Archive for the ·beauty of living things· Category...

In the Mood for Spring

It’s been a fantastic, sunny day here in Vancouver and this cheery occasion called for a walk. I was very much in the mood for spring and the nature did not disappoint me. Once I saw these willow catkins I knew the spring was on its way. Hang in there, people, the spring is coming!

Taki był dzisiaj piękny, słoneczny dzień w Vancouver, że ta radosna okazja domagała się wyjścia na długi spacer. Mam już wielki apetyt na wiosnę, i wierzcie mi, natura mnie nie zawiodła. Te bazie wystarczyły by nadzieja na nowo zatliła mi się w sercu. Nadchodzi Wiosna, kochani, naprawdę nadchodzi!

Flowers for the Year

Flowers are on my mind. On Sunday, I searched four different garden centres for spring flowers, and guess what, nothing, nowhere. All I heard was: “It’s too early”. How come then I’m in such a need for colourful blooms around me? Not willing to wait, I’ve compiled some of my flower images into a calendar collage. Hope you enjoy it!


Pin It

W głowie mam tylko kwiaty. Kwiaty, których nie ma jeszcze w sklepach. Ogrodnicy zgodnie twierdzą, że stanowczo na nie za wcześnie. Dlaczego więc tak tęsknię za czymś co by kwitło i może nawet trochę pachniało, skoro nie jest jeszcze na to pora? Nie zamierzam czekać, więc na prędce złożyłam kolaż w kwiatów, które fotografowałam przez cały zeszły rok. Mam nadzieję, że ten kwietny kalendarz cieszy oko!

Bye, Bye Lavender

It’s time, finally, to leave Arizona for a few months and time to go back home. I’m not particularly looking forward to returning to the damp Vancouver weather, but the lavender is making up for the sadness of our departure, bidding us goodbye by maintaining it’s veracious blooms. Keep it up, gorgeous, I’ll be back soon!

Wreszcie nadszedł czas powrotu do domu i czas pożegnania Arizony na kilka miesięcy. Niezbyt cieszy mnie powrót do dżdżystego Vancouver, ale na szczęście, lawenda rekompensuje mi smutek rozstania, kwitnąc bez opamiętania, i tym miłym gestem mówiąc mi ‘do zobaczenia’. Kwitnij dalej, ślicznoto, bo wracam tu już niebawem!

The Sun Harvest

The citrus is all around. The bright yellow and orange globes punctuate the landscape wherever you look. I never knew how oranges should taste, until I ate one straight from the tree. Love having this opportunity to go to a nearby orange grove and get for breakfast freshly picked… Navel oranges, or lemons, or tangelos, or kumquats – or whichever strikes my fancy.

Cytrusy są wszędzie. Żółte i pomarańczowe owale naznaczają teren słonecznym blaskiem gdziekolwiek nie popatrzysz. Tak naprawdę, to nigdy nie wiedziałam jak smakuje pomarańcza dopóki nie spróbowałam jednej prosto z drzewa. Zadziwia i raduje mnie fakt, że mamy taką niesamowitą okazję wstać rano i udać się do pobliskiego sadu pomarańczowego by zerwać na śniadanie pomarańcze, albo cytryny, albo tangelo, albo kumkwaty – lub czego dusza zapragnie.

How I Get to Know the Desert Wildflowers

Little by little, I get a bit more acquainted with the flowers that live in the desert. The summer has passed, the time when they were scarce. But now, when apparently the rainy season is upon us, they re-appear. I smile, no, I smirk. Rainy season? Have these Arizonians ever been to the Pacific Northwest? But I digress. As the rainy season starts, so the desert plants grow vivaciously and they bloom eagerly. The ground looks still thirsty for water. But only to me, the untrained, the unfamiliar soul.

Powoli, zaczynam zapoznawać się z pustynnymi kwiatami. Lato już minęło w Arizonie, czas kiedy kwiatów na pustyni nie ma. Teraz, gdy nastała pora deszczowa, pojawiają się na nowo. Wybaczcie, ale nie umiem przejść do porządku dziennego nad tą “porą deszczową”. Doprawdy, żaden deszcz jakiego tutaj doświadczyłam, nie kojarzy mi się z porą deszczową. Ci Arizończycy oczywiście muszą nie wiedzieć co to znaczy deszcz w Vancouver. No ale zboczyłam z tematu. Otóż, jako że pora deszczowa zawitała, to i pojawia się pustynna roślinność i zaczyna zakwitać z rozmachem. Ziemia nadał wygląda na stęsknioną za deszczem, ale tylko mi się tak wydaje, duszy nie wytrenowanej jeszcze w pustynnych prawidłach.

