Archive for the ·leisure· Category...

Play Outside

Go and play outside a little. It’s this delirious time of the year when the green can’t get any greener, the scent of flowers gets to your head and makes you feel oh-so-daring, and the birds sing the sweetest of their love songs. Just go outside, play a little, and watch your soul partake in the dance in unison with the butterflies.

Spędź trochę czasu na zewnątrz. Trwa przecież ten najbardziej oszałamiający okres w roku, kiedy zieleń nie może już być bardziej zielona, kwiaty oblepione płatkami omamiają zapachem i grożą pełnym zatraceniem, a ptaki śpiewają najbardziej miłosne piosenki w repertuaże. Wyjdź na dwór i pobaw się trochę, i zobacz jak dusza przyłączy Ci się do tańczących wokół motyli.

Comments Off

Through the Bedroom Window

It was such a lovely Mother’s Day. The idea to celebrate the day picnicking in the park came to me at the eleventh hour. I knew I wanted to take advantage of the fabulous spring weather and not to sit around the table longingly gazing outside. It really worked and everyone expressed similar sentiments, appreciating the downtime with nature, with great company of the close family, with blankets, pillows, freshly baked baguettes, salade Niçoise, and some white wine. I think, all of us had a great time, save the sniffles both of us, S. and I got when the evening settled, but we blamed it on the overzealous plants sending pollen with vengeance after so many days without sunshine. Unfortunately, these were not pollen related sniffles. It’s another miserable cold that got hold of me. The irony is, as I recuperate and recover, getting the bed rest I urgently need, I do longingly gaze outside, through the bedroom window and watch the playful shadows frolicking in the sun without my presence there. Darn.

To był uroczy Dzień Matki. Pomysł, żeby uczcić go na pikniku w parku przyszedł mi na myśl w ostatniej chwili. Tak bardzo chciałam wykorzystać tę wiosenną pogodę, która się u nas wreszcie zadomowiła, a nie z utęsknieniem zerkać za okno, gdy to będziemy uwięzieni w domu, że rzuciłam hasło i wszyscy jednogłośnie przystali. Cieszyliśmy się jak dzieci swoim własnym towarzystwem, beztroskim czasem spędzanym w naturze, z kocem, poduszkami, świeżo upieczonymi bagietkami, salade Niçoise, i białym winem. Myślę, że wszyscy bawili się dobrze, humory dopisywały, no może z wyjątkiem gdy S. i ja zaczęłyśmy kichać i smarkać już dobrze pod wieczór. Nie przejmowałyśmy się tym faktem zbytnio, sądząc, że dają nam w kość kwiatowe pyłki, uwolnione wreszcie w powietrze, po długiej deszczowej wiośnie. Niestety, następnego dnia okazało się, że to nie pyłki, tylko pospolite przeziębienie, które mną ponownie zawładnęło. Ironią losu jest to, że nic innego nie pozostaje mi do zrobienia, jak przymusić się do przeleżenia kilku dni w łóżku, z utęsknieniem zerkając za okno, przyglądając się z zazdrością tym wiosennym swawolom, które dzieją się tam bez mojego udziału.

Hiking in Sedona

We left for a short camping trip to Sedona. I was going somewhat reluctantly, not envisioning I could be spending time more pleasantly there than I could on Love Road, but I was wrong. Sedona is such a stunning place. As we drove through some mountainous, but mainly green landscape filled with pines and juniper trees, as well as through the impressive greenery of the Verde Valley, we were greatly surprised to be unexpectedly greeted by this luminous red-hued terrain, with unpredictable formations made of the intensely red sandstone. The weather was so agreeable too, a liveable 84ºF, as opposed to the oppressive 108ºF in Phoenix. Hiking the Cathedral Rock was the ultimate reward as the hike kept bringing us higher and higher, revealing amazing views from the top. The town of Sedona is perhaps a tad to commercialized for my liking, but it’s to be expected with everybody going there for hundreds of hiking trails. Thankfully, we’ve left the retail world behind and ventured farther north, towards Flagstaff, where we nestled in a small campground, and stayed there for the night in the shadows and the fragrance of the panderosa pines. Oh, that smell!

