Archive for the ·interiors· Category...

Unrefined Eclectic Country

I’ve taken an online decorating quiz today, curious to know how refined my decorating style has become. The answer – mostly unrefined, but decidedly country cottage, encompassing and eclectic, modern in its simplicity and its overall lack of fussiness. Though the summary couldn’t be more inconclusive, I still like that I’m all these things.
20110226_GosiaMaj-SigWithDaisy

20130225_EclecticCountry

Przetestowałam się dzisiaj w dziedzinie dekoracji wnętrz, ciekawa czy mój dekoratorski styl nabrał po latach jakiegoś wyrafinowania. W odpowiedzi dowiedziałam się, że o wyrafinowaniu nie ma mowy, że styl mam prosto z wiejskiej chaty, ale za to obejmujący wiele różnych elementów, eklektyczny i nawet względnie modernistyczny w swojej prostocie i braku grymaszenia. Choć podsumowaniu brakuje przekonywującej konkluzji, to i tak podoba mi się, że jestem każdą z tych rzeczy.
20110226_GosiaMaj-SigWithDaisy

Comments Off

A Day in the Kitchen

The weekend came and went in an blink of an eye. I spent a good part of the Saturday preparing the family dinner. Sometimes I wonder why I don’t mind spending all that times in the kitchen, sourcing the best ingredients, researching dishes that are both scrumptious and nutritious. Come to think about it, I devote a lot of my time to these activities. The answers are essentially quite banal. Yes, I want us to be healthy, I believe the time spent cooking with, and for, the family is an awesome investment in the foundation of that family. There are also less noble reasons. I like the methodology of the process and the olfactory elements of concocting food. Cooking is art – it requires oodles of knowledge, tonne of attention, a squeeze of ingenuity, a handful of creative tricks, and buckets of love. Also, I just like my kitchen.
20110226_GosiaMaj-SigWithDaisy

20130202_InTheKitchen

Weekend nadszedł i minął w oka mgnieniu. Większość soboty minęła mi na przyrządzaniu obiadu dla rodzinki. Czasami zadaję sobie pytanie, dlaczego nie mam nic przeciwko spędzaniu w kuchni długich godzin, wyszukiwaniu najlepszych produktów, znajdowaniu interesujących przepisów? Jakby nie było, te zadania pochłaniają masę czasu. Odpowiedź jest jednak banalna. Zależy mi, żeby to co wchłaniamy służyło naszemu zdrowiu. Uważam czas spędzony na gotowanie dla, i z rodziną, za najlepszą inwestycję w dobro i spokój tej rodziny. Są też mniej znaczące powody. Cenię sobie metodologię tego procesu, jego kojący wpływ na zmysły, głównie te węchowe. Gotowanie to sztuka – wymaga kupy wiedzy, tony uwagi, kilku kropli pomysłowości, szczypty twórczej weny i wielkiej dozy miłości. A do tego, ja po prostu lubię swoją kuchnię.
20110226_GosiaMaj-SigWithDaisy

By My Bedside

The title may sound a little serious, but actually, it’s all a light and pleasant matter. As I spend long hours today in my bed, nursing a call, I have a chance to look around and notice things. I’ve realized that I don’t have a night table, nor do I have a night stand. I also notice, that these would have come today rather handy for placing a cup of tea on one or the other. Instead, I have night drawers, converted into night shelves – old discarded drawers that served no purpose anymore, which I picked up in my usual cast-out-loving fashion and turned them into something practical. Recycling at its best, I think. Hope you like!

Tytuł posta brzmi trochę poważniej niż to było moim zamiarem, ale tak naprawdę to kwestia poruszana jest łatwa, lekka i przyjemna. Ponieważ spędzam dzisiaj długie godziny w łóżku pozbywając się tego krnąbrnego przeziębienia, nagle zauważam rzeczy, które uciekły mojej uwadze wcześniej. Na przykład to, że nie mam stolika nocnego, który nota bene, przydałby mi się dzisiaj by spocząć na nim filiżankę gorącej herbaty z cytryną i miodem. Zamiast stolika nocnego mam nocne szufladly, a właściwie stare, porzucone szuflady, przeistoczone w nocne półki. “Śmieci”, które miały już niczemu nie służyć, przywleczone przeze mnie do domu i zmienione w coś praktycznego. Według mnie, jest to najlepsza forma recyklacji, ale oczywiście czy jesteście za, czy przeciw, zależy w dużej mierze od Waszego stylu dekorowania osobistej przestrzeni. Mimo takich warunków, nadal mam nadzieję, że aprobujecie.

Comments Off

Falling for Fall

Fall entered my house finally. I let it in begrudgingly. Showed it the door to my bathroom and this is where it, and I, cozied up, spending the time together. The long soaks do me good.

Jesień w końcu też i u mnie zawitała. Wpuściłam ją do domu niechętnie. Pokazałam jej drzwi do łazienki, i tam też się umościła. A ja z nią. Długie i nie spieszne kąpiele czynią mi wiele dobra.

Reclaimed

I’m a huge fan of furniture made of reclaimed lumber, but I had never thought that I’d have had my own story to tell. Actually, there is not much to tell. These are just basic shelves, but I liked the lumber that came from discarded construction palettes, which lent itself nicely to this handy wall application in our little office.

Jestem fanem mebli zrobionych z drewna z odzysku, ale nigdy nie myślałam, że sama też mogę
w tym odzysku uczestniczyć. Nie ma co wiele opowiadać, bo historia jest prosta. Zbiłam kilka półek z desek które przyszły z porzuconą paletą z budowy. Niby nic, ale miły dodatek na ścianę w ciągle jeszcze w większości pustym domu.

