Archive for the ·Arizona· Category...

Garden Loot

How many times can I be excusing myself? I guess, not many more now. I’m still insanely busy in the garden, taking into consideration that the forecast promises “extreme heat” starting tomorrow throughout all next week, I want this garden clean by tomorrow, so I can sit inside a cool home and admire the blooms through the patio door, laughing at the heat. I know, doesn’t sound much like fun, right. Even the nights don’t bring much reprieve here, as the temperature registers 90ºF at the lowest point. Crazy!… Told you!
I’ve trimmed all the oleander bushes today, receiving in return for my hard work these gorgeous oleander flowers with which, I wish to send you off to a lovely weekend that you deserve so much. See you tomorrow!

I znowu czas na wymówki, bo dni uciekają mi tutaj jak z bicza trzasnął. Niech Wasza cierpliwość do mnie jeszcze trwa, bo pracuję ciężko w ogrodzie bez wytchnienia, a muszę skończyć czym prędzej bo zapowiadają “ekstremalne temperatury” na cały przyszły tydzień, począwszy od jutra. Pragnę już bardzo zasiąść sobie wygodnie w chłodnym domu i podziwiać ogród przez drzwi ogrodowe, nic sobie z upału nie robiąc. Nawet noc nie daje mi tu ulgi, bo najniższe notowane temperatury nocne to ciągle jeszcze 32ºC. Szaleństwo, nieprawdaż?
Tymczasem dzisiaj przycięłam oleandry przed domem, które to w zamian obdarowały mnie ogromną ilością oleandrowych kwiatów. Szybko uwiłam je w prosty bukiecik i jego właśnie ślę Wam wszystkim, życząc Wam wspaniałego, ciepłego, letniego weekendu, pełnego dobrego wypoczynku i swobody. Do jutra!

Ice Cream Debut

Home-made ice cream is a real indulgence. I’ve never thought, I’d allow myself this luxury considering my growing waist line, until I arrived to this oppressive Arizona heat and I’ve changed my mind in a hurry. The strawberry ice cream I’m presenting here is the second production, after previously made, and eaten by the neighbourhood kids, peach and ginger ice cream that was nice, but a little too involved in the preparation, so I’ve opted for this way simpler, and even more delicious version. Hope you’ll like it, too. You’ll need an ice cream maker to make it, but there are plenty of them on the market, really affordable and incredibly efficient. Give it a try this summer and be a kid again.

Perfect No-Cook Strawberry Ice Cream (recipe origin: Epicurious)

Domowe lody są ciągle jeszcze mało popularne, tymczasem są niesłychaną rozpustą i generalnie kojarzą się wybitnie z latem i beztroską. Nigdy też nie przypuszczałam, że poddam się temu luksusowi, bo talia mi rośnie i bez lodów, ale wystarczyło, że zawitałam w Arizonie w środku lata i natychmiast zmieniłam zdanie. Lody, które prezentuję tutaj są już druga produkcją. Pierwsza, brzoskwiniowo-imbirowa, którą wytworzyłam wcześniej, i która w całości została zjedzona przez dzieci sąsiadów, była nieco zbyt intensywna w przygotowywaniu, więc wybrałam tę znacznie prostszą, i powiem nawet, smaczniejszą wersję. Mam nadzieję, że i Tobie zasmakuje. Jak do wszystkich lodów, konieczna jest maszynka do ich robienia, ale cały ich zastęp dostępny jest na rynku. Truskawki można zastąpić praktycznie każdymi innymi owocami, więc już nie zastanawiaj się dłużej, spróbuj i poczuj się dzieckiem ponownie.

Idealne, nie wymagające gotowania lody truskawkowe (źródło przepisu: Epicurious)

Składniki:
1/2 kg truskawek
3/4 szklanki cukru
1 łyżeczka soku z cytryny
szczypta soli
2 szklanki śmietany kremówki

Sposób przyrządzania:
1. Połącz truskawki z cukrem, solą i sokiem z cytryny, po czym rozgnieć je widelcem. Odstaw na 10 minut.