Wyruszyliśmy na krótką wycieczkę kampingową do Sedony. Jechałam raczej niechętnie, nie wyobrażając sobie, że mogę tam spędzić czas przyjemniej niż na Love Road, ale się myliłam. Sedona jest niezwykłym miejscem. W drodze do Sedony, otaczał nas górski, ale głównie zielony krajobraz pełen sosen i jałowca, oraz nadzwyczajna zieleń, jak na Arizonę, w Verde Valley. Tym bardziej więc zaskoczył nas intensywnie czerwono zabarwiony teren, naznaczony ogromnymi formacjami z czerwonego piaskowca, gdy wjechaliśmy do miasteczka. Pogoda też nam sprzyjała, bo 29ºC było o wiele bardziej przyjazne, niż opresyjne 42ºC, które pozostawiliśmy za sobą w Phoenix. Wycieczka w góry, trasą do Cathedral Rock okazała się być ostateczną nagrodą, bo wspinając się na coraz to wyższe skałki, odsłaniał się przed nami niemożliwy do opisania widok. Samo miasteczko było nieco zbyt skomercjalizowane jak na mój gust, ale trudno się temu dziwić skoro tysiące ludzi spędza tutaj wakacje korzystając z niezliczonej ilości górskich szlaków do przejścia. Nam jednak było dane przenieść się nieco dalej na północ, w pobliże Flagstaff, gdzie znaleźliśmy cichy kamping wśród oszałamiająco pachnących sosen panderosa. Ach, ten zapach!

Change Is Good, Right?

At least this is how the change feels – just right. The lounge chair we used for blissful afternoon respites in the warm sun back in April and May, could no longer be used for this wholesome purpose. It’s just to hot to have a siesta al fresco. Here is when change becomes Oh-So-Good. Now the chair serves as a day bed, or rather, an evening bed. Perfect to cozy up when the temps cool off a bit, when cicadas become noisy, and the cool wine is being served. The moments to sit back and thoroughly enjoy the vacations.

Zmiana jest zawsze na lepsze, nieprawdaż? Jeśli nie zawsze, to zdecydowanie w tym przypadku. Leżak, który służył nam dzielnie podczas popołudniowego relaksu w kwietniu i maju, już nie spełniał swojego zadania w upałach powyżej 40ºC i sjesta na świeżym powietrzu po prostu nie wchodziła w rachubę. Tak więc nadszedł czas na zmianę i leżak stał się siedziskiem. Idealnym do wieczornych przesiadywanek, kiedy temperatury wreszcie spadają, cykady hałasują i zimne wino jest serwowane… kiedy czas nadchodzi by po prostu odetchnąć pełną piersią i poczuć, że jest się na wakacjach.

Minter Gardens

Here is another spring testimonial. But don’t hold it against me.  It’s spring.  It’s the weekend.  The weather was like in summer.  We needed a break.  Thus, we went to these gardens to admire the spring in its full, adorning beauty. What did you do on the weekend?

Oto kolejna oda do wiosny, ale nie miej mi tego za złe. Jest wiosna; week-end; pogoda jak latem; potrzebowaliśmy przerwy. Więc pojechaliśmy do ogrodów Minter by podziwiać wiosnę w całej jej ozdobie. Co Wy robiliście w week-end?

Thrifting

I admit, I love old, vintage, weathered, worn out, broken into, with character items.  So when my girlfriends, when joining me for my birthday celebration, divulged the secrets related to the spring cleanup in a certain Vancouver neighbourhood, and further elaborated how the stuff comes in for free, I signed up for the Sunday of thrifty fun.  We had a wonderful time. I brought home just a few items, an old suitcase, an adorable chair, a frame,  and a thing for drying flowers, herbs, or candles – your crafty choice.  Here is the suitcase.  It dates, I’m guessing, around 1950′s, has a sole travel sticker from Nassau, Bahamas, and it perfectly compliments colors in our living room.

