Archive for the ·Love Road· Category...

Not So Lazy on Sunday

I’m surprising myself realizing how bravely I face the hot Arizona summer. Quite remarkably, I worked the whole morning putting one full coat of paint on an old, wood-stained kitchen hutch. I aspire to make it light and airy, but it’s quite a task. After completing one out of four coats planned I was done. All I could do was to grab a magazine and head out to a cool bedroom for an afternoon rest. Then I remembered to show you my new thrifty acquisition – an ironing board that serves as an impromptu shelf in the seriously under-furnished bedroom.

Zaskakuje mnie jak dobrze znoszę to arizońskie lato. Podziwiam samą siebie za wyczyn dzisiejszego poranka, kiedy to spędziłam go nakładając jedną z czterech planowanych warstw farby na stary kuchenny kredens, którego to pozbawiam bejcy i przemalowuję na biało. Jest to niezłe zadanie. Wczesnym popołudniem miałam już całkiem dosyć skwaru i wszystko na co jeszcze było mnie stać to złapać czasopismo i zaszyć się w schłodzonej sypialni na krótki popołudniowy odpoczynek. Tam też przypomniałam sobie, że jeszcze nie pokazałam Wam mojego ostatniego nabytku ze sklepu ze starociami – deska do prasowania, która służy za półkę w naszej poważnie niedomeblowanej sypialni.

Comments Off

Hand-Painted

I’ve been always infatuated with Mexican hand-painted tiles. I’ve been stalking Vancouver tile retail stores for years drooling over the beauty of this material, and cursing the high price tag on them. Now, having the opportunity to get acquainted and intimate with both the nature of this region here in the Southwest, its geography, but also with the cultural influences it’s under, I’m able to discover places that offer the most authentic, unpretentious, and most of all, honest art and workmanship I never dreamed I’d have had a chance to encounter so up close and personal. There are multiple little gems of the stores here that specialize in importing unique hand-made pieces from Mexico. I’ve found these hand-painted tiles in one of them and simply could not walk away without getting a few to serve as the promise of what my Arizona kitchen will soon look like.

Zawsze bardzo podobały mi się ręcznie malowane, meksykańskie kafelki. Przez całe lata, przy każdej okazji, odwiedzałam sklepiki w Vancouver, podziwiając piękne kafle, i pzeklinając ich wysoką cenę. Obecnie, przebywając w Arizonie dość często, mam okazję poznać okolice dość dobrze i zrozumieć lepiej co kształtuje i wpływa na tutejszą kulturę. Oczywiśćie meksykańskie wpływy są bardzo znaczne. Zwiedzając przeróżne zakątki Phoenix, odkryłam cały szereg małych sklepików, gdzie można znaleźć autentyczne i bezpretensjonalne rękodzieło i sztukę. W jednym z takich sklepików, który specjalizuje się w imporcie rękodzieła z Meksyku, natknęłam się na te urocze, ręcznie malowane kafelki. Bez wahania wybrałam kilka wzorów jako zapowiedź jak już w niedługim czasie będzie wyglądać moja arizońska kuchnia.

Comments Off

Change Is Good, Right?

At least this is how the change feels – just right. The lounge chair we used for blissful afternoon respites in the warm sun back in April and May, could no longer be used for this wholesome purpose. It’s just to hot to have a siesta al fresco. Here is when change becomes Oh-So-Good. Now the chair serves as a day bed, or rather, an evening bed. Perfect to cozy up when the temps cool off a bit, when cicadas become noisy, and the cool wine is being served. The moments to sit back and thoroughly enjoy the vacations.

Zmiana jest zawsze na lepsze, nieprawdaż? Jeśli nie zawsze, to zdecydowanie w tym przypadku. Leżak, który służył nam dzielnie podczas popołudniowego relaksu w kwietniu i maju, już nie spełniał swojego zadania w upałach powyżej 40ºC i sjesta na świeżym powietrzu po prostu nie wchodziła w rachubę. Tak więc nadszedł czas na zmianę i leżak stał się siedziskiem. Idealnym do wieczornych przesiadywanek, kiedy temperatury wreszcie spadają, cykady hałasują i zimne wino jest serwowane… kiedy czas nadchodzi by po prostu odetchnąć pełną piersią i poczuć, że jest się na wakacjach.