2. Przelej połowę truskawek do malaksera (blendera), dodaj śmietanę i zmiksuj do uzyskania jednolitej, nieco zagęszczonej masy. Dodaj pozostałe truskawki, lekko wymieszaj łyżką i wstaw do lodówki do schłodzenia na przynajmniej 3 godziny, ale najlepiej na całą noc.

3. Wlej miksturę do maszynki do robienia lodów i zrób lody według instrukcji producenta.

Water When Dry

I arrived to Phoenix a week ago and have been devoting myself to an extreme sport – summer gardening in Arizona. Before leaving for Phoenix, I casually chatted with my friend M., whom you know already from my mentions here, to be a very talented gardener, and we summed up our gardening conversation with the wisdom that the best way to treat a garden was to water it when dry. Well, guess what, this golden rule doesn’t apply to gardens in Arizona. It’s supremely hot here and I’m pushing to adjust to the heat in a record time as I’m only staying for three weeks, but have a three-and-a-half-months worth of garden work in front of me. I’m comfortably sitting in front of the laptop at present, typing away this post, while the 105ºF / 40.5ºC is raging outside. The garden is scorched, but amazingly surviving this heat, the fact that will never stop to amaze me. The neglect has been great, so I’m trimming, shearing, pruning, raking my heart away, wiping the sweat off and drinking galons of water. This is precisely why I haven’t been around recently. I’ve been a tad uninspired to take the pictures of recent, I guess the heat will do that to you, but I feel the change coming on and I have a few posts brewing in my head. One will deal with my recent stint at ice-cream making, as ice-cream seems to be the only viable food to consider for eating in the intense heat that’s here. But let me start with some strawberries first. They’ll reappear in a cone soon enough, for the time being though, they nicely mimic the cute scene in the picture hanging in the dining room on Love Road.

Jestem już w Phoenix od tygodnia i przez ten czas uczestniczyłam w ekstremalnym sporcie – praca w ogrodzie, latem, w Arizonie. Zanim dotarłam tutaj, rozmawiałam z M., którą znacie z wcześniejszych wzmianek, jako niezwykle utalentowaną ogrodniczkę, kiedy to zgodziłyśmy się, że ogród należy podlewać jak jest suchy, i obie pokiwałyśmy głową z uznaniem dla własnej mądrości. Pierwsze spojrzenie na nasz ogród w Arizonie, natychmiast obalił tę genialną teorię, bo tutaj ogród jest mokry tylko w chwili podlewania, i suchy chwilę póżniej. Jest tak gorąco, że przymuszam się do aklimatyzacji w rekordowym tempie, bo czasu mam zaledwie trzy tygodnie, a pracy w ogrodzie na trzy miesiące. Gdy piszę ten post, wygodnie siedząc w klimatyzowanym domu, na dworze szaleje 40.5ºC. Ogród jest wypłowiały od słońca, ale nadal żyje i kwitnie, i ten fakt nigdy nie przestanie mnie zadziwiać. Niestety, jest też zaniedbany, to też czas mija mi na przycinaniu, grabieniu, czyszczeniu, a w przerwach ocieram pot z twarzy i piję hektolitry wody. Poza pracą w ogrodzie, to przyznaję, że nie czułam wielkiej inspiracji, za co obwiniam ten upał, ale też czuję, że nastąpi w tej kwestii zmiana, bo już chodzą mi po głowie następne posty. Wkrótce napiszę o robieniu lodów, bo jak tu o lodach nie pisać, skoro okazują się być jedynym wartym w tym upale rozpatrzenia pożywieniem. Dzisiaj zdjęcie tych truskawek, które już zaraz staną się truskawkowymi lodami, ale tymczasem ładnie podrabiają scenkę z obrazka zawieszonego w jadalni na Love Road.

Happy Easter

I wish you Happy Easter. I thought, I could make this wish sound really special, but the language fails me. To me, it’s one of the happiest moments of the year, because spring is here and I can’t contain myself at the possibilities that this life renewal offers. Therefore, whether you celebrate Easter, or not, and whichever is your wish, I hope you experience these spring days in a very special way and you’ll enjoy this simple bouquet of desert spring wildflowers I picked up especially for you.

