Archive for the ·Love Road· Category...

In the Heat of the Day

We’ve arrived to Arizona just in time to experience anew the record-high temperatures. Once more we have to learn to breathe in without frying our lungs, move with measured efficiency, so not to exert ourselves before our short vacation here is over, and wake up at a crack of dawn, so we can do the desperately needed yard work before the heat of the day sets in. Though all of this sounds exhausting, we love this extreme climate and we immerse ourselves in a myriad of projects. A. is working on revamping the irrigation system, so he can control it remotely from Canada. All this in the hope that we’ll be able to prevent another bout of garden water deprivation, like we do every summer. I have my own list of to-do’s – some redecorating, some cleaning, nursing my bougainvilleas and lavenders, but most importantly, resuming the work on the garden mosaics I’ve started back in spring. More on this soon!
20110226_GosiaMaj-SigWithDaisy

20130704_InTheHeatOfTheDay

Dojechaliśmy do Arizony akurat w momencie gdy na nowo padały rekordy temperatur (48.5C). Ponownie musieliśmy przyuczyć się jak oddychać by nie spalić sobie płuc gorącym powietrzem, jak poruszać się z na tyle efektywnie, by nie wypalić całej swojej energii przed końcem dnia, no i jak to zrobić, żeby zwlec się z łóżka przed świtem, by móc popracować przez kilka godzin w ogrodzie zanim zrobi się zbyt gorąco. Wszystko to brzmi bardzo wyczerpująco, ale i tak cieszymy się możliwością spędzenia czasu w tym ekstremalnym klimacie, a na dowód tego oddajemy się licznym projektom, które często wymagają siły i odwagi by stawić czoła tym temperaturom. A. przeorganizowuje system irygacyjny z celem możliwości sterowania nim zdalnie z Kanady. Mam nadzieję, że zapobiegnie to ponownemu wyniszczeniu ogrodu brakiem wody, jak to z sukcesem robimy każdego lata. Ja mam swoją własną listę zadań – trochę dekorowania, trochę sprzątania, dopieszczanie bugenwilli i lawend, a najważniejsze wykończenie ogrodowych mozajek, które zaczęłam wyklejać jeszcze wiosną, ale o tym trochę później.
20110226_GosiaMaj-SigWithDaisy

After Christmas Retreat

It may look like we never experienced Christmas this year. You have to believe me when I say we did. Once more we traveled to Arizona where we hustled to get everything ready for Christmas for Filip, Sara, and the friends they brought along from San Francisco. I tend to prove scientifically (in the nearest future) that days in Phoenix are shorter hour-wise than anywhere else in the world. Suffice to say that I thought we’d never get ready for the big Christmas Eve dinner, but of course we did, and it all happened in the true old Polish Christmas fashion that occasionally brought an impromptu tear to my eye, because the kids were so gracious to indulge us in the old customs that all I had to do is to appreciate the fleeting moment and be thankful for the well-grounded kids that we have. Sara got hit hard with the cat allergy, but she braved along though I know it took a lot of effort on her part. Soon after Christmas the kids went on their planned trip and we welcomed friends from Seattle into our humble abode that allowed the festivities to continue. When we bid them farewell, it was time for the New Year’s celebration that once more kept us busy and engaged. So now you know I hardly had the time or the presence of mind to write anything sensible here. On the other hand, I know, you were equally busy and I didn’t expect you to be checking Majology for updates at those busy times. You knew I would eventually report back here, connecting with you once more. I hope the New Year is as welcoming as you wanted it to be. It’s bright, sunny, and very hopeful here in Arizona and I didn’t waste any time lingering with Christmas decorations. I packed them all today in a hurry, believing that as nice as they were (are), they somehow interfere with the sunniness of the desert climate and as I intend to take a true advantage of the Arizona sun in the few days that we have left here, I put them all away without any regrets and I officially retreated into my vacation mode. Hope you’ll join me here for the sunny updates.

