Archive for the ·memories· Category...

The Scent Etched in Memory

The one and only lilac – the ideal vehicle for memories from childhood to enter and then crowd my mind; to transport me into the world that I don’t recall or ponder often anymore. The memories from times of many years ago, all fragrant, all happy, all abundantly hopeful.
20110226_GosiaMaj-SigWithDaisy

20130506_MemoryOfScent

Jeden tylko kwiat posiada tę magiczną siłę przeniesienia mnie w czasie – bez. Cudowny wehikuł czasu, co to nagania do głowy wspomnienia z dzieciństwa, a te potem rozsiadają się wygodnie w mej pamięci i tak długo w niej goszczą, jak długo kwitnie bez. Te wspomnienia, które bez bzu są rzadkie i bezwonne, nagle stają się przepełnione upojnym zapachem, szczęściem i wypchane nadzieją.
20110226_GosiaMaj-SigWithDaisy

Comments Off

On this Day in 2010:  Church in Lubiecin

We’re planning a little camping trip tomorrow, but in the meantime, since I’m itching to get this bod somewhere else than just home, I’m travelling down the memory path and remembering the summer vacations past. Exactly two years ago I was walking around this beautifully preserved church from 1747 located in the village of Lubięcin, Poland, just mere kilometers away from the summer house where we stayed that summer. Such beauty, and yet so understated.

Planujemy sobie krótki wypad na kamping, w międzyczasie natomiast, ponieważ już mnie nosi, żeby przenieść się gdzieś i nie gnuśnieć w domu, po prostu podróżuję w pamięci, wracając do miejsc odwiedzonych w przeszłości. Dokładnie dwa lata temu, zwiedzałam z uwagą ten kościółek z 1747 roku, dyskretnie usadowiony w Lubięcinie, w województwie lubuskim, zaledwie kilka kilometrów od Jodłowa, gdzie mieszkaliśmy tamtego lata. Za każdym razem, widząc takie cudo, nadziwić się nie mogę jak nienachalny i powściągliwy jest czar takiego zapomnianego miejsca.

Comments Off

On this Day in 2010: Morning Lake

Jet-lagged and restless, I woke up at 4:00 am on June 30, 2010 after we arrived to Jodłów summer house the day before. I remember walking in the dim morning light towards the lake and thinking that the lack of sleep was going to wreak havoc with our ability to distinguish between the day and the night, and that the first few days of our vacations in Poland were not going to be much fun. I was surprised to shake off the feeling of tiredness instantly when I arrived at the lake and saw it enveloped in the soft light of the rising sun, gently cushioned by the misty morning fog. Amazingly, the agitations of my tired body have vanished completely and I sat there mesmerized with the compelling and completely relaxed feeling that I’d arrived to the right place at the precisely right time.

Sponiewierana długą podróżą i niespokojna, przebudziłam się już o 4-tej rano 30 czerwca 2010 roku, po dojechaniu do Jodłowa dnia poprzedniego. Pamiętam jak maszerując w kierunku jeziora w niezupełnie jeszcze pełnym świcie, rozmyślałam jak to te pierwsze dni naszych wakacji w Polsce będą skazane na stratę, zanim nasze ciała odnajdą się na nowo po tej drastycznej zmianie czasu. Zdziwienie moje było zatem ogromne, gdy całe moje zmęczenie umknęło w jednej chwili po dotarciu do jeziora, gdy to ujrzałam je spowite w porannej mgle i oświetlone nieśmiale wschodzącym słońcem. W jednej niepozornej chwili, ogarnęło mną wszechobecne poczucie relaksu i przeświadczenie, że znalazłam się we właściwym miejscu, w dokładnie wyznaczonym czasie.

Through the Bedroom Window

It was such a lovely Mother’s Day. The idea to celebrate the day picnicking in the park came to me at the eleventh hour. I knew I wanted to take advantage of the fabulous spring weather and not to sit around the table longingly gazing outside. It really worked and everyone expressed similar sentiments, appreciating the downtime with nature, with great company of the close family, with blankets, pillows, freshly baked baguettes, salade Niçoise, and some white wine. I think, all of us had a great time, save the sniffles both of us, S. and I got when the evening settled, but we blamed it on the overzealous plants sending pollen with vengeance after so many days without sunshine. Unfortunately, these were not pollen related sniffles. It’s another miserable cold that got hold of me. The irony is, as I recuperate and recover, getting the bed rest I urgently need, I do longingly gaze outside, through the bedroom window and watch the playful shadows frolicking in the sun without my presence there. Darn.

