Archive for the ·friends· Category...

Margarita Goodbyes

Well, it’s almost time to bid farewell to the friendly people and this place I am so fond of and come back home. Yesterday I cooked a dinner for the neighbours, but seriously considered not cooking at all. A thought flashed in my head that it’s too hot to cook, but serving a row of freshly made frozen margaritas might be all we needed to have a good time. At the end, I made both, a quick summer dinner and these margaritas I prepare from scratch, and which instantly invoke memories of your most wonderful Mexican vacations. Want to try?

Frozen Margaritas
Ingredients:
210 ml white tequila
120 ml Triple Sec (orange liqueur)
90 ml lime juice (from about 8 key limes), washed with warm water
4 TB sugar
4 cups of crushed ice

Method:
1. Pour the alcohols and the lime juice into a blender.
2. Take the lime skins you’ve just extracted the juice from, place in a bowl, add sugar and using a muddler, muddle the contents until the syrup starts to form.
3. Discard the lime skins, add the syrup to the blender.
4. Add ice and blend until smooth.
5. Pour into 4 margarita glasses, garnish with lime slices, and enjoy.

Tak więc nadszedł czas, by pożegnać i tych wszystkich miłych ludzi, jak i to gorące miejsce w Arizonie, które tak polubiłam i czas wracać do domu. Przygotowałam wczoraj obiad, na który zaprosiłam sąsiadów, ale poważnie też rozważałam kwestie całkowitego zarzucenie gotowania, a w zamian zaserwowania świeżo zrobionej mrożonej margarity, co pewnio też gwarantowałoby bardzo miło spędzony wieczór. Na koniec ugotowałam i szybki, letni obiad, i zrobiłam mrożone margarity, które są idealne w takie gorące wieczory jak te tutaj i natychmiast przywołują wspomnienia niezapomnianych wakacji w Meksyku. Gotowi na próbę?

Mrożona Margarita
Składniki:
210 ml białej tequili
120 ml Triple Sec (likieru pomarańczowego)
90 ml soku z limetki, owoce umyte w ciepłej wodzie
4 łyżki cukru
4 szklanki rozdrobnionego lodu

Sposób przyrządzania:
1. Wlej alkohol i sok do blendera.
2. Włóż wyciśnięte skórki z limetek do miski, dodaj cukier i przy pomocy drewnianej gałki do ucierania, wyciskaj ekstrakt ze skórek, aż zacznie powstawać syrop.
3. Wyrzuć skórki, dodaj syrop do blendera.
4. Dodaj lód i miksuj do uzyskania jednolicie zmrożonego napoju.
5. Rozlej do 4 szklanek do margarity, ozdób plasterkami limetki i wypij moje zdrowie!

Comments Off

The Promise of the Weekend

It’s been long since I felt this happy with a weekend. How is it possible that a four-day work week can leave me feeling as if I’d worked 10 days in a row. At the same time, however, I’m perfectly excited, and physically ready, for all the possibilities that this weekend is about to bring along. I had a lovely evening yesterday, meeting at M’s. place with the group of my “international girlfriends”. These moments are always fun – eat, drink, talk (read: “gossip”), and get inspired. These women are amazingly talented and knowledgeable, but the exchange of information is challenging as we always have so much to talk about and too much to catch up on. One topic quickly changes a course with a thought of something else and we often find ourselves totally immersed in a million new and exhilarating ideas that are perhaps not thoroughly examined due to a short time we have on that one evening, but definitely are intriguing and thought-provoking, so we leave the gathering always with a renewed sense of purpose and ready for the next day. And this is exactly how I feel today. It’s a sunny and bright morning, though on a cold side with frost on the ground and roofs. What plans do I have for this gorgeous day? We’re heading back to the forests nearby (approximately 60 miles away) to forage for truffles. I’ll report back on the results of the harvest. Stay tuned and enjoy your weekend!