Wyglądać może na to, że nigdy nie doświadczyliśmy Świąt w tym roku. Uwierzcie mi jak mówię, że Święta były. Ponownie wyruszyliśmy w podróż do Arizony, gdzie to w pośpiechu przygotowaliśmy się do Wigilii wyczekując Filipa, Sary i ich przyjaciół, których przywiedli z San Francisco. W pośpiechu, ale systematycznie przygotowywaliśmy Święta w prawdziwie polskim stylu. Jak zwykle, mimo paniki, wszystko udało się przednio, a ja tylko po ukradku ocierałam łezkę tu i tam, bo wdzięczna byłam bez granic za to, że dzieci, mimo że wychowane na obcej ziemi, z taką gracją i szacunkiem odnoszą się do naszych staromodnych polskich tradycji i już dzisiaj uważają je za swoje i dzielą się ich znaczeniem z każdą przyjazną duszą, bez względu na rasę, religię, czy też inną nieistotną przynależność. Zmorą jedyną była alergia na koty, która dopadła Sarę, która choć cierpiała , to i tak robiła dobrą minę do złej gry. Dzieci wyruszyły w dalszą podróż zaraz po Świętach, a my powitaliśmy znajomych z Seattle, co pozwoliło by celebracje były kontynuowane. Kiegy to ich pożegnaliśmy, nadszedł już Sylwester, i ponownie ulegliśmy zabawom i swawolom. Tak też upłynęły dwa grudniowe tygodnie i nie ma się co dziwić, że nie dotarłam na Majologię na czas, bo było to fizycznie niemożliwe. Z tej samej przyczyny, przypuszczam, i Wy nie mieliście czasu na zaglądanie tutaj, więc wszystko jest nadal w najlepszym porządku, bo przecież wiecie, że w którymś momencie trafię tutaj z powrotem i z aktualnym raportem. Mam nadzieję, że Nowy Rok powitał Was uroczyście i tak jak sobie tego wymarzyliście. Tutaj jest cudnie słonecznie, jasno, i upojnie optymistycznie, więc nie tracąc ani chwili, szybko zwinęłam wszystkie świąteczne dekoracje, bo jakoś tak czuję, że ingerowały one w ten wakacyjny nastrój jaki mam nadzieję będzie tutaj panował przez następnych kilka dni naszego pobytu. Mam nadzieję widzieć Was tutaj ponownie bo wrócę czym prędzej z kolejnym słonecznym raportem.

Feeling Peachy

The vacation mood has finally arrived here on Love Road. The garden work is more or less done and I relax at last watching humming birds, quails, and road runners alike enter my garden stage. One cannot spend too much time outside these days. The extreme heat warning is still in effect, but I steal a few moments in the shade of the tree and repose. The succulent white peaches keep me company and I don’t complain. My days are quite uneventful and simple here. I get up with the sunrise, go into the garden to see that the last few details are done, and then take a bike to a nearby store to get the essentials for the day. When I come back it’s starting to get really hot, and this is usually the last moment I can catch relaxing outside. Afterwards, it’s time to enter the house and do some work inside. I’m currently painting a side table and sewing a chair slip cover. As deprived of excitement as these days might seem to many of you, I feel quite content here, appreciating the meditative state I’ve entered.

Wreszcie na Love Road nastał prawdziwy wakacyjny nastrój. Praca w ogrodzie już prawie zakończona, więc czas na odrobinę relaksu i podglądanie lokalnej przyrody. Siedzę w ogrodzie i podpatruję jak kolibry, kuropatwy i kukawki, “czyli strusie pędziwiatry” wkraczają do ogrodu i ogałacają karmik w oka mgnieniu. Niestety, nie da się wysiedzieć na zewnątrz za długo, bo ekstremalne upały trwają nadal, ale wykradam z tego upalnego dnia kilka cennych chwil w cieniu drzewa i wypoczywam. Soczyste brzoskwinie dotrzymują mi towarzystwa, więc nie narzekam. Dni mijają tutaj bez większych atrakcji. Wstaję o wschodzie słońca i idę do ogrodu, żeby zakończyć te ostatnie prace, które tam jeszcze na mnie czekają. Następne zadanie to jazda rowerem do pobliskiego sklepu po zakupy. Gdy wracam, robi się już naprawdę gorąco, więc jest to ostatni moment, żeby usiąść w ogrodzie i odpocząć. Potem już poświęcam się zadaniom domowym. Aktualnie maluję stolik, instaluję półki i trochę szyję. Choć nuda aż zionie z takich cichych i spokojnych dni, to wierzcie mi, czuję się z nią nadzwyczaj dobrze, doceniając ciszę która mnie otacza jak medytacja.

Garden Loot

How many times can I be excusing myself? I guess, not many more now. I’m still insanely busy in the garden, taking into consideration that the forecast promises “extreme heat” starting tomorrow throughout all next week, I want this garden clean by tomorrow, so I can sit inside a cool home and admire the blooms through the patio door, laughing at the heat. I know, doesn’t sound much like fun, right. Even the nights don’t bring much reprieve here, as the temperature registers 90ºF at the lowest point. Crazy!… Told you!
I’ve trimmed all the oleander bushes today, receiving in return for my hard work these gorgeous oleander flowers with which, I wish to send you off to a lovely weekend that you deserve so much. See you tomorrow!

