Archive for the ·interiors· Category...

Hand-Painted

I’ve been always infatuated with Mexican hand-painted tiles. I’ve been stalking Vancouver tile retail stores for years drooling over the beauty of this material, and cursing the high price tag on them. Now, having the opportunity to get acquainted and intimate with both the nature of this region here in the Southwest, its geography, but also with the cultural influences it’s under, I’m able to discover places that offer the most authentic, unpretentious, and most of all, honest art and workmanship I never dreamed I’d have had a chance to encounter so up close and personal. There are multiple little gems of the stores here that specialize in importing unique hand-made pieces from Mexico. I’ve found these hand-painted tiles in one of them and simply could not walk away without getting a few to serve as the promise of what my Arizona kitchen will soon look like.

Zawsze bardzo podobały mi się ręcznie malowane, meksykańskie kafelki. Przez całe lata, przy każdej okazji, odwiedzałam sklepiki w Vancouver, podziwiając piękne kafle, i pzeklinając ich wysoką cenę. Obecnie, przebywając w Arizonie dość często, mam okazję poznać okolice dość dobrze i zrozumieć lepiej co kształtuje i wpływa na tutejszą kulturę. Oczywiśćie meksykańskie wpływy są bardzo znaczne. Zwiedzając przeróżne zakątki Phoenix, odkryłam cały szereg małych sklepików, gdzie można znaleźć autentyczne i bezpretensjonalne rękodzieło i sztukę. W jednym z takich sklepików, który specjalizuje się w imporcie rękodzieła z Meksyku, natknęłam się na te urocze, ręcznie malowane kafelki. Bez wahania wybrałam kilka wzorów jako zapowiedź jak już w niedługim czasie będzie wyglądać moja arizońska kuchnia.

Change Is Good, Right?

At least this is how the change feels – just right. The lounge chair we used for blissful afternoon respites in the warm sun back in April and May, could no longer be used for this wholesome purpose. It’s just to hot to have a siesta al fresco. Here is when change becomes Oh-So-Good. Now the chair serves as a day bed, or rather, an evening bed. Perfect to cozy up when the temps cool off a bit, when cicadas become noisy, and the cool wine is being served. The moments to sit back and thoroughly enjoy the vacations.

Zmiana jest zawsze na lepsze, nieprawdaż? Jeśli nie zawsze, to zdecydowanie w tym przypadku. Leżak, który służył nam dzielnie podczas popołudniowego relaksu w kwietniu i maju, już nie spełniał swojego zadania w upałach powyżej 40ºC i sjesta na świeżym powietrzu po prostu nie wchodziła w rachubę. Tak więc nadszedł czas na zmianę i leżak stał się siedziskiem. Idealnym do wieczornych przesiadywanek, kiedy temperatury wreszcie spadają, cykady hałasują i zimne wino jest serwowane… kiedy czas nadchodzi by po prostu odetchnąć pełną piersią i poczuć, że jest się na wakacjach.

It’s Not About Work, It’s About Insipiration

The office space I set out to create for us here is coming together. What was still just an idea a few days ago, is materializing nicely. Still plenty left to do, but at least we now have a small area where we can park our laptops and keep in touch with the loved ones. This is also my little blogging sanctuary – filled with light in the morning – exactly what I like, staring the beautiful bright world around me straight into the eyes and feeling inspired.

Nasze domowe biuro powoli się materializuje. Miło, że to co zaledwie było pomysłem kilka dni temu, dzisiaj jest już miejscem gdzie możemy podłączyć laptopy i nawiązać kontakt z bliskimi. Jest to też moja blogowa oaza – wypełniona porannym słońcem – bo najbardziej lubię, gdy wstaję rano, odważnie spojrzeć jasnemu światu w oczy i poczuć chęć do życia.