Przyznaję się, uwielbiam przedmioty stare, naznaczone wiekiem, sponiewierane, zużyte, z charakterem. Gdy w czasie moich urodzinowych celebracji, moje koleżanki wyjawiły tajemnice wiosennych porządków mających miejsce w pewnej vancouverskiej dzielnicy, i gdy dowiedziałam się, że rzeczy, które są śmieciem dla jednej osoby, a które stają się skarbem dla drugiej, przychodzą bezpłatnie, bez wahania postanowiłam dołączyć do koleżanek w to niedzielne przedpołudnie. Wspaniale spędziłyśmy czas. Przywlokłam do domu tylko kilka skromnych przedmiotów: starą walizkę, interesujące krzesło, ramę do obrazu i wieszak do suszenia ziół, kwiatów lub świeczek – w zależności od tego co jest Twoim hobby. Oto ta stara walizka. Datuje się myślę około lat 50-tych. Ma jedną, jedyną nalepke podróżniczą z Nassau, Bahamas i doskonale pasuje kolorystycznie do wystroju naszego domu.

Comments Off

Snapshots from My Hometown

It’s my birthday today, but this is not what I’ll be talking about. Instead, the trend to mull over memories  continues, and my nostalgia is not exactly subsiding. I reminisce, today, of the town I was born in, 50 years ago, lived in for 23, and love coming back to every year – Głogów, Poland.

Dzisiaj są moje urodziny, ale nie o tym chcę pisać. Natomiast, trend wspominania ubiegłorocznych wakacji nadal trwa i moja nostalgia nie koniecznia ustępuje. Dzisiaj rozmyślam o Głogowie, mieście, w którym się urodziłam 50 lat temu, w którym mieszkałam przez 23, i do którego tak chętnie wracam rok po roku.

Nostalgia

Today, I was thinking of my visit to Poland I took last year.  I don’t exactly know what brought it on, maybe it’s my birthday one day away, or the fact that A. talks more and more about our vacations in Europe this year.  For whatever reason, I remembered that last trip I made, with F.  A. could not make it and as much as I enjoyed being back home, I really missed sharing the great moments of the trip with my soul mate.  I’m rejoicing at the fact that we’ll travel together again.
On one of the early days of our trip, we were staying at the cottage in the country and visiting a nearby town.  F. enjoyed his time with Grandma at a café, while I took a walk and ventured into what once was an aristocratic residence, turned a sad orphanage after the WWII, and now the property, just maintained not to disintegrate into ruins.  The residence has a small area where the keeper lives, hence the beautiful geraniums, but apart from its empty, huge, neglected rooms, beautiful ornate crown moulding, antiqued walls, and an odd piano, there is nothing there.  Very nostalgic.

Dzisiaj przypomniałam sobie moją zeszłoroczną podróż do Polski. Nie bardzo wiem co przywołało te wspomnienia, czy to moje zbliżające się urodziny, czy też może fakt, że A. coraz częściej rozprawia o naszych tegorocznych wakacjach w Europie. Jakikolwiek by nie był powód do tych wspomnień, rozmyślałam o tej podóży, którą odbyliśmy z F. A., niestety, nie mógł się do nas przyłączyć ze względów zawodowych. Bardzo nam było dobrze być znowu w domu, a mimo to brakowało mi obecności A. i cieszę się na myśl, że w tym roku ponownie bedziemy podróżować razem.
Jednego z pierwszych naszych dni w Polsce, kiedy to większość czasu spędzaliśmy na wsi, wybraliśmy się do pobliskiego miasteczka, i podczas gdy F. cieszył się czasem spędzonym z Babcią w kafejce, ja wyruszyłam na zwiedzanie. Stałam się nieproszonym gościem w rezydencji, otoczonej wysokim ceglanym murem, która kiedyś należała do kogoś ważnego, po wojnie przeznaczona została na sierociniec, a dzisiaj stoi pusta, jeszcze nie całkiem w ruinach, tylko dzięki minimalnej opiece. Na miejscu mieszka młoda rodzina, która pilnuje obiektu, stąd te pelargonie, ale poza wielkimi, pustymi pokojami, piękną sztukateria, postarzałymi ścianami, i nieoczekiwanym fortepianem, nie ma tam nic. Nostalgiczne miejsce, naprawdę.

Comments Off