Archive for the ·yellow· Category...

Happy Easter

I wish you Happy Easter. I thought, I could make this wish sound really special, but the language fails me. To me, it’s one of the happiest moments of the year, because spring is here and I can’t contain myself at the possibilities that this life renewal offers. Therefore, whether you celebrate Easter, or not, and whichever is your wish, I hope you experience these spring days in a very special way and you’ll enjoy this simple bouquet of desert spring wildflowers I picked up especially for you.

Wesołych Świąt! Trudno uwierzyć, jak bardzo nie od serca brzmią te życzenia. Chciałam Wam złożyć najbardziej oryginalne z wielkanocnych życzeń, a niestety, brakuje mi słów wypełnionych znaczeniem. Wielkanoc jest jednym z najszczęśliwszych dni w roku, bo obecność wiosny czyni je tak wyjątkowymi, że trudno mi opisać euforię odczuwaną na myśl o potencjale jaki ta wiosenna odnowa za sobą niesie. Więc czy świętujesz Wielkanoc, czy też nie, i jakie by nie było to Twoje świąteczne marzenie, życzę Ci, żebyś doświadczył(a) tych kilku nadchodzących wiosennych dni w wyjątkowy sposób. Z nadzieją, że polubisz, podsyłam Ci ten prosty bukiecik pustynnych polnych kwiatków, zebranych specjalnie dla Ciebie na tę okazję.

Love Lemons Muffins

You know I’m a reluctant pastry baker. I rarely succeed, usually fail, occasionally make something worth of a notice. And these are notice-worthy, I tell you. I wouldn’t have ventured into another bout of futile baking if it weren’t for a whole full basket of freshly picked lemons, delivered to our doorstep by our Mexican-Salvadorian friend-neighbours. The lemons were huge, fragrant, and attention grabbing, so the first thing we did, we peeled them all and made (are making) some excellent limoncello out of them. The naked lemons sitting in the fridge begged for some decent treatment and the best I could come up with were these ‘Love Lemon Muffins’. See if you like them.


Wiecie już, że nie wypiekam ciast z zamiłowania. Rzadko odnoszę sukces, zwykle kończy się fiaskiem, i tylko czasami uda mi się upiec cos godnego uwagi. A te oto mufiny dla miłośników cytryny są tej uwagi godne. Nie zadałabym sobie trudu pieczenia, gdyby nie to, że cały kosz świeżo zerwanych cytryn wylądował nam na progu, dzięki życzliwości naszych meksykańsko-salwadorskich sąsiadów. Cytryny były ogromne, pachnące i totalnie przykuwające uwagę, dlatego też pierwszą rzeczą jaką uczyniliśmy, było obranie ich ze skórek i nastawienie limoncello. Jednak gdy spoczywały w lodówce takie obnażone, błagające o bardziej godne traktowanie, jedynym pomysłem jaki mi przyszedł do głowy, były te mufiny dla miłosników cytryny. Sprawdźcie, czy przypadną Wam do gustu.


Reviving Ranunculus

I felt it was my duty to bring the fading beauty of the yellow ranunculus that I received as a hostess gift from B. to its former glory, but nothing seemed to work. The next best option was to surround it with some colour, so I made the board from the left-over pallette boards and painted it this sassy ‘clearly deep ultramarine’, (something needs to be said about the people who name paint colours – some of them are just plain weird!), and we both instantly felt revived. I think you’ll be seeing this board a lot in the next few days as the background for the pics I have in mind. Doesn’t it spell s*u*m*m*e*r?

Czułam, że było to moje zadanie przywrócić ten pełnik do wcześniejszej piękności, bo z trudem patrzyłam jak ten piękny wiosenny kwiat, upominek od B., zmaga się z letnim, arizońskim słońcem. Nikt jednak nie pomagało. Wymyśliłam, że tylko żywy kolor może zaradzić sytuacji i szybko zbiłam z desek tę powierzchnię, która ma mi służyć za tło do zdjęć, i od razu oboje, ja i kwiatek, poczuliśmy się lepiej. Nie da się ukryć, że jest coś w tych kilku deskach niesamowicie wyzwalającego, totalnie optymistycznego. L*a*t*o!

Comments Off

Hail to the Sun

Hello my Dear Friends… I am sure you wonder where I have been these last two weeks.
Well, life has been fabulously fun of late and I’ve been keeping myself busy with family and friends throughout the spring break. As I’m finished entertaining, I’m far from finished worshiping the Arizona sun, which is embodied best, and with true finesse, in different forms of citrus that abounds around here. Unfortunately, the citrus season is coming to the end, as do our vacations, but there is nothing more refreshing than a little sunshine in early spring months. I feel so refreshed and energized and I hope you got that spring feeling, too. I’ll be back tomorrow, reporting on all things Arizonian. Until then. Hugs. xoxoxo

Witajcie, Moi Drodzy! Pewnie już wątpiliście, że kiedykolwiek powrócę na Majologię po ponad dwóch tygodniach nieobecności. Donoszę więc niezwłocznie, że życie było pełne wrażeń i miłych chwil, jako że spędzaliśmy przerwę wiosenną w towarzystwie rodzinki i przyjaciół, co wypełniało nam czas po brzegi. Już skończyły się wizyty, ale nie skończyło się jeszcze nasze ubóstwianie arizońskiego słońca. To natomiast, jest najlepiej zaprezentowane w formie tych niemożliwie słonecznych cytrusów, których wokół bez liku. Niestety i ich czas zbliża się ku końcowi, jak i nasze wiosenne wakacje, ale jestem tak cudnie wypełniona słoneczna energią i ogólnym poczuciem wiosennej odnowy, że tylko marzę, że i Wy czujecie się podobnie. Do jutra zatem, kiedy to zapodam w skrócie co to się działo u nas w Arizonie przez ostatnie dwa tygodnie. Trzymajcie się ciepło. xoxoxo

Comments Off

When Thursday Feels Like Friday

I know it’s Thursday, but I feel as if the weekend had already started for me, hence the extra cheerful mood around here on Majology. Tomorrow, instead of going to work, at the school, I’ll be at the training centre… well, training. This tiny change in routine feels so good that I couldn’t resist and had to share the spring that I feel in my heart, but also the spring that is starting to happen all around us. Take, for example, these forsythia bushes in full bloom. Happy Friday, Everyone!