On a Mission – a New Home Office

It’s a funny feeling, you kind of know what you want your surroundings to look like, but you’re nowhere close to affording it. So you envision, imagine, believe, then shortly after, it slowly starts coming together as if it were meant to materialize whether you planned on it or not. This is beginning to happen to me. When we acquired the house on Love Road, one of bedrooms was destined to be our little home office. A. and I like to share the space, so I wanted the office style to reflect the sensibilities of the both of us. Nothing too feminine, yet not the “server-room-that-happens-to-fit-into-a-closet” type of thing that I know all too well from our home back in Canada. For one reason or another, I craved subdued colours, based in white, with plenty of smoky greys, aubergine, an odd dusty pink and some bright woody browns for the nice contrast. I started recognizing little elements around me that would nicely harmonize with the vision. One of the examples are the rocks I gathered and then brought from the White Rock beach all the way to Arizona. They just happened to have the perfect hues for the project. Then, visiting the Schnepf Farm in April, I found this amazing huge feather, again, fitting the colour scheme so nicely. The trend followed and I kept collecting – the airy cotton curtains in the earthy tone, some dishes, and from there, IT started happening and the vision grew. I must admit, I have accessories now, but hardly any furniture yet. Somehow, it worries me not.

Zabawne jest to odczucie, bo jakkolwiek jest ci wiadome jak chcesz, żeby twoje otoczenie wyglądało, to niestety nie stać cię na takowy wydatek. Więc wymyślasz, marzysz, wierzysz, i wkrótce, wizja zaczyna przybierać kształtów, jakby miała się zmaterializować czy chcesz, czy nie chcesz. Tak właśnie się dzieje w moim przypadku. Po zakupie domu na Love Road, jedna z sypialni miała być przeznaczona na domowe biuro. Jako że A. i ja lubimy spędzać czas razem, wiedziałam, że nie będzie to przestrzeń wystrojona wybitnie kobieco, ale zależało mi też na równowadze, i nie wyobrażałam sobie, że powtórzymy błędy z domu w Kanadzie, gdzie to szafa wyposażona jest w sprzęt komputerowy, który z pewnością utrzymałby małą korporację. Chciałam, żeby kolory były nieco przyciszone, z białymi ścianami zaakcentowanymi szarością, oberżyną, przydymionymi fioletami, z jasno-brązowymi elementami dla kontrastu. Ze zdziwieniem zaczęłam rozpoznawać te akcenty wokół siebie. Te kamienie zostały przywleczone przeze mnie aż do Arizony z plaży w White Rock. Przyciągnęły moją uwagę odcieniami, które idealnie wpasowały się w kolory wymyślone na biuro. Odwiedzając farmę Schnepf, znalazłam to ogromne pióro, znowu w kolorach, które mnie tak zainspirowały. Ten trend był kontynuowany przy zakupie firanek, czy porcelanowych naczyń. Po niedługim czasie, wszystko zaczęło formować pewną koherentną całość, a moja wizja nabierała kształtów. Wprawdzie na razie posiadam głównie dodatki, a bardzo niewiele mebli, ale jakoś to mnie w ogóle nie martwi.

Loving the Road

Oh yes, I’m loving the road I’m on. We’re leaving the Love Rd. and coming home now. The nest is becoming more nesty with each day. I know, I’ll love to return.
To Happy Returns!

Tak, uwielbiam być tutaj na Love Road. Niestety, czas wracać. Szkoda, bo dom staje się coraz bardziej swojski. Na szczęście zawitamy ponownie niebawem. No to do szybkiego powrotu!

My Love for Anything “Atlanta Bartlett”

I’m aware how “heavy” and decisive this statement sounds, but believe me, if you were looking, at this very moment, at Atlanta Bartlett’s latest book “Pale & Interesting”, you’d be coming to the same conclusion. Well, at least, if your preferred decorating style happened to be what I boundlessly adore – vintage and thrift store finds incorporated into clean, light, and airy spaces that are delightfully sparse, but are rich with textures, colours and the beauty of the old, well-weathered, and well-made pieces of furniture and accessories. Give me some chipping paint, patina-marked cutlery, intricate woodwork, lots of loose-woven crumpled linens, freshly cut flowers, and mixed-and-matched vessels in the kitchen, and I’m in my dream world and don’t want to leave, ever. Every page I turn, I have to stop and devour the look. Despite the fact that I’m very familiar with it by now, it still grabs my heart and attention with so many new details. The two other books by Atlanta Bartlet I own, I know by heart, certain what the next image will be when turning pages, still, the “Pale & Interesting” is unbelievably fresh and exciting for me to read. Some will say that the style is increasingly more costly to achieve and its shabby look is deceiving, suffice to visit any given antique store to learn how pricey these old pieces can get. I agree, but somewhat only. Yes, if you’re impatient and insist on decorating your home quickly. But I’ll say no, If you visit the thrift stores frequently and with stoicism, if you don’t rush or push for any specific buy, if you simply wait for this one opportune moment when the perfect piece just manifests itself for the taking – then the style becomes quite affordable as it takes time, both to collect, and to appreciate its beauty.
My last word is about the photography by Polly Wreford who worked with Atlanta Bartlett on most, if not on all, of her books. I appreciate this photographer’s style very much, but to me, she truly shines when working in this very dynamic duo. Some serious inspiration is being churned when these two ladies work together. I just hope this particular team will stay together and will continue to inspire with the style that grows, but is always easy, comfortable, relaxed, white, and now pale, and interesting.

