Archive for the ·grey & black· Category...

Rain, Rain Go Away! Come Again Another Day

You know it has rained for much too long here when every conversation you have, starts with the statements about weather. You know the rain gets to everyone when the seven-years-olds complain about it. On the positive note, I now have meaningful conversations with one-graders.
20110226_GosiaMaj-SigWithDaisy

20130130_RainRain

Kiedy każda rozmowa zaczyna się od stwierdzeń o pogodzie, oczywistym wtedy staje się fakt, że deszcz pada już o wiele za długo. Kiedy to siedmiolatki zaczynają narzekać na deszcz, wiadomo już, że ta szarówka daje się wszystkim we znaki. Korzyścią w tej całej sytuacji jest tylko to, że teraz mam wspólny temat do rozmowy z pierwszakami.
20110226_GosiaMaj-SigWithDaisy

On Entry

Who and what greets you when you come through the door entering your home? Your love, your kid, or is it your dog? I miss the times when F. would run to the door when I came home from work. Nothing felt lovelier than seeing his bright face. These days, when the boy is a man, A. is there almost every time, with a smile and a warm embrace causing my heart to leap. One of the kitties will also come to the door, apparently, hearing and sensing my presence when I’m still making my way up the staircase. But when no one is home, and the kitties are napping, all I see when I enter are memories, life’s moments materialized. They are pictures, old and new, they are objects collected, they are little vignettes that mean nothing to an accidental onlooker, but are infinitely meaningful to me. On a single entry, I catch myself noticing just one one of the things, or focusing on a single picture. The rest of them somehow fades into the background. This one item will grab my attention and will steer my mind to the time and the moment when the event took place. The feeling is both reassuring and soothing. Tomorrow, another sight will take its place, invoking resurgence of new emotions. I rely on that little ritual. Walking through that door says I’m home and my Mom’s smiling face only confirms the notion that I’ve arrived.

Kto Cię wita, gdy otwierasz drzwi? Partner? Dziecko? A może pies? Z tęsknotą wspominam czasy, gdy F. gnał do drzwi witając mnie z promienną buzią. Dzisiaj, A. stoi dzielnie w drzwiach z uśmiechem i ciepłym objęciem, i to wystarczy, żebym poczuła szczęście i zadowolenie z chwili. Również kicia majestatycznie nadchodzi, bo ponoć słyszy i wyczuwa moją obecność na długo przed tym zanim stanę pod drzwiami. Gdy jednak w domu nie ma nikogo, a koty podsypiają, witają mnie wspomnienia. Zmaterializowane w zdjęciach, starych i nowych, w przedmiotach pozbieranych po świecie, nic nie znaczących dla przypadkowego gościa, a dla mnie bedących masą wspomnień i znaczeń. Przy każdym otwarciu drzwi jedna tylko rzecz przykuje moja uwagę, natychmiast przenosząc mnie w przestrzeni i czasie do tego jednego wydarzenia i tej jednej doświadczonej chwili. Wielce kojące jest to uczucie i poddaję się temu rytuałowi z ochotą. Jutro, pewnie inny obiekt wpadnie mi w oko i wrzuci mnie w wir zupełnie nowych emocji. Ta wycieczka w czasie jest sygnałem, że jestem w domu a uśmiech Mamy ze zdjęcia tylko mnie upewnia, że dotarłam.

Soothing Weekend

On the day like today, when the rain is pouring, the wind howling, and it’s still dark-grey outside at 10 o’clock in the morning, I come to a conclusion that only a soothing cup of tea can convince me to just sit, sip, and contemplate. Some days the battlefield has been emptied, and the only one you have to conquer is yourself. Happy weekend, Everyone!

W dzień jak dzisiaj, kiedy deszcz pada jak najęty, wiatr hula i jest nadal szaro-buro o 10-tej rano, dochodzę do wniosku, że tylko kojąca filiżanka herbaty może mnie przekonać by spokojnie posiedzieć, posączyć i pokontemplować. Czasami pole bitwy pustoszeje i jedynym wrogiem pozostającym do pokonania jest własne ego, plany i ambicje. Życzę wszystkim spokojnego weekendu.

On a Mission – a New Home Office

It’s a funny feeling, you kind of know what you want your surroundings to look like, but you’re nowhere close to affording it. So you envision, imagine, believe, then shortly after, it slowly starts coming together as if it were meant to materialize whether you planned on it or not. This is beginning to happen to me. When we acquired the house on Love Road, one of bedrooms was destined to be our little home office. A. and I like to share the space, so I wanted the office style to reflect the sensibilities of the both of us. Nothing too feminine, yet not the “server-room-that-happens-to-fit-into-a-closet” type of thing that I know all too well from our home back in Canada. For one reason or another, I craved subdued colours, based in white, with plenty of smoky greys, aubergine, an odd dusty pink and some bright woody browns for the nice contrast. I started recognizing little elements around me that would nicely harmonize with the vision. One of the examples are the rocks I gathered and then brought from the White Rock beach all the way to Arizona. They just happened to have the perfect hues for the project. Then, visiting the Schnepf Farm in April, I found this amazing huge feather, again, fitting the colour scheme so nicely. The trend followed and I kept collecting – the airy cotton curtains in the earthy tone, some dishes, and from there, IT started happening and the vision grew. I must admit, I have accessories now, but hardly any furniture yet. Somehow, it worries me not.

Zabawne jest to odczucie, bo jakkolwiek jest ci wiadome jak chcesz, żeby twoje otoczenie wyglądało, to niestety nie stać cię na takowy wydatek. Więc wymyślasz, marzysz, wierzysz, i wkrótce, wizja zaczyna przybierać kształtów, jakby miała się zmaterializować czy chcesz, czy nie chcesz. Tak właśnie się dzieje w moim przypadku. Po zakupie domu na Love Road, jedna z sypialni miała być przeznaczona na domowe biuro. Jako że A. i ja lubimy spędzać czas razem, wiedziałam, że nie będzie to przestrzeń wystrojona wybitnie kobieco, ale zależało mi też na równowadze, i nie wyobrażałam sobie, że powtórzymy błędy z domu w Kanadzie, gdzie to szafa wyposażona jest w sprzęt komputerowy, który z pewnością utrzymałby małą korporację. Chciałam, żeby kolory były nieco przyciszone, z białymi ścianami zaakcentowanymi szarością, oberżyną, przydymionymi fioletami, z jasno-brązowymi elementami dla kontrastu. Ze zdziwieniem zaczęłam rozpoznawać te akcenty wokół siebie. Te kamienie zostały przywleczone przeze mnie aż do Arizony z plaży w White Rock. Przyciągnęły moją uwagę odcieniami, które idealnie wpasowały się w kolory wymyślone na biuro. Odwiedzając farmę Schnepf, znalazłam to ogromne pióro, znowu w kolorach, które mnie tak zainspirowały. Ten trend był kontynuowany przy zakupie firanek, czy porcelanowych naczyń. Po niedługim czasie, wszystko zaczęło formować pewną koherentną całość, a moja wizja nabierała kształtów. Wprawdzie na razie posiadam głównie dodatki, a bardzo niewiele mebli, ale jakoś to mnie w ogóle nie martwi.

Related Posts with Thumbnails