It’s Not About Work, It’s About Insipiration

The office space I set out to create for us here is coming together. What was still just an idea a few days ago, is materializing nicely. Still plenty left to do, but at least we now have a small area where we can park our laptops and keep in touch with the loved ones. This is also my little blogging sanctuary – filled with light in the morning – exactly what I like, staring the beautiful bright world around me straight into the eyes and feeling inspired.

Nasze domowe biuro powoli się materializuje. Miło, że to co zaledwie było pomysłem kilka dni temu, dzisiaj jest już miejscem gdzie możemy podłączyć laptopy i nawiązać kontakt z bliskimi. Jest to też moja blogowa oaza – wypełniona porannym słońcem – bo najbardziej lubię, gdy wstaję rano, odważnie spojrzeć jasnemu światu w oczy i poczuć chęć do życia.

On a Mission – a New Home Office

It’s a funny feeling, you kind of know what you want your surroundings to look like, but you’re nowhere close to affording it. So you envision, imagine, believe, then shortly after, it slowly starts coming together as if it were meant to materialize whether you planned on it or not. This is beginning to happen to me. When we acquired the house on Love Road, one of bedrooms was destined to be our little home office. A. and I like to share the space, so I wanted the office style to reflect the sensibilities of the both of us. Nothing too feminine, yet not the “server-room-that-happens-to-fit-into-a-closet” type of thing that I know all too well from our home back in Canada. For one reason or another, I craved subdued colours, based in white, with plenty of smoky greys, aubergine, an odd dusty pink and some bright woody browns for the nice contrast. I started recognizing little elements around me that would nicely harmonize with the vision. One of the examples are the rocks I gathered and then brought from the White Rock beach all the way to Arizona. They just happened to have the perfect hues for the project. Then, visiting the Schnepf Farm in April, I found this amazing huge feather, again, fitting the colour scheme so nicely. The trend followed and I kept collecting – the airy cotton curtains in the earthy tone, some dishes, and from there, IT started happening and the vision grew. I must admit, I have accessories now, but hardly any furniture yet. Somehow, it worries me not.

Zabawne jest to odczucie, bo jakkolwiek jest ci wiadome jak chcesz, żeby twoje otoczenie wyglądało, to niestety nie stać cię na takowy wydatek. Więc wymyślasz, marzysz, wierzysz, i wkrótce, wizja zaczyna przybierać kształtów, jakby miała się zmaterializować czy chcesz, czy nie chcesz. Tak właśnie się dzieje w moim przypadku. Po zakupie domu na Love Road, jedna z sypialni miała być przeznaczona na domowe biuro. Jako że A. i ja lubimy spędzać czas razem, wiedziałam, że nie będzie to przestrzeń wystrojona wybitnie kobieco, ale zależało mi też na równowadze, i nie wyobrażałam sobie, że powtórzymy błędy z domu w Kanadzie, gdzie to szafa wyposażona jest w sprzęt komputerowy, który z pewnością utrzymałby małą korporację. Chciałam, żeby kolory były nieco przyciszone, z białymi ścianami zaakcentowanymi szarością, oberżyną, przydymionymi fioletami, z jasno-brązowymi elementami dla kontrastu. Ze zdziwieniem zaczęłam rozpoznawać te akcenty wokół siebie. Te kamienie zostały przywleczone przeze mnie aż do Arizony z plaży w White Rock. Przyciągnęły moją uwagę odcieniami, które idealnie wpasowały się w kolory wymyślone na biuro. Odwiedzając farmę Schnepf, znalazłam to ogromne pióro, znowu w kolorach, które mnie tak zainspirowały. Ten trend był kontynuowany przy zakupie firanek, czy porcelanowych naczyń. Po niedługim czasie, wszystko zaczęło formować pewną koherentną całość, a moja wizja nabierała kształtów. Wprawdzie na razie posiadam głównie dodatki, a bardzo niewiele mebli, ale jakoś to mnie w ogóle nie martwi.