Title: “Pale & Interesting” decorating with whites, pastels and neutrals for a warm and welcoming home
Authors: Atlanta Bartlett (Stylist), Dave Coote (Designer)
Publisher: Ryland Peters & Small (March 31, 2011)

Zdaję sobie sprawę, że tytuł tego odcinka brzmi nad wyraz stanowczo i ostatecznie: “Moje uwielbienie wszystkiego co się wiąże z Atlantą Bartlett”. Uwierzcie jednak, że gdybyście teraz właśnie trzymali w rękach najnowszą książkę Atlanty Bartlett “Pale & Interesting”, zgodzilibyście się ze mną całkowicie. Przynajmniej, jeśli Wasz styl dekoratorski zgadza się z moją adoracją staroci wkomponowanych w czyste, jasne, przestrzenne pomieszczenia, bogate w faktury, kolory, i bogactwo tych zużytych, ale dobrze wykonanych mebli i akcesoriów. Wszystko czego mi trzeba, żeby nie chcieć wyjść z pomieszczenia to trochę obłażącej farby, zaśniedziałe sztućce, misternie wykończona stolarka, mnóstwo miękkiego lnu, trochę świeżych kwiatów i nie od pary naczynia w kuchni. Każda strona tej książki cieszy mnie mnóstwem fascynujacych detali, mimo że styl tej autorki jest mi dobrze znany z dwóch jej książek, które posiadam. Nadal jednak “Blado i interesująco” (tłumaczenie moje) zachwyca świeżością i nowym spojrzeniem na znajomy temat. Niektórzy twierdzą, że ten styl jest coraz droższy do zrealizowania i że jego “ubogość” jest złudna, bo wystarczy pójść do pierwszego sklepu z antykami, żeby przekonać się jak bardzo nas na nie nie stać. Zgodzę się z tym punktem widzenia tylko częściowo. Tak jest, jeśli starasz się wyprodukować ten styl natychmiastowo i skazana jesteś na szybkie wydanie kasy. Nie, jeśli masz czas i cierpliwość odwiedzać sklepy z drugiej ręki, pchle targi często i z dużą dozą stoicyzmu. Kiedy nie spieszysz się z zakupem, a raczej wyczekujesz na ten jeden moment, kiedy to przedmiot z Twoich marzeń nagle zmaterializuje się przed Tobą – wtedy ten styl jest całkiem przystępny, bo czasu wymaga zarówno kolekcjonerstwo, jak i wyrobienie w sobie smaku.
Na koniec jeszcze kilka słów o fotografce Polly Wreford, która współpracowała z Atlantą Bartlett podczas tworzenia większości, jeśli nie wszystkich jej książek. Doceniam bardzo styl fotograficzny tej zdolnej artystki, ale wydaje mi się, że lśni ona wtedy gdy te dwie panie pracują razem. Mam nadzieję, że ta twórcza grupa kontynuować będzie tę współpracę i w ten sposób inspirować stylem, który ciągle ewoluuje, ale jest zawsze łatwy, wygodny, pełen relaksu, w bieli, no i teraz blady i interesujący.