Comments Off

Sew Proud

I have my little sewing corner finally ready thanks to my friend M. who got me a fantastic spool rack to build the space around.  I had curtains for the home office made in no time.  Now some chair cushion covers await.  I intend to get myself fabulously skilled in this sewing business, as the next challenge is on the horizon –  linen chair slip covers, images of which I devoutly collect on my Pinterest.

Doczekałam się chwili, kiedy to wreszcie zaistniał mój mały kącik krawiecki. Wszystko dzięki M., która obdarowała mnie tym maniackim wieszakiem na szpulki, i wokół którego stworzyłam to miejsce. Zasłony do biura wyprodukowałam w oka mgnieniu. Teraz przymierzam się do poszewek na poduszki na krzesła. W zamyśle są cudne lniane pokrowce na krzesła i kanapy, którym pilnie się przyglądam i zbieram na Pinterest. To jednak nie przyjdzie mi tak łatwo, bo muszę się trochę do tej sztuki szycia przyuczyć, ale zamiary w tym kierunku mam nadzwyczaj poważne.

Kitchen Blues

I should know something about decorating with blues. I once made a not-so-smart decision to paint our bedroom blue. Two things became clear after that: 1 – a paint chip shouldn’t replace your paint testing; 2 – blue can be overzealous when put uniformly on all the walls. This bit about it inducing tranquility and peace of mind did not work for me. Four days into the paint job, I badly wanted to repaint. I made a mental note to avoid blue going forward and with fervent determination started banning the colour from any other room in the house. I packed away dishes if they happened to be blue, hid the tea towels, curtains, linens with any hint of the colour, actually any unfortunate piece of fabric dyed in blue was destined for storage. I grew a stash of blue accessories with remarkable efficiency and I seriously considered donating the goodies when unexpectedly the idea to purchase a house in Arizona was born and my blue problem solved itself. I revisited the concept of decorating in blue and decided to test drive it in the kitchen. Just accessories, mind you, white paint ruling and I kind’o like it. I’m not at all blue because of the blues ((*_*)).

Powinnam coś nie coś wiedzieć o dekorowaniu na niebiesko. Kiedyś popełniłam błąd wymalowania sypialni w tym kolorze i natychmiast stałam się mądrzejsza w dwóch kwestiach: 1 – papierek z próbką koloru nie powinien zastąpić przetestowania farby na żywo z pędzlem i kilkoma warstwami; 2 – niebieski staje się nieco nadgorliwy, gdy naniesiony na wszystkie ściany. To, że niby działa uspokajająco to mit. W moimi przypadku reakcja była przeciwna, bo krew mi się w żyłach burzyła przy każdym wejściu do sypialni, i juz po czterech dniach gotowa byłam na przemalowanie. Zrobiłam postanowienie, żeby w przyszłości unikać koloru za wszelką cenę i z dużą dozą determinacji wprowadziłam zakaz na niebieskości w całym domu. Spakowałam naczynia, pościel, serwetki i ścierki, jeśli tylko przedmiot napiętnowany był tym nieszczęsnym kolorem, to lądował w kartonie. W krótkim czasie uskładałam poważny stos tych dobroci i już chciałam to wszystko oddać do sklepu z rzeczami z drugiej ręki, kiedy wpadł nam do głowy pomysł zakupu domu w Arizonie i mój niebieski problem rozwiązał się sam. Gdy przyszło do meblowania i dekorowania domu, nasza kuchnia wyposażyła się praktycznie sama. Niebieski akcentuje swoja obecność dość wyraźnie, ale tylko w dodatkach, bo rządzi tu jednak biała farba i ku mojemu zaskoczeniu, nawet mi z tym kolorem się dobrze żyje.

Comments Off

Out of the Barn and into the Kitchen

The kitchen hutch I mentioned earlier came to me quite by chance. I was picking up this table at the nearby horse ranch and the owner sheepishly asked if I wouldn’t consider the hutch she had sitting in the barn. I had and this is how it ended up in my kitchen in its dark wood stained glory. I wanted to re-finish it, but it needed to be painted light and bright because it was bringing the whole kitchen down with its brooding dark wood moodiness. I procrastinated for two entire weeks before I dared to disassemble and to start working on it. It took a lot of sanding and even more painting, 5 coats in total, but it’s finally done. It’s still a little scarce on dishes and smart displays for the glassed cabinet section, but I know it will get there eventually. For the time being, it’s a nice addition to our dining room area.

Ten kuchenny kredens, o którym napomykałam wcześniej, trafił do mnie całkiem przypadkiem. Gdy odbierałam ten oto stół z pobliskiego rancza, właścicielka nieśmiało zasugerowała, żebym również zabrała kredens stojący w stajni. Tak też zrobiłam i kredens stanął w jadalni, taki ciemny, drewniany i nie pasujący do niczego. Należało go odświeżyć i czym prędzej przemalować na jakiś jasny kolor. W stanie w jakim był tylko przygnębiał swoją drewnianą osobowością. Musiały minąć jednak długie tygodnie, zanim odważyłam się go rozebrać na części, a następnie długo szlifować, a potem jeszcze dłużej malować, aż wreszcie wszystkie pięć warstw farby zgodnie leżały jedna na drugiej, i nadszedł ten długo wyczekiwany moment, kiedy to projekt został doprowadzony do końca. Nadal jeszcze brakuje w nim naczyń i wystaw za szybami – na to z pewnością przyjdzie czas. Tymczasem, stoi on sobie w rogu jadalni i cieszy oko.