Nie pamiętam kiedy to ostatni raz zapowiedź weekendu była dla mnie aż tak radosna. Jak to możliwe, że tylko czterodniowy tydzień pracy jest poza mną, a czuję się jakbym przepracowała dziesięć dni z rzędu. Jednocześnie, jestem bardzo chętna i gotowa na weekend i wszystkie obietnice jakie on z sobą niesie. Wczoraj spędziłam cudny wieczór w domu M. na spotkaniu z moimi “międzynarodowymi” koleżankami. Te nasze spotkania zawsze są takie przyjemne – jemy, pijemy, rozmawiamy (czy raczej plotkujemy?) i pozwalamy sobie ulec inspiracji. Nasza grupa jest niezwykle obeznana, oczytana, i utalentowana, ale komunikacja nie jest zawsze łatwa, i to nie z powodu różnic językowych. Po prostu mamy taką masę tematów do przedyskutowania, że jedna myśl szybko potrafi zmienić tor i łapiemy się na tym, że nagle rozmawiamy o zupełnie czym innym. Tempo wymiany nowych pomysłów przyprawia o zawrót głowy, i chociaż żaden temat nie zostaje dokładnie zgłębiony, to rozmowy są nadzwyczajnie intrygujące i prowokujące zastanowienie. Z tego to właśnie powodu, po każdym takim spotkaniu niezmiennie powracam do domu z niebywałym zapałem i chęcią do rozpoczęcia następnego dnia. I tak właśnie czuję się dzisiaj rano. Za oknem jasny i słoneczny poranek, chociaż nieco chłodny, bo szron pokrył trawy i dachy. Jakie plany na dzisiaj? Wyruszamy ponownie do lasu, jakieś 100 km od domu) tym razem na poszukiwanie trufli. Zamelduję rezultaty tych poszukiwań w wkrótce. Tymczasem życzę wszystkim radosnego weekendu.

Comments Off

Dahlias, Once More

The dahlias I’ve photographed come from M.’s garden. On my last visit to her house, M., again, has fitted me with an armful of flowers currently blooming in her garden. I accept them shamelessly, knowing all well, I’ll never be able to repay her for all the joy she bestows on me with these beauties. M.’s garden is quite unusual. The number of plants that coexist so amicably in that garden is already astonishing, the names, for an amateur like myself, are impossible to memorize, but the vision they become when the garden takes creation and shape under M.’s watchful eye is something no visitor there ever forgets.

Te dalie na zdjęciach pochodzą z ogrodu M. Jak przy każdej wizycie u niej w domu, wyszłam stamtąd z ogromnym naręczem kwiatów. Jak zwykle, przyjęłam je bez żenady, wiedząc jednocześnie, że niemożliwe jest by odwdzięczyć się jej za radość jaką mi sprawia takim podarunkiem. Ogród M. jest niezwykły. Po pierwsze, zaskakuje ogromną ilością roślin, które tam koegzystują bez najmniejszego konfliktu. Nie jestem w stanie spamiętać nazw, bo dla laika jak ja, nie znaczą one nic, i z niczym się nie kojarzą, natomiast razem, i oczywiście, dzięki bacznej uwadze im poświęcanej przez M., przeistaczają się w zjawisko, które każdemu, kto ten ogród odwiedzi, pozostaje na zawsze w pamięci.

Comments Off

Love Your Madeleines

Note to myself: when you happen to mention to the group of friends that you need one thing or another, make sure you’re ready to receive that thing, promptly and without delay I might add, as a gift from one of the said friends.  When we met in P.’s house in December to celebrate Christmas that was approaching, and enjoyed the out-of-this-world ossobuco that she made,  I flippantly mentioned that I was looking for a Madeleine cookie form.  Fast-forward to January and the group meeting again at M.’s house for the splendid raclette dinner, she presents me with the form without skipping a beat.  Another note to self:  don’t be caught off guard with the gesture and pretend you’ve been dreaming of baking madeleines all your life, and deny, with all conviction you can master, that you might have been influenced by the multitude of food bloggers who’d been baking these cookies and showing them off as of recent.  I accepted the form with gratitude, brought it home, and stared at it for over a week.  Yesterday though, I decided to give it a try.  All I have to say is that it perfectly complemented the bœuf bourguignon dinner I cooked yesterday for the family, but it tasted even better as a desert with a glass of St. Remy cognac today.  I believe Proust would approve.