To był uroczy Dzień Matki. Pomysł, żeby uczcić go na pikniku w parku przyszedł mi na myśl w ostatniej chwili. Tak bardzo chciałam wykorzystać tę wiosenną pogodę, która się u nas wreszcie zadomowiła, a nie z utęsknieniem zerkać za okno, gdy to będziemy uwięzieni w domu, że rzuciłam hasło i wszyscy jednogłośnie przystali. Cieszyliśmy się jak dzieci swoim własnym towarzystwem, beztroskim czasem spędzanym w naturze, z kocem, poduszkami, świeżo upieczonymi bagietkami, salade Niçoise, i białym winem. Myślę, że wszyscy bawili się dobrze, humory dopisywały, no może z wyjątkiem gdy S. i ja zaczęłyśmy kichać i smarkać już dobrze pod wieczór. Nie przejmowałyśmy się tym faktem zbytnio, sądząc, że dają nam w kość kwiatowe pyłki, uwolnione wreszcie w powietrze, po długiej deszczowej wiośnie. Niestety, następnego dnia okazało się, że to nie pyłki, tylko pospolite przeziębienie, które mną ponownie zawładnęło. Ironią losu jest to, że nic innego nie pozostaje mi do zrobienia, jak przymusić się do przeleżenia kilku dni w łóżku, z utęsknieniem zerkając za okno, przyglądając się z zazdrością tym wiosennym swawolom, które dzieją się tam bez mojego udziału.

Spools

These wooden spools are all about memories for me. Sewing was something I’ve never learned from my Grandma though she tried ferociously to get the skill into me. Now, it turns out, I would love to know how, but all that I can do, is to collect the wooden spools that remind me of days gone by. These are pleasant recollections.

Te drewniane szpulki wywołują wiele wspomniń.  Nigdy nie nauczyłam się szyć, mimo że Babcia próbowała bardzo aktywnie, żebym przyswoiła sobie tę umiejętność.  Na darmo.  Dzisiaj okazuje się przydałoby się wiedzieć coś o szyciu, ale pozostaje mi tylko kolekcjonowanie tych starych szpulek, które wdzięcznie przypomninają mi przeszłość.  Miłe są te wspomnienia.

Comments Off

Snapshots from My Hometown

It’s my birthday today, but this is not what I’ll be talking about. Instead, the trend to mull over memories  continues, and my nostalgia is not exactly subsiding. I reminisce, today, of the town I was born in, 50 years ago, lived in for 23, and love coming back to every year – Głogów, Poland.

Dzisiaj są moje urodziny, ale nie o tym chcę pisać. Natomiast, trend wspominania ubiegłorocznych wakacji nadal trwa i moja nostalgia nie koniecznia ustępuje. Dzisiaj rozmyślam o Głogowie, mieście, w którym się urodziłam 50 lat temu, w którym mieszkałam przez 23, i do którego tak chętnie wracam rok po roku.

Nostalgia

Today, I was thinking of my visit to Poland I took last year.  I don’t exactly know what brought it on, maybe it’s my birthday one day away, or the fact that A. talks more and more about our vacations in Europe this year.  For whatever reason, I remembered that last trip I made, with F.  A. could not make it and as much as I enjoyed being back home, I really missed sharing the great moments of the trip with my soul mate.  I’m rejoicing at the fact that we’ll travel together again.
On one of the early days of our trip, we were staying at the cottage in the country and visiting a nearby town.  F. enjoyed his time with Grandma at a café, while I took a walk and ventured into what once was an aristocratic residence, turned a sad orphanage after the WWII, and now the property, just maintained not to disintegrate into ruins.  The residence has a small area where the keeper lives, hence the beautiful geraniums, but apart from its empty, huge, neglected rooms, beautiful ornate crown moulding, antiqued walls, and an odd piano, there is nothing there.  Very nostalgic.

Dzisiaj przypomniałam sobie moją zeszłoroczną podróż do Polski. Nie bardzo wiem co przywołało te wspomnienia, czy to moje zbliżające się urodziny, czy też może fakt, że A. coraz częściej rozprawia o naszych tegorocznych wakacjach w Europie. Jakikolwiek by nie był powód do tych wspomnień, rozmyślałam o tej podóży, którą odbyliśmy z F. A., niestety, nie mógł się do nas przyłączyć ze względów zawodowych. Bardzo nam było dobrze być znowu w domu, a mimo to brakowało mi obecności A. i cieszę się na myśl, że w tym roku ponownie bedziemy podróżować razem.
Jednego z pierwszych naszych dni w Polsce, kiedy to większość czasu spędzaliśmy na wsi, wybraliśmy się do pobliskiego miasteczka, i podczas gdy F. cieszył się czasem spędzonym z Babcią w kafejce, ja wyruszyłam na zwiedzanie. Stałam się nieproszonym gościem w rezydencji, otoczonej wysokim ceglanym murem, która kiedyś należała do kogoś ważnego, po wojnie przeznaczona została na sierociniec, a dzisiaj stoi pusta, jeszcze nie całkiem w ruinach, tylko dzięki minimalnej opiece. Na miejscu mieszka młoda rodzina, która pilnuje obiektu, stąd te pelargonie, ale poza wielkimi, pustymi pokojami, piękną sztukateria, postarzałymi ścianami, i nieoczekiwanym fortepianem, nie ma tam nic. Nostalgiczne miejsce, naprawdę.

Related Posts with Thumbnails
Comments Off