Tytuł: “Blado i interesująco” dekorowanie w bielach, pastelach, i kolorach neutralnych w ciepłym i gościnnym domu (tłumaczenie moje)
Autorzy: Atlanta Bartlett (Stylistka), Dave Coote (Projektant)
Wydawca: Ryland Peters & Small (31 marca 2011)

How to Sew on a Button

No, it’s not a sewing tutorial, but rather a reminder that a mundane thing like sewing on a button onto a pillow can become the inspiration to create and the opportunity to practice one’s photography skills.  While sitting in the bedroom, devoting my attention to the task at hand, I spotted these little green flowers in my peripheral vision.  I bought them a few days earlier, as an addition to the mood board I was putting together for the online e-course I’m taking at “Blogging Your Way”. Once done with the mood board, I popped the flowers – green viburnum – into a tiny glass and brought them to the bedroom.  Now, I was realizing, the flowers harmonized nicely with the button and the yarn I was holding in my hand, so off I went in search for the contrasting colour for this little vignette to come to life.  I still have a loose button to sew on.

Nie, nie jest to kurs przyszywania guzików, a raczej, jest to przypomnienie, że nawet najnudniejsze z zajęć jak przyszywanie guzika do poduszki może stać się inspiracją do tworzenia, albo przynajmniej, okazją do trenowania fotografii. Siedząc sobie w sypialni, poświęcając całą uwagę szyciu, kątem oka spostrzegłam te maleńkie zielone kwiatki. Kupiłam je kilka dni wcześniej, jako dodatek do planszy nastrojów jaką tworzyłam dla “Blogging Your Way”, kursu internetowego, w którym aktualnie biorę udział. Po zakończeniu robienia zdjęć, wsadziłam te kwiatki – kaliny zielonej – do wazonu, ot tak od niechcenia i przeniosłam je do sypialni. W tym też momencie, zdałam sobie sprawę, że harmonizują one z guzikiem i włóczką, które trzymam w ręce, więc ruszyłam w poszukiwaniu dodatków w kontrastującym kolorze. Tak oto powstał ten obrazek – guzik natomiast, nadal czeka na przyszycie.

One Door Closes, Another…

This is my motto today. I need a great deal of convincing in this area, as I’ve lost my spark recently fighting one cold after another. I’m on day nine of major sniffles and instead of them subsiding, they’re hitting me with some renewed force. Their renewal, I’m sure, comes from their reinforcements residing in the public school system where I meet every cold-related germ that cares to settle down in this part of the world. Patience, I tell myself, and I speak with the sound dose of persuasion when I try to recall the warmer, the sounder, the brighter days I once partook in. Here then comes a long-overdue collage of my obsessive door-and-window-picture-taking-activity that I involved myself over a few of our recent vacations. If you recall, at all, I presented here a window collage, but the picture wouldn’t be complete without the other wall-opening fixture. I hope the metaphor will work well for me. I feel like I’m missing on some good healthy fun because of this cold, and to counteract the feeling of deprivation I just whisper to myself: let it be, this door might have closed on me, but another will soon open…

Jedne drzwi się zamykają, gdy inne się otwierają – czy jakoś tak podobnie. I tak potrzebuję być stanowczo przekonywana w tej kwestii, jako że brakuje mi i energii i humoru, bo walczę z przeziębieniem, i to chyba nie jednym. Dziewiąty dzień z katarem przestaje być zabawny, i zamiast tkwić w wierze, że on przechodzi, to ja doświadczam jakby jego spotęgowanej siły. Te posiłki zapewne przyszły do mnie ze szkoły, bo jest to istne siedlisko każdego rodzaju wirusa. Powtarzam sobie, żeby być cierpliwą i z dużą dozą perswazji przytaczam w pamięci chwile spędzone w cieple, w słońcu i w zdrowiu. Oto więc przedstawiam kolaż będący rezultatem obsesyjnego zajęcia jakiemu oddawałam się na wakacjach, kiedy to bez opamiętania strzelałam zdjęcia okien i drzwi. Może pamiętacie ten okienny kolaż, ale oczywiście obraz nie byłby kompletny gdyby miało zabraknąć tej drugiej budowlanej wnęki. Mam nadzieję, że ta drzwiowa metafora zadziała, bo czuję się trochę taka oszukana przez zwalczanie tego smarkania i żeby nie dopuścić do poczucia kompletnej deprywacji szepczę sobie pod nosem: niech i tak będzie, te drzwi mogły się zatrzasnąć tuż przed moim zasmarkanym nosem, ale już wkróce inne się otworzą.

Related Posts with Thumbnails