Uwaga na przyszłość: jeśli zdarzy ci się wybełkotać w towarzystwie znajomych, że szukasz tego czy tamtego, bądź przygotowana(y) na pośpieszne otrzymanie takowego prezentu.  Gdy w grudniu spotkałyśmy się u P. na wspaniałym obiedzie z ossobuco, wspomniałam, że poszukuję formy na magdalenki.  W styczniu, na niezapomnianym spotkaniu, gdzie M. rokoszowała nas prawdziwymi raclette, zostałam obdarowana tą foremką zanim mogłam pojąć co się stało.  Druga uwaga na przyszłość: nie daj się zaskoczyć takim hojnym gestom i udawaj, że wypiekanie magdalenek jest dla Ciebie  marzeniem życia, oraz zaprzeczaj, że mogłaś ulec trendowi blogerów, którzy wydają się ostatnio piec i wychwalać swoje wypieki tychże maddalenek.  Z wdzięcznością przyniosłam formę do domu i przyglądałam jej się bacznie przez ponad tydzień.   W końcu, wczoraj, wypróbowałam to okrzyczane ciastko i przyznaję, że przypasowało świetnie jako deser do obiadu z bœuf bourguignon jaki przyrządziłam wczoraj dla rodzinki.  Dodam, że dzisiaj smakowały one jeszcze lepiej z lampką koniaku St. Remy.  Myślę, że Proust by pochwalał.

String of Hearts

I’m in love with this little plant.  It goes by the name Ceropegia – notice the heart-shaped pairs of leaves facing each other lovingly.  I received it as a hostess gift from my friend M., the gardener extraordinaire, who loves the living thing more than herself, and who bestows the garden treasures on many, me being one of the happy receivers.  The fabulous thing about M. is that she can make any plant that has a semblance of a leaf on its body, grow into an abundant beauty.  I saw her pinch a tiny bit of this plant, plop it into a glass with water, and the next time I visited, the plant was growing happily, smiling its lovely face to the sun.  M. gives away blooming, fragrant roses from her garden in December, just before Christmas.  Such talent!

Zakochałam się w tej małej roślince. Nazywa się Ceropegia, a jej charakterystyczną cechą są sparowane listki w kształcie serca, miłośnie się sobie przyglądające. Otrzymałam tę roślinkę w podarunku od mojej koleżanki M., która jest nadzwyczajnym ogrodnikiem, kochającym żyjątka bardziej niż siebie samą, i która obdarza ogrodowymi darami wielu zaufanych, i ja jestem jednym ze szczęśliwych odbiorców. Fantastyczną rzeczą w M. jest to, że ona potrafi przywrócić do życia wszystko zielone, jeśli to zielone posiada choć jeden marny, nadal żyjący listek.  Widziałam jak M. uszczypnęła kawałek swojej ceropegii, od niechcenia wcisnęła go w szklankę z wodą, i przy następnej mojej wizycie, roślinka szczęśliwie uśmiechała się do słońca. A co powiesz na to? M. rozdaje kwitnące, pachnące róże ze swojego ogrodu w grudniu, tuż przed świętami Bożego Narodzenia. Oh, posiadać taki talent.

Comments Off

Picture a Day: French Evening

Oh, I had a blast.  I met my friends for an evening of good company and exquisite food.  We met at M’s.  The group is international and the amazing tapestry of custom, language, culture, personality makes it always for a special experience when we meet – a German, a Brazilian, two Polish – is it enough of a mix?  M. served authentic crêpes bretonnes, accompanied by all the fixings and lots of good old apple cider.  Can life get better than that?  Oh, yes, apparently it can, I got a job, too.  All this made for the splendid day!!!

Wieczór minął wybornie, w wyśmienitej kompanii i z nadzwyczajnym jedzeniem.  Spotkałam się ze swoimi międzynarodowymi koleżankami – Niemką, Brazylijką i Polką na prawdziwy francuski wieczór.  M. serwowała autentyczne naleśniki bretońskie, ze wszystkimi dodatkami, a calość suto popijałyśmy cydrem jabłkowym.  Wieczór jak ten wczorajszy jest niezapomniany, jako że przemieszanie zwyczajów, językow, kultur i osobowości gwarantuje bogate doświadczenia.  Czego więcej chcieć od życia?  Ponoć można… dostałam też pracę, o którą się ubiegałam.  Doskonałe uwieńczenie idealnego dnia!

