Archive for the ·family & friends· Category...

I Wish Us…

… 29 more. Today is our 29th wedding anniversary and I don’t care for much, but another 29 would be nice.

…życzę nam następnych 29 lat. Dzisiaj świętujemy 29tą rocznicę ślubu i nie życzę sobie wiele, ale następne 29 byłoby miłe.

To Fathers, Family, and Health

I don’t know why this holiday makes me teary-eyed. Perhaps, it’s because A. is a wonderful father and I’m eternally grateful that we could rear F. together for all these years. Or perhaps, because the last few weeks were somewhat trying on us and the notion of health, commitment, and being there for one another was particularly emphasized while we huddled and hugged awaiting S. to get better. She is recovering nicely now and this, too, brings tears of joy. Therefore, since there is no escaping the sappy mood, I’ll then wish all the wonderful Fathers out there to enjoy this Father’s Day, to be hugged and to hug in return. And I’ll suggest to everybody else to never take for granted the ones closest to your heart. Enjoy the day, and yes, stop and smell the peonies!

Nie wiem dlaczego łzy cisną mi się do oczu w ten Dzień Ojca. Może dlatego, że A. jest wspaniałym ojcem i wdzięczna jestem losowi, że mogliśmy wspólnie wychowywać F. przez te wszystkie lata. A może dlatego, że ostatnie tygodnie przetestowały naszą wytrzymałość, gdy to pojęcia jak oddanie, wspieranie się na wzajem, oraz poszanowanie zdrowia zostało przeniesione na pierwszy plan, gdy w strachu i nadziei wyczekiwaliśmy na poprawę stanu zdrowia S. Na szczęście, już dochodzi do siebie powoli, co też wyciska ze mnie łzy, tym razem jednak łzy radości. Skoro więc nie ma szansy bym mogła uniknąć łzawego tonu w tym poście, to skoncentruję się na złożeniu wszystkim Ojcom życzeń na najwspanialszy dzień jakiego kiedykolwiek doznali. Niech dadzą się przytulić i niech sami przytulają ile sił im starczy. I jeszcze jedno, niech zatrzymają się choćby na krótką chwilę by powąchać piwonie!

Through the Bedroom Window

It was such a lovely Mother’s Day. The idea to celebrate the day picnicking in the park came to me at the eleventh hour. I knew I wanted to take advantage of the fabulous spring weather and not to sit around the table longingly gazing outside. It really worked and everyone expressed similar sentiments, appreciating the downtime with nature, with great company of the close family, with blankets, pillows, freshly baked baguettes, salade Niçoise, and some white wine. I think, all of us had a great time, save the sniffles both of us, S. and I got when the evening settled, but we blamed it on the overzealous plants sending pollen with vengeance after so many days without sunshine. Unfortunately, these were not pollen related sniffles. It’s another miserable cold that got hold of me. The irony is, as I recuperate and recover, getting the bed rest I urgently need, I do longingly gaze outside, through the bedroom window and watch the playful shadows frolicking in the sun without my presence there. Darn.

To był uroczy Dzień Matki. Pomysł, żeby uczcić go na pikniku w parku przyszedł mi na myśl w ostatniej chwili. Tak bardzo chciałam wykorzystać tę wiosenną pogodę, która się u nas wreszcie zadomowiła, a nie z utęsknieniem zerkać za okno, gdy to będziemy uwięzieni w domu, że rzuciłam hasło i wszyscy jednogłośnie przystali. Cieszyliśmy się jak dzieci swoim własnym towarzystwem, beztroskim czasem spędzanym w naturze, z kocem, poduszkami, świeżo upieczonymi bagietkami, salade Niçoise, i białym winem. Myślę, że wszyscy bawili się dobrze, humory dopisywały, no może z wyjątkiem gdy S. i ja zaczęłyśmy kichać i smarkać już dobrze pod wieczór. Nie przejmowałyśmy się tym faktem zbytnio, sądząc, że dają nam w kość kwiatowe pyłki, uwolnione wreszcie w powietrze, po długiej deszczowej wiośnie. Niestety, następnego dnia okazało się, że to nie pyłki, tylko pospolite przeziębienie, które mną ponownie zawładnęło. Ironią losu jest to, że nic innego nie pozostaje mi do zrobienia, jak przymusić się do przeleżenia kilku dni w łóżku, z utęsknieniem zerkając za okno, przyglądając się z zazdrością tym wiosennym swawolom, które dzieją się tam bez mojego udziału.

