nauczyć się kilku sztuczek w tym programie. Posługiwanie Photoshopem nie przychodzi mi bynajmniej łatwo. Używanie go to egzystowanie całkowicie poza moją komputerową strefą komfortu. Musiałam porzucić zaufany program, którego do tej pory używałam – FotoFusion. Photoshop, w przeciwieństwie do FotoFusion, nie jest czymś do czego można podejść instynktownie. Zgadywanki nie mają tutaj szans. Program wymaga koncentracji, wyobraźni, i co najbardziej istotne, umiejętności przyswojenia i zapamiętania informacji. Jest w nim tyle sztuczek do wyuczenia, że jeśli jakiekolwiek przyuczenie ma nastąpić, to wymaga ono uczciwej pracy i mnóstwa praktyki. Albo znajdziesz sposób na osiągnięcie danego efektu, poćwiczysz kilka razy by zapamiętać, albo zaczniesz od zera przy następnej sesji. No cóż, zaczęłam rano, teraz jest środek popołudnia, a ja dopiero zakończyłam. Jeśli to jest dowód na to jak szybko przyswoję sobie ten program, to będzie to dłuższy proces niż sobie wyobrażałam.

Comments Off

How to Sew on a Button

No, it’s not a sewing tutorial, but rather a reminder that a mundane thing like sewing on a button onto a pillow can become the inspiration to create and the opportunity to practice one’s photography skills.  While sitting in the bedroom, devoting my attention to the task at hand, I spotted these little green flowers in my peripheral vision.  I bought them a few days earlier, as an addition to the mood board I was putting together for the online e-course I’m taking at “Blogging Your Way”. Once done with the mood board, I popped the flowers – green viburnum – into a tiny glass and brought them to the bedroom.  Now, I was realizing, the flowers harmonized nicely with the button and the yarn I was holding in my hand, so off I went in search for the contrasting colour for this little vignette to come to life.  I still have a loose button to sew on.

Nie, nie jest to kurs przyszywania guzików, a raczej, jest to przypomnienie, że nawet najnudniejsze z zajęć jak przyszywanie guzika do poduszki może stać się inspiracją do tworzenia, albo przynajmniej, okazją do trenowania fotografii. Siedząc sobie w sypialni, poświęcając całą uwagę szyciu, kątem oka spostrzegłam te maleńkie zielone kwiatki. Kupiłam je kilka dni wcześniej, jako dodatek do planszy nastrojów jaką tworzyłam dla “Blogging Your Way”, kursu internetowego, w którym aktualnie biorę udział. Po zakończeniu robienia zdjęć, wsadziłam te kwiatki – kaliny zielonej – do wazonu, ot tak od niechcenia i przeniosłam je do sypialni. W tym też momencie, zdałam sobie sprawę, że harmonizują one z guzikiem i włóczką, które trzymam w ręce, więc ruszyłam w poszukiwaniu dodatków w kontrastującym kolorze. Tak oto powstał ten obrazek – guzik natomiast, nadal czeka na przyszycie.

Sit Down and Rest Awhile

I’ve decided to go back to my summer photos. We did quite a bit of traveling last summer and as I hurriedly shared some of the images in my impromptu travel posts, there were still a few that hadn’t made the first cut, but I felt, they carried some visual emotion, or a candid photographic message that might be worthwhile sharing.
To tell you the truth, I’m drowning in unsorted photos that I’ve been shooting indiscriminately for way too long. Finally, the time came that not only they’re unmanageable, boggling my hard drive, and slowing down the efficiencies of the photo-processing software I’m using, but my reckless approach is generally making A. lose his cool, as he is the only person I know who will methodically collect all the photos, gather them on an external disk, catalog, tag and back them up without one complaint. Yes, my lack of cooperation is reprehensible. So here I’m going to start solving this problem. As I go back to some of the past shots that might turn out note-worthy, I also, commencing today, sort, delete, tag and submit for storing my daily takes. Faithfully, every day, one shooting day at the time, they will slowly but surely disappear from this hard drive and will rest peacefully to be cherished, or trashed, by posterity. Uff! Hard work! I better sit down and rest awhile.

Zdecydowałam powrócić do co niektórych zdjęć z lata 2010. Udało nam się trochę popodróżować w zeszłym roku, i chociaż podzieliłam się niektórymi z tych zdjęć w szybkich blogach z podróży, to zostało jeszcze wiele tych, które choć nie zaliczyły pierwszej selekcji, to wydaje mi się, wyrażają trochę emocji, lub fotograficznie komunikują to co zdaje się przyciągać moją uwagę, gdy dane mi jest poruszanie się po świecie (otoczeniu) z aparatem w ręce.
Przyznaję się, że tonę w nieposortowanych zdjęciach, które strzelam bez kontroli już od bardzo dawna. W końcu musiał nadejść czas, kiedy nie mogę sobie już z nimi poradzić, ponieważ zaśmiecają mi dysk, spowalniają programy do obróbki, i do tego, moje lekkomyślne podejście do rzeczy powoduje, że A. zaczyna tracić cierpliwość, jako że on jest jedyną osobą jaką znam, która z rozmysłem zbiera, składa na zewnętrznym dysku, kataloguje, taguje, i cierpliwie tworzy zapasowe kopie wszystkich zdjęć jakie wpadną mu w rękę. Zdecydowanie mój brak kooperacji jest niewybaczalny, wiem. Dlatego wreszcie nastał moment, kiedy to przyłożę się do rozwiązania problemu, a nie do jego tworzenia. Począwszy od dzisiaj, codziennie, wiernie, sesja po sesji, moje zdjęcia powoli zaczną znikać z tego laptopa, i zostaną złożone dla potomstwa, ku jego radości, lub przekleństwu. Przyszłość pokaże. Uff! Odwaliłam kawał dobrej mentalnej roboty. Czas żeby przysiąść na krzesełu i odpocząć chwileczkę.