Wesołych Świąt! Trudno uwierzyć, jak bardzo nie od serca brzmią te życzenia. Chciałam Wam złożyć najbardziej oryginalne z wielkanocnych życzeń, a niestety, brakuje mi słów wypełnionych znaczeniem. Wielkanoc jest jednym z najszczęśliwszych dni w roku, bo obecność wiosny czyni je tak wyjątkowymi, że trudno mi opisać euforię odczuwaną na myśl o potencjale jaki ta wiosenna odnowa za sobą niesie. Więc czy świętujesz Wielkanoc, czy też nie, i jakie by nie było to Twoje świąteczne marzenie, życzę Ci, żebyś doświadczył(a) tych kilku nadchodzących wiosennych dni w wyjątkowy sposób. Z nadzieją, że polubisz, podsyłam Ci ten prosty bukiecik pustynnych polnych kwiatków, zebranych specjalnie dla Ciebie na tę okazję.

Red Sedona in White

As you know, while in Arizona for the spring break, we had some family and friends for company. Feeling a tad sluggish and morose after days of nothing more but basking in the sun, cooking, and eating, we’ve decided we’d go for a nice little excursion to Sedona, where we’d hit some serious hiking trails. Still in Phoenix, we’ve taken notice that the weather turned unseasonably cold all of the sudden, but we’ve never thought we’d be met by lots of snow in Sedona. None of us thought of checking the weather forecast, thus we entered the Red Town enveloped in snow and looking gorgeous. The only downside was the fact that all hiking trails were closed down due to the snowfall. We managed to drown our dissapointment in a couple of local micro-brew pints over lunch and snapped a few rewarding pictures. This one is a panorama composed of three shots taken from the Sedona airport lookout.

Jak wiecie, przerwę wiosenną spędzaliśmy w Arizonie, gdzie to gościliśmy brata A. i przyjaciół. Po kilku dniach wygrzewania w słońcu, gotowaniu i jedzeniu, zaczęliśmy odczuwać letargię i poważny brak ruchu. Wpadliśmy więc na pomysł na wyjazd do Sedony po to głównie, żeby pochodzić po górach. Żadnemu z nas do głowy nawet nie przyszło, żeby sprawdzić prognozę pogody, mimo że temperatury w Phoenix nagle spadły poniżej sezonowych. Jak więc zajechaliśmy do Sedony, to przywitani zostaliśmy przez miasto, w całej swojej urokliwej czerwoności, spowite kołdrą śniegu i wyglądające śicznie. Niestety, śnieg spowodował zamknięcie wszystkich górskich tras, bo czerwona glinka płynęła pod nogami i na chodzenie po górach było zbyt niebezpiecznie. Pozostało nam utopić zawód w kiku kuflach lokalnego piwa przy lunchu i zrobić parę fajnych zdjęć. To powyżej jest panoramą skomponowaną z trzech kadrów zrobionych na punkcie widokowym na lotnisku w Sedonie.

Comments Off

Verdant with Herbs

This is, without the doubt, my most favourite spot in our garden, the place where herbs abound even at Christmas time. The herbs grew with intensity under the warm, Arizonian sun, so eventually they had to be dried – enter my new herb drying rack, yes, again, in ultramarine.

Jeśli miałabym wybierać, to zdecydowanie, to jest moje najbardziej ulubione miejse w ogrodzie – zakątek, gdzie ziół jest bez liku nawet w grudniu. Ziółka rosły nad wyraz intensywnie w ciepłym arizońskim słońcu, więc nadszedł i czas na ich suszenie. Tak też zdała egzamin moja nowa prowizoryczna suszarka do ziół. Oczywiście, ponownie w kolorze ultramaryny.