The Kids Are in Town

Spending time with F. and S. is always lovely, but this time around it feels remarkably special, as the two of them flew into Phoenix from Vancouver and are spending a few days with us. I love their youthful energy and the ease of their manner. It’s ultimately gratifying to watch the kindness they extend each other and it’s fun to witness their self-deprecating humour. If I were to give the name to the underlying emotions that create the atmosphere of our time together, I’d choose contentment, playfulness, and faith in what the future will bring, before any other. It’s good times!

Czas spędzany razem z F. I S. jest zawsze przemiły, ale tym razem okoliczności są naprawdę nadzwyczajne, bo dolecieli z Vancouver, by spędzć z nami kilka dni w Phoenix. Cieszy mnie pełnia ich energii i ich swobodny sposób bycia. Z przyjemnością obserwuję łagodność z jaką się odnoszą do siebie i ich umiejętność naśmiewania się z samych siebie. Gdybym miała nazwać po imieniu te wszystkie emocje, jakie towarzyszą nam gdy kreujemy atmosferę naszego spotkania, to najpierw wybrałabym zadowolenie, zabawę i wiarę w jasną przyszłość. Jest dobrze!

One Blue Spring Flower

Well, again, I have rather prosaic stuff to share with you. The week was perfectly uneventful, but I still struggled for time to do all I wanted, or planned, or I thought I needed to do because it felt like it mattered. At the end I did little, mostly stuff that makes no difference, whatsoever. But, but, an event I was really looking forward to was the get-together with my “international” girlfriends. I think I’ve mentioned this group before. I’m convinced, if we’ve searched one another on purpose, we would have never met. But how life often has it, circumstances arise just because, and the four of us met at school, each one of us making brand new plans for our futures, attempting to escape the pasts. I won’t get into any more detail here, as I need to get the clearance for sharing this stuff before I start announcing here our heart-deep desires, hopes, and phobias to the world. Suffice to say, since we met, we’ve kept in touch and somehow, without any special effort or planning, every get-together we make to happen is the most spontaneous, incredibly invigorating experience. I think I could mention that the women I’m meeting come from the most incidental of the backgrounds- another Polish, a German, and a Brazilian. Somehow, we make it work and every time we meet, we strive to find similarities rather than the differences in the cultures we come from. Often it seems to me, the world would work much better if this very principle that the four of us incorporate without fail every time we meet, was the standard operating procedure for the whole of the humanity. Well, I’m sure, one of these days it’ll become just that. But in the meantime…, I’ll just explain the flower you see in the image below. I thought I wanted to shoot a background lighting scene with the blue spring flower. I had no idea what it could be until I came across this beauty at school I work at. I even considered picking up some of these flowers from the school grounds, but my conscience stopped me. Wouldn’t you know that Karma was going to reward me for this kind act of mine and when the friends came over for the evening last night, they presented me with a huge bouquet of flowers, freshly cut from M’s garden. Among the flower bounty sat a bunch of the muscari, the very flower I wanted to steal from the school. So at the end, I didn’t have to resort to unlawful behaviour, but the intentions were fulfilled, nevertheless. I’d like this happening to me every day, wouldn’t you?

Ponownie, mam raczej niewiele do zakomunikowania. Cały tydzień minął bez większych wydarzeń, ale nadal brakowało mi czasu na spełnienie wszystkich zadań, które chciałam wykonać, lub które sobie zaplanowałam, albo te które wydawały się istotne. W efekcie zrobiłam niewiele, głównie rzeczy nie mające większego znaczenia. Ale było jedno zdarzenie, którego wyczekiwałam z niecierpliwością, mianowicie spotkanie z moimi międzynarodowymi koleżankami. Myślę, że kiedyś już tę grupę wspomniałam. Przekonana jestem, że jeślibyśmy się szukały z intencją, to byśmy się nigdy nie spotkały. Ale życie często się tak układa, i przypadki się zdarzają, tak i my spotkałyśmy się w szkole przypadkiem i tak samo przypadkiem przypadłyśmy sobie do gustu, każda z nas z nową nadzieją na przyszlość i z zamiarem zapomnienia jakiegoś etapu naszej przeszłości. Nie wyjawię więcej szczegółów związanych z marzeniami, nadziejami, czy też fobiami, jako że wyjawnienie tych szczegółów wymagałoby zezwolenia od zainteresowanych. Wystarczy, że powiem , że ilekroć się spotykamy, to bez większego wysiłku, udaje nam się zachować spontaniczność i żywiołowość, a wszystko to bez specjalnego planowania. Jest nas razem cztery, jeszcze jedna Polka, Niemka i Brazylijka i zgrabnie udaje nam się koncentrować na podobieństwach wynikających z naszych kultur, an nie na ich różnicach. Jestem pewna, że cały świat funkcjonowałby o wiele lepiej, gdyby tylko przyjął taką właśnie metodę operowania. No może kiedyś tak i będzie. A teraz o kwiatku widocznym na zdjęciu. Bardzo chciałam zrobić zdjęcia z niebieskim wiosennym kwiatkiem podświetlonym od tyłu, ale nie wiedziałam co to za kwiatek mógłby być, aż natknęłam się przypadkowo, na dokładnie to co sobie wymarzyłam, ale niestety, na szkolnym trawniku. Poważnie brałam pod uwagę zerwanie tych szkolnych kwiatków, ale sumienie mi na to nie pozwoliło. Pojęcia nie miałam, że Karma miała mnie już zaraz wynagrodzić za to godne zachowanie. Gdy moje przyjaciółki zjawiły się wczoraj u mnie w domu, zafundowały mi ogromny bukiet kwiatów, świeżo zerwanych z ogrodu M. Nigdy bym nie zgadła, że pomiędzy dziesiątek kwiatów w wielu odmianach, miałam wkrótce znaleźć dokładnie ten sam kwiat, który wcześniej był przedmiotem potencjalnej kradzieży – szafirek. W efekcie dostałam to co chciałam bez uciekania w nielegalne akcje. Byłoby cudnie, gdyby życie tak działało za każdym razem.