I znowu czas na wymówki, bo dni uciekają mi tutaj jak z bicza trzasnął. Niech Wasza cierpliwość do mnie jeszcze trwa, bo pracuję ciężko w ogrodzie bez wytchnienia, a muszę skończyć czym prędzej bo zapowiadają “ekstremalne temperatury” na cały przyszły tydzień, począwszy od jutra. Pragnę już bardzo zasiąść sobie wygodnie w chłodnym domu i podziwiać ogród przez drzwi ogrodowe, nic sobie z upału nie robiąc. Nawet noc nie daje mi tu ulgi, bo najniższe notowane temperatury nocne to ciągle jeszcze 32ºC. Szaleństwo, nieprawdaż?
Tymczasem dzisiaj przycięłam oleandry przed domem, które to w zamian obdarowały mnie ogromną ilością oleandrowych kwiatów. Szybko uwiłam je w prosty bukiecik i jego właśnie ślę Wam wszystkim, życząc Wam wspaniałego, ciepłego, letniego weekendu, pełnego dobrego wypoczynku i swobody. Do jutra!

Water When Dry

I arrived to Phoenix a week ago and have been devoting myself to an extreme sport – summer gardening in Arizona. Before leaving for Phoenix, I casually chatted with my friend M., whom you know already from my mentions here, to be a very talented gardener, and we summed up our gardening conversation with the wisdom that the best way to treat a garden was to water it when dry. Well, guess what, this golden rule doesn’t apply to gardens in Arizona. It’s supremely hot here and I’m pushing to adjust to the heat in a record time as I’m only staying for three weeks, but have a three-and-a-half-months worth of garden work in front of me. I’m comfortably sitting in front of the laptop at present, typing away this post, while the 105ºF / 40.5ºC is raging outside. The garden is scorched, but amazingly surviving this heat, the fact that will never stop to amaze me. The neglect has been great, so I’m trimming, shearing, pruning, raking my heart away, wiping the sweat off and drinking galons of water. This is precisely why I haven’t been around recently. I’ve been a tad uninspired to take the pictures of recent, I guess the heat will do that to you, but I feel the change coming on and I have a few posts brewing in my head. One will deal with my recent stint at ice-cream making, as ice-cream seems to be the only viable food to consider for eating in the intense heat that’s here. But let me start with some strawberries first. They’ll reappear in a cone soon enough, for the time being though, they nicely mimic the cute scene in the picture hanging in the dining room on Love Road.

Jestem już w Phoenix od tygodnia i przez ten czas uczestniczyłam w ekstremalnym sporcie – praca w ogrodzie, latem, w Arizonie. Zanim dotarłam tutaj, rozmawiałam z M., którą znacie z wcześniejszych wzmianek, jako niezwykle utalentowaną ogrodniczkę, kiedy to zgodziłyśmy się, że ogród należy podlewać jak jest suchy, i obie pokiwałyśmy głową z uznaniem dla własnej mądrości. Pierwsze spojrzenie na nasz ogród w Arizonie, natychmiast obalił tę genialną teorię, bo tutaj ogród jest mokry tylko w chwili podlewania, i suchy chwilę póżniej. Jest tak gorąco, że przymuszam się do aklimatyzacji w rekordowym tempie, bo czasu mam zaledwie trzy tygodnie, a pracy w ogrodzie na trzy miesiące. Gdy piszę ten post, wygodnie siedząc w klimatyzowanym domu, na dworze szaleje 40.5ºC. Ogród jest wypłowiały od słońca, ale nadal żyje i kwitnie, i ten fakt nigdy nie przestanie mnie zadziwiać. Niestety, jest też zaniedbany, to też czas mija mi na przycinaniu, grabieniu, czyszczeniu, a w przerwach ocieram pot z twarzy i piję hektolitry wody. Poza pracą w ogrodzie, to przyznaję, że nie czułam wielkiej inspiracji, za co obwiniam ten upał, ale też czuję, że nastąpi w tej kwestii zmiana, bo już chodzą mi po głowie następne posty. Wkrótce napiszę o robieniu lodów, bo jak tu o lodach nie pisać, skoro okazują się być jedynym wartym w tym upale rozpatrzenia pożywieniem. Dzisiaj zdjęcie tych truskawek, które już zaraz staną się truskawkowymi lodami, ale tymczasem ładnie podrabiają scenkę z obrazka zawieszonego w jadalni na Love Road.

Happy on His Birthday

The sweet doing-nothingness has enveloped us on this blessed Sunday afternoon in warm and sunny Arizona. As it’s A.’s birthday today we welcome the leisure, we cherish the gorgeous weather, and we wait for the cozy birthday night in with the dinner that’s in the making. Happy Birthday, Baby!