Summer At Last

Enough of this silence! I’ll be around more now, promise. The summer is finally here, or should I say, we’re at last where the summer has always been. We’ve arrived to Phoenix again, after the grueling last day of school and work. I’m officially off work for two months. Wow, what a feeling! It’s like being ten again when summer vacations were just beginning, the wonderful promise of the whole summer ahead of me, with its endless possibilities, with the freedom to explore, and the courage to experience. It’s amazing to have these emotions again.
In the meantime, we need to get acclimated to the heat that is here in a hurry. The first day on Love Road has already been unforgettable, registering record high temperatures for Phoenix of 118F. I’m not complaining though, but merely shifting my mental and physical thresholds. Also, making some changes to the patio decor, which turned to serve a real purpose. Hanging the sheers off of the western side of the patio has not only sheltered us from the afternoon sun, but also created a nice soothing visual effect when the light fabric gently sways in the desert wind. Oh, how relaxing!
So from now on, for the next two months, it’s all about summer, but first – Happy Forth of July! – to all my American friends.

Już starczy tej ciszy! Teraz będę tutaj, na Majologii, znacznie częściej, przyrzekam. Wreszcie przyszło lato, albo raczej, my dojechaliśmy tam, gdzie lato zawsze było. Od kilku dni jesteśmy już ponownie w Arizonie. Jakoś przetrzymałam ostatni dzień w pracy i obecnie, już oficjalnie jestem na wakacjach przez następne dwa miesiące. Ach, co to za wspaniałe uczucie! Jest tak, jakbym miała znowu 10 lat, kiedy to wakacje właśnie mają się zacząć, a przede mną nieograniczone możliwości, wolność by poznawać i odwaga by doświadczać. Fantastycznie jest zaznawać tych emocji ponownie.
W międzyczasie musimy szybko się aklimatyzować bo upał jest jak rzadko gdzie. Nasz pierwszy dzień w domu na “Love Road” został naznaczony rekordowymi temperaturami w Phoenix – 49C. To nie żarty, ale też nie narzekam, tylko przystosowuję się do tego tematu zarówno mentalnie jak i fizycznie. No i czas zająć się wystrojem domu, ale warunki zewnętrzne zmusiły mnie by zacząć od patio. Zawiesiłam kilka lekkich firanek na zachodniej stronie by uchronić nas od ostrego popołudniowego słońca, nie wiedząc, że stworzy to miły wizualny efekt zasłonek delikatnie kołyszących się na pustynnym wietrze. Jak miło!
No więc cóż, lato już w pełni to i tutaj będzie dużo o lecie przez następne dwa miesiące, mam nadzieję, że nie macie nic przeciwko temu. Do jutra!

Loving the Road

Oh yes, I’m loving the road I’m on. We’re leaving the Love Rd. and coming home now. The nest is becoming more nesty with each day. I know, I’ll love to return.
To Happy Returns!

Tak, uwielbiam być tutaj na Love Road. Niestety, czas wracać. Szkoda, bo dom staje się coraz bardziej swojski. Na szczęście zawitamy ponownie niebawem. No to do szybkiego powrotu!

Happy Weekend!

Well, I hope you’re more than ready for one lovely weekend. I’ll be sending you off for the two days of fun and enjoyment with this impromptu bouquet of desert wild flowers picked up in the wash in front of the house. I have no clue what these flowers are. If you do, drop me a line, all right?

Mam nadzieję, że już wszyscy są gotowi na wiosenno-letni weekend. Te polne pustynne kwiatki niech będą zachętą do dwóch dni spędzonych w radości i beztrosce. Zerwałam je przed domem, ale pojęcia najmniejszego nie mam jak się one nazywają. Jeśli wiecie, to dajcie mi znać. Miłego weekendu!