Archive for the ·flowers· Category...

I Wish Us…

… 29 more. Today is our 29th wedding anniversary and I don’t care for much, but another 29 would be nice.

…życzę nam następnych 29 lat. Dzisiaj świętujemy 29tą rocznicę ślubu i nie życzę sobie wiele, ale następne 29 byłoby miłe.

My Time to Stop and Smell the Jasmine

School is out for summmer and I’m trying hard to suppress the giggles that got hold of me after I’ve left the school grounds this afternoon. Typing this, I’m still wrapping my head around the concept of the two months of freedom that await me. How to make the best of this time so there are no regrets come September? Well, for starters, let’s stop and smell the jasmine first!

Zaczynają się wakacje! Chichoty muskają mnie po duszy już od chwili, gdy wyszłam ze szkoły dzisiaj po południu i ciągle jeszcze trudno mi uwierzyć, że czekają na mnie dwa miesiące wolności. Jak je wykorzystać, żeby niczego nie żałować, gdy nadejdzie wrzesień? Na dobry początek, chyba zacznę od przystanięcia na chwilę by napoić się wonią kwitnącego jaśminu.

Comments Off

A Happy Face Daisy

We’ve had two full days of sunshine since the beginning of June and I’m slowly resolving myself to this sad fact that we just might get only two more this summer. After watching the wild rainfall outside my window all through yesterday’s evening and night, early this morning, just inbetween the new series of downpours, I ventured into the field of wildflowers that spreads in front of my house, intending to take a few shots of daisies. It’s the time for daisies now, the flower I’m named after, and one of my many favourites. I knew they would look pretty sodden with raindrops, and they did. I was most charmed by the one with a smiley face, telling me to lighten up a little and to quit taking that weather business so seriously. I promise, I will.

Od początku czerwca cieszyliśmy się słońcem przez całe dwa dni. Z rezygnacją. ale już zaczynam oswajać się z myślą, że do końca lata może uda nam się mieć jeszcze następne dwa dni słońca. Po przyglądaniu się ścianie deszczu przez cały wczorajszy wieczór i słysząc go jeszcze w nocy, dzisiaj z samego rana, pomiędzy jedną ulewą, a drugą, wypadłam na łąkę, która płoży się przed domem, z intencją zrobienia zdjęć margaretkom. Nastał czas na margaretki, z którym dzielę imię, i które kocham. Miałam nadzieję, że będą się pięknie prezentować, ociekające deszczem, i tak też było. Najbardziej jednak zauroczyła mnie ta jedna, uśmiechająca się do mnie, jakby mówiła: “rozwesel się, to tylko deszcz, nie ma powodu by aż tak przejmować się pogodą…” Rzeczywiście, nie ma powodu!

To Fathers, Family, and Health

I don’t know why this holiday makes me teary-eyed. Perhaps, it’s because A. is a wonderful father and I’m eternally grateful that we could rear F. together for all these years. Or perhaps, because the last few weeks were somewhat trying on us and the notion of health, commitment, and being there for one another was particularly emphasized while we huddled and hugged awaiting S. to get better. She is recovering nicely now and this, too, brings tears of joy. Therefore, since there is no escaping the sappy mood, I’ll then wish all the wonderful Fathers out there to enjoy this Father’s Day, to be hugged and to hug in return. And I’ll suggest to everybody else to never take for granted the ones closest to your heart. Enjoy the day, and yes, stop and smell the peonies!

Nie wiem dlaczego łzy cisną mi się do oczu w ten Dzień Ojca. Może dlatego, że A. jest wspaniałym ojcem i wdzięczna jestem losowi, że mogliśmy wspólnie wychowywać F. przez te wszystkie lata. A może dlatego, że ostatnie tygodnie przetestowały naszą wytrzymałość, gdy to pojęcia jak oddanie, wspieranie się na wzajem, oraz poszanowanie zdrowia zostało przeniesione na pierwszy plan, gdy w strachu i nadziei wyczekiwaliśmy na poprawę stanu zdrowia S. Na szczęście, już dochodzi do siebie powoli, co też wyciska ze mnie łzy, tym razem jednak łzy radości. Skoro więc nie ma szansy bym mogła uniknąć łzawego tonu w tym poście, to skoncentruję się na złożeniu wszystkim Ojcom życzeń na najwspanialszy dzień jakiego kiedykolwiek doznali. Niech dadzą się przytulić i niech sami przytulają ile sił im starczy. I jeszcze jedno, niech zatrzymają się choćby na krótką chwilę by powąchać piwonie!

Dancing in the Meadow…

… are all the delicate wildflowers notoriously charming the bumble bees with their beauty. They’re charming me, too – bewitchingly.