Słodkie bezrobocie opanowało nas w to boskie niedzielne popołudnie w słonecznej Arizonie. Jako, że dzisiaj są urodziny A., z uwielbieniem oddajemy się relaksowi, ciesząc się tą niezwykłą dla nas, letnią pogodą, w oczekiwaniu na przytulny wieczór urodzinowy w domu z kolacją w ogrodzie przy świecach.
Życzę Ci, Kochanie, wspaniałego dnia!

Comments Off

Spring or Summer?

Happy to report that the lavender is growing like crazy in my Arizonian garden. Yes, we’re in Arizona again, and I couldn’t be happier about it. I was jobless this past week, due to the teachers’ strike in British Columbia, so instead of waiting for the labour dispute to resolve two days before the spring break, we took off sooner than planned and I think it was a smart move, because all my senses tell me, it’s the right time to be here. Actually, I feel as if I’ve entered the paradise. The lavenders bloom as if it were July in regular season, the temperatures are overwhelmingly agreeable, and the life is easy again. I know, I’ve been away a lot recently, but I plan to amend this faux pas of mine and I’ll report dutifully and daily from now on. Hope you’ll all tune in as I try to sort this basic conundrum out. Is it spring, or is it summer?

Z radością donoszę, że lawendy kwitną jak opętane w naszym arizońskim ogrodzie. Otóż ponownie zawitaliśmy w Arizonie i nic chyba nie może uczynić mnie bardziej szczęśliwą. Cały ten ostatni tydzień byłam bez pracy, z powodu strajku nauczycieli w Kolumbii Brytyjskiej. Więc, zamiast wyczekiwać aż ta nierozwiązywalna debata zostanie rozwikłana na dwa dni przed feriami wiosennymi, postanowiliśmy ruszyć w drogę wcześniej, co okazuje się być mądrym rozwiązaniem, bo wszystko podpowiada mi, że jest to idealny moment na spędzenie kilku wiosennych tygodni (albo letnich, jak kto lubi) własnie tutaj. Nie wątpię, że instynkty podpowiadają mi słusznie, bo mam poczucie, że jesteśmy w raju. Lawendy kwitną jakby to był lipiec, temperatury są nadzwyczaj przyjazne, no i życie jest znowu takie łatwe. Zdaję sobie sprawę, że ponownie zalegałam z obecnością na Majologii, ale śmiem twierdzić, że wszystko to skutecznie naprawię, składając dzienne raporty z pobytu w Arizonie. Mam nadzieję, że dacie się namówić na wizytę, gdy to ja spróbuje rozwiązać pewien dylemat. Czy to jest wiosna, czy to już lato? Obawiam się, że odpowiedź nie jest taka znowu jednoznaczna.

Comments Off

Out of the Barn and into the Kitchen

The kitchen hutch I mentioned earlier came to me quite by chance. I was picking up this table at the nearby horse ranch and the owner sheepishly asked if I wouldn’t consider the hutch she had sitting in the barn. I had and this is how it ended up in my kitchen in its dark wood stained glory. I wanted to re-finish it, but it needed to be painted light and bright because it was bringing the whole kitchen down with its brooding dark wood moodiness. I procrastinated for two entire weeks before I dared to disassemble and to start working on it. It took a lot of sanding and even more painting, 5 coats in total, but it’s finally done. It’s still a little scarce on dishes and smart displays for the glassed cabinet section, but I know it will get there eventually. For the time being, it’s a nice addition to our dining room area.

Ten kuchenny kredens, o którym napomykałam wcześniej, trafił do mnie całkiem przypadkiem. Gdy odbierałam ten oto stół z pobliskiego rancza, właścicielka nieśmiało zasugerowała, żebym również zabrała kredens stojący w stajni. Tak też zrobiłam i kredens stanął w jadalni, taki ciemny, drewniany i nie pasujący do niczego. Należało go odświeżyć i czym prędzej przemalować na jakiś jasny kolor. W stanie w jakim był tylko przygnębiał swoją drewnianą osobowością. Musiały minąć jednak długie tygodnie, zanim odważyłam się go rozebrać na części, a następnie długo szlifować, a potem jeszcze dłużej malować, aż wreszcie wszystkie pięć warstw farby zgodnie leżały jedna na drugiej, i nadszedł ten długo wyczekiwany moment, kiedy to projekt został doprowadzony do końca. Nadal jeszcze brakuje w nim naczyń i wystaw za szybami – na to z pewnością przyjdzie czas. Tymczasem, stoi on sobie w rogu jadalni i cieszy oko.