The Best Is Yet to Come!

I know I’ve been non-present on Majology, but I hope you’ll forgive me when I tell you I’ve been lost in the making of this Arizona home our own.  Christmas here was so special – very quiet and amazingly easy-going.  I even experienced what I thought was boredom, the sensation I vaguely remember from the childhood when it was raining outside and I would cry: “Mom, I’m bored”.   Well, the weather here (yes, the weather again) had a lot to do with it, although it wasn’t all unpleasant.  It felt good not to know what to do next.  It’s unusually cold here these last few days.  I never knew Arizona could be freezing, but yes, it does freeze, every night now, to the point that A. covers up the thyme and the tarragon I planted.  Thankfully, the sun is there in the morning to cheer me up as it rises in the stark blue sky every day without a fail.  This fact alone makes spending time here so very pleasurable.  Another highlight came when we hosted friends from Vancouver for the New Years in our new abode .  What a rewarding experience it was, to be able to gather friends for this special night, to celebrate the year that has passed, and to utter the hopes for the New Year to come.
What are your hopes, plans, and resolutions for this beautiful new year?  Here are a few of mine, in no particular order – will you mind if I share ?

  • to laugh more
  • to visit with Mom this summer
  • to cook dinners together with A. and F. and, subsequently, indulge in food
  • so I can make running the essential part of my lifestyle
  • in order to wear the size 8 jeans comfortably
  • to sort, keyword, and file pictures daily
  • to have my fingernails painted deep brown every day
  • to take the camera with me wherever I go and take pictures daily
  • to blog regularly (every other day would be nice) with conviction and a bit of whimsy
  • to enjoy health
  • to love with abundance.

Here’s to a great 2011!  The best is yet to come!

Moja nieobecność na Majologii jest tylko wytłumaczona tym, że przez ten długi okres milczenia, pochłonięci byliśmy organizowaniem domu w Arizonie, tak byśmy mogli poczuć się u siebie w domu. Święta były takie niezwykłe tutaj. Nadzwyczajnie ciche i spokojne. Myślę, że czułam nawet nudę, uczucie, które nie towarzyszyło mi już od dzieciństwa, gdy padał deszcz a ja marudziłam: “Mamo, jest mi nudno” Jeśli to była prawdziwa nuda, to pogoda miała wiele z tym faktem do czynienia. Przez ostatnich kilka dni jest niespotykanie tutaj zimno. I choć nie jest to nieprzyjemne uczucie, bo ma to swoje zalety, zdać sobie nagle sprawę, że nie wiadomo co robić dalej, to jednak fakt, ze w nocy są tutaj przymrozki i trzeba przykrywać ziółka, którym zasadzeniu w grudniu, nie umiałam się oprzeć, to są to nowe doświadczenia, w nowym miejscu, w nowym kraju i ekscytujące jest to, że wszystkiego trzeba się od nowa uczyć. Na szczęście, bez względu jak zimno jest w nocy, rano ciepłe słońce ukazuje się na horyzoncie i świeci przyjemnie przez cały dzień. I to jest z pewnością wielka zaleta tego miejsca. Inną jeszcze radością było to, że gościliśmy na Nowy Rok przyjaciół z Vancouver. Tak bardzo miło było spędzić koniec roku razem, dzieląc się nawzajem wspomnieniami emocji roku, który minął i nadziejami roku, który ma nadejść.
A jakie są Twoje nadzieje, postanowienia i plany na ten Nowy Rok 2011? Oto kilka moich, bez ustalonej kolejności, tylko tak na żywo:

  • śmiać się więcej
  • odwiedzić Mamę latem
  • gotować wydumane dania z A. i z F. a potem zajadać to co wyprodukowaliśmy
  • w związku z powyższym, zacząć znowu biegać
  • po to,żeby zmieścić się swobodnie w rozmiar dżinsów #8
  • sortować, tagować i układać w pliki wszystkie zdjęcia, które robię
  • każdego dnia mieć paznokcie pomalowane pięknym brązowym lakierem
  • brać wszędzie ze sobą aparat i codziennie robić zdjęcia
  • regularnie blogować, tak z zapałem i polotem
  • cieszyć się zdrowiem
  • kochać bez granic.

No więc, Szczęśliwego Nowego Roku! To co najlepsze, dopiero nadejdzie!

Merry Christmas and the Ripening Grapefruit

We’ve traveled to Phoenix and found ourselves in this amazing city to celebrate Christmas in the desert. Exciting as it sounds, it doesn’t even begin to express all the wonder we’re experiencing. I’m still struck by how our lives turned the course, how all of the sudden, everything looks, smells, and feels different in this most familiar of the seasons. The most wonderful of the feelings is the realization that we’re not on vacations, renting this exotic place, but we live here now, and if all goes as planned, we’ll spend every Christmas here from now on. This is such a comforting thought. To add sweetness to this all, F. flew from Vancouver and is spending the Christmas week with us. I can’t think of the more perfect Christmas time than this. So, if you consider all the reasons above and, on top of this, you factor in the sweetest Navel oranges that grow here in the season and the grapefruit that are just coming to their perfect ripeness state, you can easily say this is the Very Merry Christmas I was hoping for. Now, I wish you all the very same – the peace, the love, the joy.

Szczęśliwie dotarliśmy do Phoenix w Arizonie. Odnajdujemy się powoli w tym fascynującym mieście spędzając pierwsze Święta na pustyni. Brzmi to nad wyraz ekscytująco, ale prawdę mówiąc, nie oddaje to w namiastce wszystkiego co czuję. Nadal tkwię w takim oniemieniu, dziwiąc się jak to się stało, że nagle nasze życie przyjęło jakby inny kurs i jak to się dzieje, że wszystko dookoła wygląda, pachnie i czuje się tak inaczej, mimo że jest to czas na Boże Narodzenie, te święta które są najbardziej w nas zakorzenione i zwykle wszystko z nimi związane jest takie swojskie i tradycyjne. Najbardziej cieszy mnie to, że jeśli wszystko potoczy się tak jak to planujemy, to bedziemy tutaj spędzać już wszystkie następne święta. Jest to, naprawdę, radosne uczucie. F. doleciał do nas z Vancouver i spędzamy świąteczny tydzieć w trójkę – “doskonałość” to jest słowo, które ciśnie mi się na usta, by opisać stan ducha jaki mi towarzyszy. Gdy dodasz do tego najsłodsze pomarańcze Navel, które akurat teraz są tutaj w sezonie i grejpfruty dojrzewające powoli, to bez wahania możesz powiedzieć, że to są te Wesołe Święta, na które miałam wielką nadzieję. I Tobie też życzę dokładnie tego samego – Spokoju, Miłości i Radości.

Comments Off

Guest on Stagetecture

Today, I am honored to be the guest blogger on Ronigue Gibson’s website.  Ronique is the founder of Stagetecture, the ultimate source for your home and household-related needs.  Whether it’s architectural, or interior design, simple home organization and declutter, or any life-style questions and challenges you might face, Stagetecture is the place to find the answer.  Stagetecture has a line-up of exciting Holiday topics and Majology was invited to share in the pre-Christmas fun.  I was happy to unveil to the world the wonderful Polish tradition of the Christmas wafer.  Just go to Stagetecture and check it out.

Dzisiaj mam zaszczyt goszczenia na stronce należącej do Ronique Gibson. Ronique jest autorką i fundatorką Stagetecture, czyli stronki “wszystko o domu”. Na każde pytanie w kwestii architektury, dekoracji wnętrz, zwykłych porad organizacyjnych, czy po prostu stylu życia, Stagetecture ma odpowiedź. Ronique przygotowała całą serię ekscytujących tematów związanymi ze świętami, zaprosiła więc też Majologię na uczestniczenie w tej przedświątecznej zabawie. Niezwykle ucieszyło mnie to zaproszenie i wykorzystując okazję, postanowiłam podzielić się ze światem naszą wspaniała świąteczną tradycją wigilijnego opłatka. Podąż za tym linkiem na Stagetecture i zobacz sam(a).

Related Posts with Thumbnails