Comments Off

The Supporting Role of Photo Props

I was giddy when we entered the roadside antique store and found out that the owner had so much stuff already that he no longer was able to find display spots for his treasures, nor was he motivated to tag them. As such, he piled them carelessly in the last available space he could afford and was very willing to part with the possessions practically for nothing. So I rummaged ceaselessly through the mounts of stuff until I found what I liked, even if I didn’t need what I found. But, really, does need have anything to do with it? All that is of essence, that one day, maybe, I will take a picture and the item will just belong in it, perfectly complementing the subject matter. The life of photo props – solely in supporting roles.

Aż zacierałam ręce, gdy wkroczyliśmy do przydrożnego sklepu z antykami, bo okazało się, że właściciel nazbierał tak wiele dobra, że już absolutnie nie umiał znaleźć godziwego miejsca na ich eksponowanie, a już zupełnie stracił ochotę, żeby te swoje skarby wycenić, czy ometkować. Zamiast tego, upychał wszystko już w ostatnie ciasne, przestrzenie i był pozytywnie umotywowany, żeby rozstać się z kilkoma z tych rzeczy, praktycznie za bezcen. Wobec czego zanurkowałam w te starocie i szperałam tak długo, aż znalazłam co mi się podobało, nawet jeśli nie było mi to szczęścia potrzebne. Bo od kiedy to, zakupy tego typu, mają cokolowiek wspólnego z potrzebą. Co się liczy bardziej to to, że może któregoś dnia uda mi się zrobić fajne zdjęcie, a ten czy inny z tych przedmiotów wpasuje się w tę kompozycję idealnie i podniesie walory zdjęcia w bardzo wyważony, skromny sposób, jak przystało na taki nic nieznaczący rekwizyt, który występuje wyłącznie we wspomagających rolach.

Creativity – My Renditions

I thought I would gather the photo images I presented at the Creativity Boot Camp in one big collage.  The camp is finished now. However, when it went on, each day I would be stretched to my limits to figure out how to render a given topic. Some were easy, others kept me puzzled and clueless till the end, but I kept shooting and having fun. So here they are (clockwise from top left): smooth, full-bodied, fluid, picnic, smile, fly, ivory, multi-layered, ornament, heavy metal, drizzle, grow, hush.

Pomyślałam, żeby zebrać wszystkie zdjęcia, które zaprezentowałam w “Twórczym Treningu” w jeden kolaż. Trening już się zakończył. Jednak gdy trwał, to wymagał ode mnie trochę wysiłku i koncentracji, żeby adekwatnie zaprezentować dzienny temat zdjęciem. Niektóre z tych tematów były łatwe, inne były zagadką do końca, ale mimo te strzelałam zdjęcia i jednocześnie, bawiłam się dobrze. Oto one (według wskazówek zegara od górnego lewego rogu): gładki, pełnego ciała, fluid, piknik, uśmiech, latać, w kolorze kości słoniowej, wielowarstwowy, ornament, heavy metal (ciężki metal), mżawka (struga), rosnąć, cicho!

Playing with Water

As I mentioned yesterday, I have a whole load of things to get ready and organized before we set out on vacations, but I hardly can convince myself to do any of them once I’m back from work in the afternoon. However, picking up a camera and shooting a picture or two is something I don’t argue about in my mind. The Creativity Boot Camp keeps me occupied and challenged so I spend inordinate amount of time shooting improbable scenes that I would never think of catching, but it’s fun. Go figure. F. once told me the process is called “structured procrastination” and is scientifically valid. Well, then, all is well.

Tak jak wspomniałam wczoraj, mam całą masę rzeczy do załatwienia i zorganizowania zanim wyjedziemy na wakacje, niestety, nie jestem w stanie przekonać siebie co do tego, żeby się tymi zadaniami zająć jak wracam po południu z pracy. Jednakże, nie mam problemu chwycić aparat i marnować długie godziny strzelając zdjęcia wydumanym scenom, jak te narzucone mi przez “Twórczy Trening“. Jest to stary jak świat dylemat – praca kontra zabawa. F. mówi, że to zjawisko nazywa się “ustrukturyzowanym kunktatorstwem” i jest to znany proces i naukowo uzasadniony. Skoro tak, to nie ma się więc czym przejmować.

Comments Off