Comments Off

Fair Trade… Snow for the Sun

So I went to the neighbourhood park three days ago with the intention of shooting some exciting pictures of the snow that fell here in Vancouver. I know, I know. Snow? Exciting? What is there to show, or write about? After all it’s winter, and this is Canada, baby. This is the snow land, right? Wrong! The snow fell on the weekend, and was gone by mid-day Monday. So I rushed to the deserted park, hoping to find some virgin snow, quickly, before it melted and green grass started showing through. I found the snow, took a few nice HDR shots, and went back home to discover I was taking pictures without the memory card in the camera. I’m sure, I am the only person who has ever done it… three times. Embarrassing and totally infuriating. It got me demotivated, until today. Because today I’ve realized, it’s been a year already since our vacation in Mexico. Nothing would be so extraordinary about this fact, if it weren’t for the simple truth that a year was not enough time for me to share copies of the vacation pictures with our dear friends from Kelowna, B.C. – J. and B., whom we met in Huatulco and kept in touch ever since. J. is famously patient with people like myself, but I thought that a year’s long wait for a few ordinary vacation pictures could test even the kindest of the souls. So I hassled today to finish putting these pictures together for J. and B. and to send them to Kelowna, accompanied by my famous “forgive-me-please” biscotti and the heart-felt Christmas greetings.
Since the pictures are sitting here on my desktop, why not show them as the replacement pics for the promised snowy ones? I’ll trade snow for the sun any time.

20091217_Huatulco7250-3

20091217_Huatulco7250-2

20091217_Huatulco7250-1

Jeśli dobrze pamietacie, to jakieś trzy dni temu padał u nas śnieg. Wiem, że nikogo to nie dziwi, w końcu zima panuje na tej pólkuli i mieszkamy w Kanadzie – krainie śniegu. Niezupełnie tak, bo klimat mamy morski tutaj w Vancouver i jak spadnie śnieg, co jest rzadkością, to wszyscy się cieszą, dzieci i dorośli. Miasto po prostu zamiera. Jeszcze nas nie nauczono jeździć po śniegu, wobec czego zamykają się szkoły, rodzice zostają w domu, żeby się opiekować dziećmi, o pracy nikt nawet nie pomyśli. Generalnie zaczyna panować nastrój euforii i wszyscy liczą na to, że ten śnieg, padając bez końca, jest w stanie rozwiązać wszystkie nasze egzystencjalne problemy. Tymczasem, śnieg szybko zamienia się w deszcz i zanim obudzimy się z naszego dziennego marzenia, już trzeba wracać do pracy.
Dlatego, bez zbędnej zwloki, wyruszyłam do pobliskiego parku w poszukiwaniu przyjemnych dla oka scen zimowych, ktorymi mogłabym się z Wami tutaj podzielić. Wszystko ukladalo sie sprawnie, śnieg leżał w parku dziewiczy, zdjęcia zostały zrobione, aż nie wróciłam do domu, gdzie to odkryłam, że w aparacie fotograficznym, przez cały czas robienia zdjęć, nie miałam karty z pamięcią. Nic nadzwyczajnego, każdemu może się to przydarzyć. Mi, na przykład, przydarzyło się to po raz trzeci. Sfrustrowana i pozbawiona wszelkiej mytywacji, zarzuciłam cały ten zdjęciowy biznes… znaczy aż do dzisiaj. Bo dzisiaj, uświadomiłam sobie, ze wlaśnie mija rok od naszych wakacji w Meksyku. I chociaz, nie brzmi to aż tak niewiarygodnie, to niewiarygodnym jest fakt, że przez ten cały rok, nie podzieliłam się wakacyjnymi zdjęciami ze znajomymi z Kelowna, B.C. – J. i B., których to poznaliśmy na tych wakacjach, i którzy to okazali się być ludźmi, z którymi spędziliśmy wiele wpaniałych wakacyjnych chwil. J. słynie z anielskiej cierpliwości, ale roczne oczekiwanie na kilka marnych zdjęć, mogło zniechęcić nawet najłagodniejszą duszę. W obawie przed utratą ostatniej krzty wiarygodności, pośpiesznie zakończyłam sortowanie zdjęć i jutro wysyłam je razem z biscotti, które mają na celu przekupić i pomóc zapomnieć.
Tymczasem, skoro te zdjęcia siedzą na moim pulpicie, to czemu ich nie pokazać w zamian za te obiecane śnieżne? Wybór nie jest trudny – lepsze slońce niż śnieg.