Archive for the ·red· Category...

I Heart You!

Wishing you only Sweetness this Valentine and that you love, and are loved, with abundance.
20110226_GosiaMaj-SigWithDaisy

20130213_HeartYou

Życzę Wam tylko słodyczy tej Walentynki i byście wszyscy byli obdarzeni, i obdarzali, miłością chojnie.
20110226_GosiaMaj-SigWithDaisy

Comments Off

The Easy-Going Red Stripe

Some patters are just cheerful and good-humoured. The red stripe leads the way. Casual and unassuming, perfectly at home in any kitchen, just begs to be flaunted on open shelving, so it can be rightfully admired and smiled at.
20110226_GosiaMaj-SigWithDaisy

20130209_Easy-GoingRedStripe

Co poniektóre wzory są po prostu wesołe i pełne humoru. Czerwony pasek do takich właśnie należy. Swobodny i skromny, dobrze pasujący do każdej kuchni, pięknie prezentuje się na półkach, gdzie jest zarówno podziwiany jak i obdarzany aprobującym uśmiechem.
20110226_GosiaMaj-SigWithDaisy

Comments Off

Rampageous Before Christmas

Yes, rampageous, disheveled, disorganized, and chaotic – I’m all of these things of recent. Yet again, when the Season approached, instead of being gently nudged to get my mind and body into the Christmas spirit, I was ambushed by the miscellany of the Christmas needs, wants, should haves and musts. Surprisingly, I didn’t go into the Christmas overdrive, like I faithfully do each year, but rather entered the state of the pre-holiday stupor, where I remain for the time being, bombarded by, but impervious to images of Christmas; those depicting gorgeous rustic, woodsy decorations, twiggy stars, candles set in moss, fragrant ginger cookies, mouth-smacking eggnog, festive foods, and chic Christmas presents. All of them are scattered all over my jumbled mind, waiting for the moment when they finally fall into their preordained Christmas place. Until this happens, see my uruly collection and try to relax.

Taka jestem roztrzepana, zmierzwiona, niezorganizowana i chaotyczna ostatnio. Bo jak zwykle, przecież, gdy nadchodzą Święta, zamiast wkroczyć łagodnie i dostojnie w okres przedświątecznych przygotowań, zostałam zaatakowana natłokiem świątecznych zachcianek, wymagań, konieczności i obowiązków. Wyjątkowo jednak nie włączyłam tego motorka, jak to mi się co roku zdarza, lecz za to, zawładnęła mną przedświąteczna leniwa melancholia, w której tkwię dość wytrwale i choć bombardowana jestem z każdej strony, to pozostaję bierna i nie poruszona świątecznymi scenami wypełnionymi uroczymi, leśnymi dekoracjami, gwiazdami z gałązek, świeczkami wciśniętymi w puszyste kępy mchu, pachnącymi piernikami, wyśmienitymi daniami, czy szykownymi prezentami. Wszystkie one tłuką mi się po głowie w wyczekiwaniu na moment kiedy to wreszcie znajdzie się dla nich to wyczekane miejsce w gwiazdkowej scenie. Póki co jednak, zerknij na tę chaotyczną kolekcję i spróbuj się zrelaksować.

You Say Heirloom, I Say Tomato

Have I ever told you that tomatoes are my absolutely most favourite thing (either fruit or vegetable – your choice) to eat. I readily eat them in all shapes and forms, preferably raw, like you’d eat an apple. Tomato salads are the very close second on my favourite-foods-to-eat list. Well, you get the idea, I love tomatoes. No surprise then that I’m writing today about tomatoes. But heirloom tomatoes? What are they? Apparently, it’s a war. A war waged between uniformity and diversity. Somewhere, somebody, sometime in the 1950′s thought that people of the world prefered tomatoes to be of one size, one colour, and one shape. This is how our familiar greenhouse tomato was created (engineered) – unblemished and flavourless. Thankfully, in the 1970′s, humans vaguely recalled that a tomato once was a tasty treat, a summer delight, really. So these smart people found tomato seeds from before the 1950′s and they revived a real tomato, a heirloom tomato. Thank you very much. The same tomato that grew freely in gardens of my childhood and still happily grows, from that old seed, in most of the rural Europe – only in season, mind you, but exactly how the mother nature intended.

Czy wspomniałam może kiedyś, że pomidory są zdecydowanie najulubieńszym moim warzywem, nie, moim najulubieńszym owocem. Jem je jak popadnie, najchętniej surowe, jak jabłko. Sałatka pomidorowa jest druga na liście, ale już starczy. Ustaliłam, że uwielbiam pomidory. Tymczasem, w Ameryce wszyscy szaleją na punkcie pomidorów typu “heirloom”. Nie wiem nawet jak to przetłumaczyć – pomidory z dziedzictwa??? Aktualnie trwa tutaj pomidorowa wojna między jednolitością a różnorodnością. Kiedyś dawno, ktoś, gdzieś w 50-tych latach zdecydował, że ludziom na świecie potrzebne są pomidory o jednakowym rozmiarze, kolorze i kształcie. Tak też powstał znany nam pomidor szklarniowy – bez skazy i bez smaku. Na szczęście, jakieś 20 lat później, ludzie zaczęli przypominać sobie, że kiedyś istniały pomidory pachnące i rozkoszne w smaku. Zaczęli więc szukać starych nasion i w ten sposób przywrócili do życia prawdziwego pomidora, tego z dziedzictwa, który tutaj, w Ameryce, jest rzadkością i dość drogą przyjemnością, a który rósł zawsze w ogrodach mojego dzieciństwa, i nadal szczęśliwie, co roku, w Polsce wyrasta – latem tylko, tak jak matka natura przykazała.