Pin It

Wiem, że jest czwartek, ale czuję się jakby weekend się już zaczął, stąd też ten radosny nastrój na Majologii. Jutro, zamiast w szkole, jestem na szkoleniu i ta nic przecież nie znacząca zmiana w codziennej rutynie, potrafiła mnie nastawić nie tylko optymistycznie do świata, ale przede wszystkim, bardzo wiosennie, bo wiosna mi tylko na myśli. Wiosnę zresztą, zaczyna już być widać wszędzie wokół, czego te kwitnące forsycje są dowodem. Życzę Wam wszystkim miłego piątku.

The Sun Harvest

The citrus is all around. The bright yellow and orange globes punctuate the landscape wherever you look. I never knew how oranges should taste, until I ate one straight from the tree. Love having this opportunity to go to a nearby orange grove and get for breakfast freshly picked… Navel oranges, or lemons, or tangelos, or kumquats – or whichever strikes my fancy.

Cytrusy są wszędzie. Żółte i pomarańczowe owale naznaczają teren słonecznym blaskiem gdziekolwiek nie popatrzysz. Tak naprawdę, to nigdy nie wiedziałam jak smakuje pomarańcza dopóki nie spróbowałam jednej prosto z drzewa. Zadziwia i raduje mnie fakt, że mamy taką niesamowitą okazję wstać rano i udać się do pobliskiego sadu pomarańczowego by zerwać na śniadanie pomarańcze, albo cytryny, albo tangelo, albo kumkwaty – lub czego dusza zapragnie.

Comments Off

You Say Heirloom, I Say Tomato

Have I ever told you that tomatoes are my absolutely most favourite thing (either fruit or vegetable – your choice) to eat. I readily eat them in all shapes and forms, preferably raw, like you’d eat an apple. Tomato salads are the very close second on my favourite-foods-to-eat list. Well, you get the idea, I love tomatoes. No surprise then that I’m writing today about tomatoes. But heirloom tomatoes? What are they? Apparently, it’s a war. A war waged between uniformity and diversity. Somewhere, somebody, sometime in the 1950′s thought that people of the world prefered tomatoes to be of one size, one colour, and one shape. This is how our familiar greenhouse tomato was created (engineered) – unblemished and flavourless. Thankfully, in the 1970′s, humans vaguely recalled that a tomato once was a tasty treat, a summer delight, really. So these smart people found tomato seeds from before the 1950′s and they revived a real tomato, a heirloom tomato. Thank you very much. The same tomato that grew freely in gardens of my childhood and still happily grows, from that old seed, in most of the rural Europe – only in season, mind you, but exactly how the mother nature intended.

Czy wspomniałam może kiedyś, że pomidory są zdecydowanie najulubieńszym moim warzywem, nie, moim najulubieńszym owocem. Jem je jak popadnie, najchętniej surowe, jak jabłko. Sałatka pomidorowa jest druga na liście, ale już starczy. Ustaliłam, że uwielbiam pomidory. Tymczasem, w Ameryce wszyscy szaleją na punkcie pomidorów typu “heirloom”. Nie wiem nawet jak to przetłumaczyć – pomidory z dziedzictwa??? Aktualnie trwa tutaj pomidorowa wojna między jednolitością a różnorodnością. Kiedyś dawno, ktoś, gdzieś w 50-tych latach zdecydował, że ludziom na świecie potrzebne są pomidory o jednakowym rozmiarze, kolorze i kształcie. Tak też powstał znany nam pomidor szklarniowy – bez skazy i bez smaku. Na szczęście, jakieś 20 lat później, ludzie zaczęli przypominać sobie, że kiedyś istniały pomidory pachnące i rozkoszne w smaku. Zaczęli więc szukać starych nasion i w ten sposób przywrócili do życia prawdziwego pomidora, tego z dziedzictwa, który tutaj, w Ameryce, jest rzadkością i dość drogą przyjemnością, a który rósł zawsze w ogrodach mojego dzieciństwa, i nadal szczęśliwie, co roku, w Polsce wyrasta – latem tylko, tak jak matka natura przykazała.

Nesting

What do you think of this picture I took on the walk this morning of a humming bird sitting on its nest? By pure luck I spotted this tiny creature nervously flying above the palo verde tree I was approaching. When it finally landed, I realized it sat in the smallest of the bird nests I’ve ever seen. I scooted out of his realm as quickly as I came, but not before I snapped a picture or two.

Jak Wam się podoba zdjęcie kolibra wysiadującego jajka w gnieździe, które udało mi się zrobić na porannym spacerze? Łut szczęścia sprawił, że spostrzegłam to maleństwo nerwowo fruwające nad palo verde, do którego się zbliżałam. Gdy w końcu wylądował na drzewie, okazało się że siedzi w miniaturowym gniazdku, najmniejszym jakie kiedykolwiek widziałam. Sądząc po jego bacznym obserwowanie każdego mojego ruchu, wiedziałam, że chce żebym się usunęła z jego królestwa czym prędzej. Kilka zdjęć, i tak też zrobiłam.