Archive for the ·fall· Category...

Falling for Fall

Fall entered my house finally. I let it in begrudgingly. Showed it the door to my bathroom and this is where it, and I, cozied up, spending the time together. The long soaks do me good.

Jesień w końcu też i u mnie zawitała. Wpuściłam ją do domu niechętnie. Pokazałam jej drzwi do łazienki, i tam też się umościła. A ja z nią. Długie i nie spieszne kąpiele czynią mi wiele dobra.

Watch Your Step!

Not necessarily, of my own volition, but I learned not to trample the fruit’s of one’s labour. Since fall seems to work so hard to create its colour palette, I watch my step carefully when walking.

Niekoniecznie z własnej woli, ale przyuczyłam się, żeby szanować pracę innych. Ponieważ jesień wkłada wiele wysiłku na stworzenie wszystkich tych nieoczekiwanych kolorów w swojej jesiennej palecie, to zwracam uwagę gdzie stąpam.

Like a Painting

There are not many outdoor places in this climate that I’d chose to frequent at this time of the year. As the rain is coming down hard, the only spot that it doesn’t seem to matter is in the Pacific Northwest rainforest itself. It’s dripping with moisture, and yet it’s so sheltered that you actually don’t get wet there. It’s luscious, with soft green moss covering just about every available surface. Its sounds insulated by the woodchip-covered trails are nothing more but the squeeking of the hundred-year old cedar trees, the chirping of birds that opt to spend the winter here, the laughter of chipmunks, and the splattering of the rain droplets steadily falling on the inflamed leaves. It’s a symphony composed ad hoc, it’s a painting that gets painted just for you, on entry.

W tę deszczową porę, w tym klimacie, nie ma miejsc, do których tęsknię, z wyjątkiem lasu. To że deszcz leje bez wytchnienia nie ma znaczenia gdy się jest w okolicznych puszczach, bo jak dżungla ociekają wodą, ale jednocześnie chronią przed przemoknięciem grubą koroną drzew. Puszyste mchy co oblekają każdą wolną powierzchnię tworzą nadzwyczajną bajkową atmosferę, wyciszając dźwięki i tonując skrzypiące stuletnie cedry, napastliwe ćwierkanie ptaków, którym nie w głowie przeloty do ciepłych krajów, wyśmiewanie się wiewiórek tamiasów i pluskanie kropli spadających na czerwieniejące liście. To jest na żywo komponowana symfonia i obraz malowany na Twoich oczach, zaraz na wejściu, bez czekania, i specjalnie dla Ciebie.

When Orderly Is the Way

I’ve been ambushed by the commencement of the school year. Out of nowhere came wake up calls at 6:00am, long hours in classrooms, and overall chaos accompanying the first few days of school. The returns home after school didn’t prove much more beneficial. The disorganization prevailed, supported by the feeling of exhaustion, and the need to sit idly for a really long time. This is, more or less, the snapshot of my life all last week. Stagnation. But such a state of affairs could only last for so long before the life’s strands would start fraying on me. So I pulled myself together a bit, added much needed gym presence to the schedule, and though I finish my days with the feeling of absolute physical exhaustion, mentally, I’m quite content – thank you very much. Well, the sunshine outside doesn’t hurt either. The nice weather calls out for walks in the afternoons, and this is where upon spotting this spider web, I was nudged to change a few things, so now the orderly and the deliberate is the way.

Początek roku szkolnego przyczaił się na mnie i dopadł mnie tak ukradkiem. Nagle zaczęły się pobudki o 6-tej rano, długie godziny w klasie i ogólny chaos, jaki zwykle się zdarza gdy zaczyna się szkoła. Powroty do domu nie były wcale lepsze, bo zapanował stan całkowitej dezorganizacji, któremu towarzyszyło poczucie wyczerpania i potrzeba spoczywania w bezruchu przez długie godziny. Tak, mniej więcej wyglądał mój cały zeszły tydzień – po prostu marazm. Taki stan nie mógłby jednak trwać zbyt długo, bo nitki życia zaczęłyby się szybko strzępić. To też wzięłam się trochę w garść. Dorzuciłam do harmonogramu dnia niezbędnie konieczne wizyty na sali gimnastycznej, i choć fizycznie, z końcem dnia, padam na nos, to mentalnie wszystko wokół zaczyna nabierać rumieńców. Oczywiście, słoneczna pogoda tylko ułatwia poprawę samopoczucia, zachęcając do spacerów, bez których nie natknęłabym się na tę pajęczynę co to posłużyła mi jako metafora na życie – choć delikatne, to całkiem rozmyślne i uporządkowane.