All Eggs in One Basket

Yes, the title to this post might be the metaphor for a certain decision I’ve made recently, but hopefully, it’ll not come to that. I’d rather tell you about the eggs… and the other produce that I’ve sought while in Arizona. Quite appropriately, with Easter arriving in a short week, we zealously indulged in fresh eggs. And, fresh they were. The first time I visited Mary’s little homestead after finding her on Craigslist, I was smitten with her little team of obliging hens. I couldn’t dream of fresher eggs as she was filing my egg basket physically lifting hens while they were laying eggs and taking still warm eggs from under them. They didn’t seem to mind, though. There also was one hen that was hatching eggs and this, too, was amazing to watch, because she let me peek under her belly so I could see the pecking marks on egg shells ready to crack. I can’t tell you how enjoyable this experience was for me, and to top it all, not able to give me some change for the eggs I bought, Mary offered to give me freshly picked oranges and grapefruit, instead. How cool is that?

Tytuł tego odcinka może zabrzmieć jak metafora do decyzji ostatnio przeze mnie podjętej. Na szczęście nie ma przysłowiowego odpowiednika w języku polskim, więc pisać o niej nie będę, za to chętniej opowiem o świeżych jajkach i innych produktach, których to aktywnie szukamy tutaj w Arizonie. Ponieważ Wielkanoc już tak blisko, to jajka, jak przystało na te święta, były w centrum uwagi. I nie jakieś tam jajka, tylko bardzo świeże jajka, tak świeże, że świeższych już nie mogę sobie wyobrazić. Gdy poraz pierwszy odwiedziłam wiejską zagrodę Mary, natychmiast otoczenie przypadło mi do gustu, z całą tą jej hodowlaną menażerią – kurami, kaczkami, koniami, kucykami, fantastycznym ogrodem i mnóstwem drzew cytrusowych. Jajka zbierała do koszyka podnosząc kury z gniazd i wybierając spod nich dopiero co zniesione i jeszcze ciepłe. Żadna z kur nie protestowała, a wręcz przeciwnie wydawały się być dumne i zadowolone z takiego obrotu sprawy. Była tam też kurka, która cierpliwie wysiadywała jajka, i która też nie miała nic przeciwko temu, żebym podlądała jak spod brzucha wyglądają młode kurczaczki, jak i te, co to dopiero się przez skorupki przebijają. Całe to doświadczenie było po prostu niewiarygodne, a już totalnym uwieńczeniem był moment, kiedy to Mary zabrakło reszty na wydanie po opłaceniu jajek, i którą to resztę oddała w zrywanych na moich oczach pomrańczach i grejfrutach.

Hail to the Sun

Hello my Dear Friends… I am sure you wonder where I have been these last two weeks.
Well, life has been fabulously fun of late and I’ve been keeping myself busy with family and friends throughout the spring break. As I’m finished entertaining, I’m far from finished worshiping the Arizona sun, which is embodied best, and with true finesse, in different forms of citrus that abounds around here. Unfortunately, the citrus season is coming to the end, as do our vacations, but there is nothing more refreshing than a little sunshine in early spring months. I feel so refreshed and energized and I hope you got that spring feeling, too. I’ll be back tomorrow, reporting on all things Arizonian. Until then. Hugs. xoxoxo

Witajcie, Moi Drodzy! Pewnie już wątpiliście, że kiedykolwiek powrócę na Majologię po ponad dwóch tygodniach nieobecności. Donoszę więc niezwłocznie, że życie było pełne wrażeń i miłych chwil, jako że spędzaliśmy przerwę wiosenną w towarzystwie rodzinki i przyjaciół, co wypełniało nam czas po brzegi. Już skończyły się wizyty, ale nie skończyło się jeszcze nasze ubóstwianie arizońskiego słońca. To natomiast, jest najlepiej zaprezentowane w formie tych niemożliwie słonecznych cytrusów, których wokół bez liku. Niestety i ich czas zbliża się ku końcowi, jak i nasze wiosenne wakacje, ale jestem tak cudnie wypełniona słoneczna energią i ogólnym poczuciem wiosennej odnowy, że tylko marzę, że i Wy czujecie się podobnie. Do jutra zatem, kiedy to zapodam w skrócie co to się działo u nas w Arizonie przez ostatnie dwa tygodnie. Trzymajcie się ciepło. xoxoxo

Comments Off