Tańczą na łące delikatne polne kwiaty. Nęcą swą urodą łagodne bąki. Mnie też kuszą i oczarowują.

Love You Mom!

Happy Mother’s Day to our beautiful Moms – Zofia and Barbara – and to all the Mothers in the whole World. Let your every day be as sweet as the sublime scent of the lily of the valley. Love you lots!

Naszym kochanym Mamom – Zofii i Basi – życzę Szczęśliwego Dnia Matki. Chociaż jesteśmy na trochę innym kalendarzu, to oczekiwać możecie ponownych życzeń 26-tego maja. Tymczasem, świętując z amerykańską tradycją, życzę Wam i wszystkim Matkom wszędzie, żeby ten wyjątkowy dzień był tak słodki, jak ten upojny zapach konwalii. Kocham Cię, Mamo!

Forget-Me-Not Sunshine!

The Sunday walk was vastly needed, the sunshine was extraordinarily therapeutic. I can’t tell you how bummed out I was by all this rain that kept falling on us. They say that the Pacific Northwest is the one region in America that’s ripe with depressed individuals walking around, and I was starting to think I was on my way to be one of them. But not anymore, I swear, Monday came rolling in with more sunshine and lovely, pre-summer temperatures. And yesterday, doing a 10K walk around the Barnston Island, rewarded me with these sweetheart forget-me-nots. I’m brimming with optimism again and hope you do, too. Have a tremendous start to a new, sunny week. Hugs…

Wczorajszy, niedzielny spacer był ogromnie mi przydatny, a słońce podziałało jak najlepsza terapia. Nie umiem już nawet wyrazić jak przygnębiająco wpływał na mnie ten nieustający deszcz, który spływał po nas przez długie jak katorga tygodnie. Mówią, że ten region Ameryki – Pacific Northwest – czyli Wybrzeże Północno-Zachodnie, gości najbardziej liczną grupę osobników cierpiących na depresję. Już poważnie rozpatrywałam ewentualność, że mogę być jednym z nich. Na szczęście, i ku mojej nieokrzesanej radości, nie tylko niedziela była cudnie słoneczna, ale i poniedziałek przyniósł jeszcze więcej słoneczka i prawie letnie temperatury. Dziesięciokilometrowy spacer wokół wyspy Barnston wynagrodził mnie tymi czarującymi niezapominajkami. Na nowo jestem pełna optymizmu i pozostaję w nadziei, że i Wam szykuje się nadzwyczajny tydzień. Ściskam Was gorąco…

Proudly Horticultured

One of my most coveted spring flowers is ranunculus. I’m green of envy (no pun intended) when I see these beauties featured on blogs in early March, (Hello, my Californian blog friends!). The flowers don’t make cameo appearances in local flower shops until late April. Two years ago, I went on a whim and purchased ranunculus tubers and, half-haphazardly, I planted them in a pot on my balcony, not really aspiring for any spring ranunculus glory. This year, however, before setting out to Arizona for the spring break, I dutifully noted that the greens made their way to the top of the soil and they looked promising. On our return, I was greeted with mighty white and fushia blooms. I acknowledged them politely, while intending to forget their mere existence. But they kept their presence, having bloomed, persistently, for a month now, and more buds keep coming. I’m sure, I shouldn’t be ignoring the phenomenon anymore and give the flower the nod it deserves. Wouldn’t you agree?

Moja wersja na ogrodniczą zazdrość sprowadza się do kilku kwiatków pełnika. Nie jest to ani arogancka, ani też bardzo ambitna emocja. Podziwiam formę tego kwiatka i trochę zielenieję z zazdrości, gdy moje blogerowe, kalifornijskie koleżanki fotografują pełniki już w marcu, gdy u nas nie pojawiają się one aż do końca kwietnia. Dwa lata temu, gdy natknęłam się na bulwy tej rośliny, wetkałam je od niechcenia w doniczkę na balkonie, nie roszcząc wielkich nadzieji. W marcu, przed wyjazdem do Arizony, zauważyłam, że zielone łodygi pojawiły się z nienacka i wyglądały jakby miały dzielnie rosnąc. Z zaskoczeniem przywitałam kwitnące pełniki po powrocie, domagające się uwagi w bieli i różu intensywnych kwiatów. Grzecznie przytaknęłam ich obecności, ale beż większych emocji. Dzisiaj jednak czas już zauważyć wysiłki tej niepozornej rośliny, bo kwitnie już wszechmocnie od miesiąca i nie zanosi się na to, żeby miała przestać. Dochodzę do wniosku, że im mniej przejmuję się swoimi ogrodniczymi wysiłkami, tym lespsze osiągam rezultaty. Może jest to odpowiedź na wszystkie moje ogrodnicze dylematy.