Hello September!

Though I don’t contest your beauty, I’m not your greatest fan. I’m not waiting for you with impatience. I’m one of those, who resign themselves into accepting you since there is no way to deny you the entrance into the world’s stage. I slowly get used to you as the time goes on, reluctantly, if you recall. My attitude shifting, into slowly and silently appreciating your showiness, especially, the abundance of the nature’s produce that you bribe me with on the entry. Eventually, I find myself uttering gratitude for the warmth of the day you still provide and mouthing the thanks for the days without the rain. Hello September! Come along, but be gentle, please!

Witam Wrzesień, z przekąsem, bez ekscytacji. Wprawdzie nie neguję jego uroków, ale też nie jestem jego fanką. Nie wyczekuję go z nieciepliwością, a raczej akceptuję z rezygnacją, jako że nie mam jak pozbawić go miejsca w kalendarzu. Powoli, przyzwyczajam się do niego, można powiedzieć, z oporami. Z czasem, nastawienie ulegnie zmianie i nawet z próżnością przyjmę jego zaloty oferowane w obfitości wszystkich tych cudnych warzyw i owoców. W końcu wypowiem modlitwę wdzięczności za ciągle jeszcze ciepłe dni, jak również podziękowania za dni bez deszczu. Witam Wrześniu, bądź dla mnie łaskawy w tym roku!

Confused

Please excuse my lavender, as it doesn’t know what it’s doing. It’s blooming its heart away, impervious to the signs of the reality surrounding it. Its instincts failed and betrayed it and it gushes its lavender charms even though they get ostentatiously ignored. The poor thing doesn’t know that presently it’s the time of the mighty pumpkin. The colours that are being enforced are the yellows, reds, and the rust hues. None of that soft pink and purple carries any weight right now. But I still give it the credit, for something has to be said about the forward-moving force of the unusual, the unheard of, the unprecedented, about the harmless madness that it manifests, with a tad of arrogance added for good measure. That’s my lavender for you!

Proszę, wybaczcie mojej lawendzie, bo ona nie wie co robi. Kwitnie z całej mocy, nieświadoma rzeczywistości, która ją otacza. Wszelkie instynkty ją zawiodły i jakby nic produkuje się kwiatami, mimo że jej wysiłki są całkowicie ignorowane. Nie rozumie, biedactwo, że już nastał czas wszechobecnej i wszechmocnej dyni, i że kolory na fali są raczej w żółciach, czerwieniach i rdzach. Te róże i fiolety, którymi emanuje, są całkowicie bez znaczenia. A mimo to, podziwiam ją za jej wymowną odwagę, bo jest to siła, która popycha życie do przodu, i wszystkie jej nienormalne, niesłychane, bezprecedensowe, trochę szalone i aroganckie wysiłki nie idą tak totalnie na marne. Bo tak właśnie, wyzywając status quo, moja lawenda oznajmia swoją osobowość i indywidualność – ku mojej wielkiej dumie.

Grateful

Today we celebrate the Canadian Thanksgiving. We’ve invited family and friends to join us for the holiday dinner. It’s in the moments like this when I realize how untrained I am for holidays like Thanksgiving. Never celebrated that day as a kid and only when we came to Canada, and I matured enough, I started to grasp its significance. Still I’m uneasy to articulate my grateful thoughts just because it’s this day on the calendar. So I fail, I don’t count my blessings at the table, and I don’t tell people how much I appreciate them. But then the dinner is over and we take a walk in the forest. I see the beauty of this fall day that surrounds me, I look at A. and he gently smiles at me, and the grateful thoughts rush to and through me, and I whisper them to myself, one by one, hoping that they still count.