Hiking in Sedona

We left for a short camping trip to Sedona. I was going somewhat reluctantly, not envisioning I could be spending time more pleasantly there than I could on Love Road, but I was wrong. Sedona is such a stunning place. As we drove through some mountainous, but mainly green landscape filled with pines and juniper trees, as well as through the impressive greenery of the Verde Valley, we were greatly surprised to be unexpectedly greeted by this luminous red-hued terrain, with unpredictable formations made of the intensely red sandstone. The weather was so agreeable too, a liveable 84ºF, as opposed to the oppressive 108ºF in Phoenix. Hiking the Cathedral Rock was the ultimate reward as the hike kept bringing us higher and higher, revealing amazing views from the top. The town of Sedona is perhaps a tad to commercialized for my liking, but it’s to be expected with everybody going there for hundreds of hiking trails. Thankfully, we’ve left the retail world behind and ventured farther north, towards Flagstaff, where we nestled in a small campground, and stayed there for the night in the shadows and the fragrance of the panderosa pines. Oh, that smell!

Wyruszyliśmy na krótką wycieczkę kampingową do Sedony. Jechałam raczej niechętnie, nie wyobrażając sobie, że mogę tam spędzić czas przyjemniej niż na Love Road, ale się myliłam. Sedona jest niezwykłym miejscem. W drodze do Sedony, otaczał nas górski, ale głównie zielony krajobraz pełen sosen i jałowca, oraz nadzwyczajna zieleń, jak na Arizonę, w Verde Valley. Tym bardziej więc zaskoczył nas intensywnie czerwono zabarwiony teren, naznaczony ogromnymi formacjami z czerwonego piaskowca, gdy wjechaliśmy do miasteczka. Pogoda też nam sprzyjała, bo 29ºC było o wiele bardziej przyjazne, niż opresyjne 42ºC, które pozostawiliśmy za sobą w Phoenix. Wycieczka w góry, trasą do Cathedral Rock okazała się być ostateczną nagrodą, bo wspinając się na coraz to wyższe skałki, odsłaniał się przed nami niemożliwy do opisania widok. Samo miasteczko było nieco zbyt skomercjalizowane jak na mój gust, ale trudno się temu dziwić skoro tysiące ludzi spędza tutaj wakacje korzystając z niezliczonej ilości górskich szlaków do przejścia. Nam jednak było dane przenieść się nieco dalej na północ, w pobliże Flagstaff, gdzie znaleźliśmy cichy kamping wśród oszałamiająco pachnących sosen panderosa. Ach, ten zapach!

Local Strawberries

Honestly, I thought we wouldn’t see any of these gems this year. The warm temperatures have been successfully evading us for many months now. Somehow, the strawberries managed to ripen despite the cold and the wetness. While at the farmer’s market, I thought these beauties looked nothing like their Californian gigantic cousins and surely they had been earlier picked up from a farm half a mile away. And this, my friends, can signify only two things. Firstly, they are what is considered “local strawberries”, second, the summer might have just arrived when I was not looking. Today is the Midsummer and I’m sending you off to a splendid, summery weekend with these gorgeous berries. Picnic, anyone?

Uczciwie mówię, nie myslałam, że będzie nam dane spróbować jak smakują w tym roku lokalne truskawki. Letnie temperatury zdołały nas unikać przez wiele miesięcy. Jakimś cudem jednak, truskawki dały radę dojrzeć pomimo zimna i ciągłej wilgoci. Gdy spostrzegłam to cudo na zielonym rynku, od razu pomyślałam, że niczym nie przypominaja one ich gigantycznych, kalifornijskich kuzynów. Gdy sprzedawca zaanonsował, że właśnie zebrane zostały na farmie odległej o kilometr, to wiedziałam, że im się nie oprę. Może to więc oznaczać tylko dwie rzeczy. Po pierwsze, mamy wreszcie lokalne, czytaj “ekologiczne” truskawki. Po drugie, lato musiało nadejść, gdy nie zwracałam uwagi. Ponieważ dzisiaj świętujemy środek lata, więc przyjmijcie ode mnie życzenia wspaniałego, słonecznego, letniego weekendu. A może tak na piknik?

Abundant Peony

Spectacular, gorgeous, feminine, inspiring, perfect peonies!
Oh, how much I adore these flowers. As the peony season has finally descended upon us, the hope also entered my spirit. Our world changed the seasons today, at last. We’ve had the wettest winter/spring seasons on record, and as we started calling this June “the Junuary”, this morning, we’ve finally been allowed to wake up to the sunshine. Nothing wanted to grow in the soggy soil, so I lost hope that I’d ever see peonies this year. But here they are, the generous gift from M. My lazy afternoon yesterday was spent sitting in front of this bouquet watching the petals fall to the table – ephemerally, whimsically, with no regret.

Spektakularne, wspaniałe, kobiece, inspirujące, idealne piwonie.
Uwielbiam te kwiaty i jako że sezon na piwonie wreszcie nastał, to i nadzieja wstąpiła w moją stęsknioną wiosny duszę. Dzisiaj wreszcie nadeszła wiosna, po rekordowo mokrej i deszczowej zimie. Już prawie zapomnieliśmy, że słowo “wiosna” istnieje w tym języku, bo pogoda do dzisiaj była całkowicie styczniowa, aż tu nagle, dane nam było obudzić się w słoneczny poranek. Do tej pory nic nie rosło w tej deszczem przesiąkniętej glebie, więc nie liczyłam, że ujrzę piwonie w tym roku. Ale oto są, dzięki nadzwyczajnym zdolnościom ogrodniczym M., obdarowana zostałam tym pięknym bukietem, przed którym spędziłam piątkowe, leniwe popołudnie przyglądając się płatkom jak spadały – tak ulotnie, kapryśnie i bez żalu.

Related Posts with Thumbnails
Comments Off