Like This Smiling Pig…

… I would be quite content living on a farm. As a city girl throughout most of my life, definitely since I was 7 years old, it astonishes me how amazing it is and how at home I feel whenever I venture into a country living situation. All my dormant farmer’s senses are awaken rapidly whenever I smell the manure or hear roosters calling. I’m convinced that if ever we move again, I’ll be surrounded by happy chickens, smiling pigs, snorkeling ducks, and a goat or two.

Tak jak ta uśmiechająca się świnia, najlepiej czuję się na wsi. Jako że oficjalnie jestem “miastowa dziewczyna”, przynajmniej od siódmego roku życia, to dziwi mnie bez końca, jak to jest, że czuję się jak w domu za każdym razem jak wyląduję na wsi. Wszystkie uśpione miejskim życiem receptory doznają raptownego przebudzenia, gdy poczuję te nie każdemu miłe wiejskie zapachy nawozu, gnojówki, albo odgłosy muczących krów, lub piejących kogutów. Przekonana jestem, że jeśli kiedykolwiej będzie nam jeszcze dane się przeprowadzić, to otoczą mnie tylko szczęśliwe kurczaczki, uśmiechające się świnki, kaczki płetwonurki i pewnie nie tylko jedna koza.

Cotton

The first time I saw a cotton field near our house in Arizona, I couldn’t quite connect what it was. It was exactly a year ago and we were house hunting, being driven around lots, and curious to learn about the region. When it finally dawned on me what it was, I thought it must have been a mistake. Mississippi, Louisiana, Georgia, these states surely were invoking cotton fields in my head, but Arizona? As it turns out, there are plenty of cotton fields around, and presently as harvest is in full swing, they are glorious in their cottony fluffiness. I couldn’t help but get a few branches for decorating. Now, if only I knew how to spin!

Pierwszy raz, gdy ujrzałam pola bawełny w pobliżu domu w Arizonie, nie było to oczywiste dla mnie, co to jest. Było to dokładnie rok temu. Przyjechaliśmy do Arizony by kupić dom i byliśmy obwożeni po okolicy, rozglądając się z ciekawością, bo chcieliśmy zdobyć wiedzę na jej temat jak najszybciej. Gdy wreszcie dotarło do mnie co to za roślina, to nie mogłam uwierzyć. Stany jak Mississippi, czy Louisiana, albo Alabama kojarzyły mi się bawełna natychmiast, ale Arizona? A jednak. W zasadzie to otoczeni jesteśmy bawełnianymi polami, a ponieważ właśnie trwają zbiory, to pola obłożone są tą cudną puszystością. Jak tu oprzeć się takiemu zjawisku? Nie wiem, w ruch więc poszły nożyce i oto jestem w posiadaniu kilku puszystych gałązek do
dekoracji. Teraz jeszcze tylko nauczyć się prząść.

Pretty, even if Truffle-less

Remember our jaunt for truffles? It turned out to be rather meaningless. No truffles were found, however, some nice scenery warmed my heart as we were foraging the forests nearby Chilliwack, on the lively Post Creek. Reaching the creek, walking down to it, was like entering a sous-sol castle, a land of enchantment with a degree of uneasiness. The light was significantly diminished, the sounds were muffled with the exception of the gurgling creek and the American red robins cheering me up and watching me with curiosity as I went about my business attempting to photograph the scene. The notion that I belonged there, to that curious and bewitching place couldn’t leave me. I wanted to stay.

Pamiętacie naszą wyprawę na trufle? Okazała się bezowocna. Natomiast sceneria nieopodal jeziora Chilliwack, a dokładnie nad strumykiem Post, uradowała mi serce. Żeby dojść do strumyka, musiałam pomaszerować w dół pośrod dziarskich cedrów, wysokich paproci, i mięsistych mchów. Czułam się jakbym wkraczała w jakiś zapomniany przez wieki średniowieczny zamek. Mało światła, wyciszone dźwięki, z wyjątkiem szumiącego strumienia i zachęcających odgłosów wędrownych drozdów, przyglądających się z ciekawością moim próbom fotografowanie tego miejsca. Nie mogłam jakoś pozbyć się przeświadczenia, że to urzekające miejsce było mi przeznaczone… tak bardzo chciałam tam zostać.

Related Posts with Thumbnails