Dzisiaj jest kanadyjskie Święto Dziękczynienia, takie polskie Dożynki, ale z poczuciem ogromnej wdzięczności za wszystko dobre co nas w życiu spotkało. Rodzinka i przyjaciele zostali sproszeni i ogromny indyk został wytwornie upieczony. Okazuje się jednak, że to w chwilach jak ta manifestuje się mój brak przygotowania na świętowanie tradycji, w których nie wyrosłam. Musiało dużo czasu upłynąć, żebym zrozumiała o co chodzi, ale mimo to, że dorosłam, nabyłam doświadczenia, to nadal publiczne odliczanie łask zaznanych od życia nie przychodzi mi łatwo, a raczej, w ogóle nie przychodzi. Nie wyliczam więc przy świątecznym stole błogosławieństw, nie wyznaję biesiadnikom jak bardzo ich cenię. Nikt z nas tego nie robi. Wkrótce, jest już po obiedzie, idziemy z A. na spacer do lasu. Las jest piękny w ten pochmurny, jesienny dzień. Zerkam na A., on uśmiecha się do mnie tak łagodnie i nagle fala wdzięczności zalewa mi i umysł i serce. Wyszeptuję wszystkie wdzięczne myśli, jedna po drugiej, i mam wielką nadzieję, że one się też liczą.

Surprise Is in the Baking

The weekend started so beautifully for me.   Friday afternoon I was still bursting with tones of energy after work… I even baked an apple cake.  Can you believe it?  And then the tables started to turn somewhere in the middle of the weekend.  Today, I’m absolutely deprived of any energy, no spunk, no spark, and feeling that a cold is coming.  Oh, what a downer.  It’s amazing how quickly your body can change gears from a full steam ahead to a screeching halt.  I seriously start doubting that the hand-washing business has anything to do with cold prevention.  Since school started and I’m in contact with sneezing kids daily, I might have been thought on an obsessive-maniacal side with my fervent hand washing, to no avail, as it turns out.  On the other hand, it’s just a silly cold, it’ll go away as quickly as it came, right?  The big surprise was the fact that the cake was delicious.  I’m still in awe that my baking efforts resulted in an edible thing.  It’s the first time I ever made a no-gluten cake, this one, with a selection of no-gluten flours – quinoa, brown rice, millet and a bit of the hazelnut meal.  The recipe comes from one of my favourite foodie blogs La Tartine Gourmande and I highly recommend it.  Well, I’ll be off now, but I’m determined to be back here real soon, all rested and cold-free.  Have a great and healthy week, Everyone!

Weekend zaczął się tak dobrze.  W piątek po pracy, nadal tryskałam energią… i nawet upiekłam ciasto z jabłkami.  Trudno w to uwierzyć, prawda?   Ale wszystko zaczęło nabierać innego wymiaru gdzieś w sobotę.  Dzisiaj,  już niestety, wyzuta jestem z energii totalnie, ani krzty iskry we mnie i czuję, że to tylko jeszcze krok do tego nie ciekawego poczucia sponiewierania przeziębieniem.  Czy to nie jest fascynujące jak szybko życie potrafi zmienić tempo, z pędu pełną parą do przodu, do stopu z piskiem opon.  Mam poważne wątpliwości czy częste mycie rąk ma jakikolwiek związek z zapobieganiem przeziębienia.  Odkąd szkoła zaczęła się we wrześniu i mam do czynienia codziennie z kichającymi uczniami, mogłam bym posądzana o zapędy obsesyjno maniakalne przez to moje bezustanne mycie rąk, które wcale, jak widać, mi nie posłużyło.  Ale z drugiej strony, to tylko frywolne przeziębienie.  Zapewne minie tak samo szybko jak przyszło.  Niespodzianką natomiast był ten placek, który  upiekłam.  Nadal nie wierzę, że udało mi się wypiec coś zdatnego do zjedzenia.  To był pierwszy raz kiedy rzuciłam się na ciasto bezglutenowe.  W skład wchodzi kilka bezglutenowych mąk – z komosy, z prosa, z brązowego ryżu, no i trochę zmielonych orzechów laskowych.  Przepis pochodzi z mojego chyba najulubieńszego bloga związanego z jedzeniem, La Tartine Gourmande i polecam go z wielkim przekonaniem.    No dobrze, to już chyba wszystko na dzisiaj.  Zdecydowanie zamierzam powrócić tutaj za dzień lub dwa – już wypoczęta i nie pociągająca nosem.  Życzę Wam więc przyjemnego tygodnia i dużo zdrowia.

Related Posts with Thumbnails