Archive for the author ·Gosia Maj·...

In the Mood for Spring

It’s been a fantastic, sunny day here in Vancouver and this cheery occasion called for a walk. I was very much in the mood for spring and the nature did not disappoint me. Once I saw these willow catkins I knew the spring was on its way. Hang in there, people, the spring is coming!

Taki był dzisiaj piękny, słoneczny dzień w Vancouver, że ta radosna okazja domagała się wyjścia na długi spacer. Mam już wielki apetyt na wiosnę, i wierzcie mi, natura mnie nie zawiodła. Te bazie wystarczyły by nadzieja na nowo zatliła mi się w sercu. Nadchodzi Wiosna, kochani, naprawdę nadchodzi!

I’m Going G-F

Gluten-free, that is. Not to bore you to death, I’ve finally decided to deal with the chronic bronchitis that I struggle with. After reading much about the symptoms, causes, cures, myths, and wishful thinking, I’ve come to the conclusion that the gluten-free diet, even if it doesn’t help, it certainly won’t hurt (my doctor’s words). There is only one problem. What’s going to happen with all my bread baking? Right at this moment, I’m thinking I’m going to transform the gluten-full bread baking that I’m doing, into the gluten-free baking that I’m hoping for. For starters, I’ve spent this gorgeous, almost spring-like day, chasing all the gluten-free flours I require. The picture take below includes sorghum, tapioca, chickpea, and potato flours. I’ve started a gluten-free sourdough starter and I’m staying immensely hopeful to transform my current sickly self into a healthy one in the very near future. I’ll keep you posted.

To znaczy, przeistaczam swoje istnienie na bezglutenowe. Oby Was nie zanudzić na śmierć, powiem tylko, że wreszcie postanowiłam się rozprawić z chronicznym bronchitem, z którym się zmagam już od dawna. Po odczytaniu licznych publikacji o symptomach, przyczynach, skutkach, metodach leczenia, mitach, i nadziejach, doszłam do wniosku, że bezglutenowa dieta, nawet jeśli mi nie pomoże, to z pewnością mi nie zaszkodzi (słowa naszej pani doktor). Jest tylko jeden mały problem. Co się stanie z pieczeniem chleba, które tak lubię? Wymyśliłam więc, że przeistoczę to moje glutenowe pieczenie na bezglutenowe. Zaczęłam od poszukiwania mąk bezglutenowych, co przyszło mi z trudem, bo sobota była cudna, istnie wiosenna, i nie był to czas by wędrować od jednego sklepu ze zdrową żywnością do drugiego. Mąki przywlokłam do domu, i tak jak powyższe zdjęcie sugeruje, nastawiłam już bezglutenowy zaczyn z mąki z sorgo, tapioki, ciecierzycy i zimniaczanej. Teraz czekam na moment kiedy zaczyn nabierze bezglutenowego życia, a ja przemienię się z chwilowo podupadłej na zdrowiu na całkowicie ozdrowiałą. Będę Wam meldować o postępach.

Sew Proud

I have my little sewing corner finally ready thanks to my friend M. who got me a fantastic spool rack to build the space around.  I had curtains for the home office made in no time.  Now some chair cushion covers await.  I intend to get myself fabulously skilled in this sewing business, as the next challenge is on the horizon –  linen chair slip covers, images of which I devoutly collect on my Pinterest.

Doczekałam się chwili, kiedy to wreszcie zaistniał mój mały kącik krawiecki. Wszystko dzięki M., która obdarowała mnie tym maniackim wieszakiem na szpulki, i wokół którego stworzyłam to miejsce. Zasłony do biura wyprodukowałam w oka mgnieniu. Teraz przymierzam się do poszewek na poduszki na krzesła. W zamyśle są cudne lniane pokrowce na krzesła i kanapy, którym pilnie się przyglądam i zbieram na Pinterest. To jednak nie przyjdzie mi tak łatwo, bo muszę się trochę do tej sztuki szycia przyuczyć, ale zamiary w tym kierunku mam nadzwyczaj poważne.

Bread Baking Buddies:  Cuban Bread

We’ve been invited again to the kitchens of the famous Bread Baking Babes to bake a rather curious loaf of bread this month. Ilva of Lucillian Delights has chosen this Cuban bread, for the monthly bake-off, from the “Complete Book of Breads” by Bernard Clayton. I, as most likely every other Bread Baking Buddy, paused for a moment and pondered the baking advice. Adding hot water for the dough or placing the breads in the cold oven seemed to go against every fiber of this amateur baker’s body, but I did it anyhow. Well, almost, as I instinctively, pre-heated the oven only to re-read the recipe and suddenly remember that the oven needed to be cold. It turns out the Cuban bread is very forgiving and it didn’t mind much being placed in the warm oven instead. It still rose dutifully, took on the brown and golden hues, and finally lent itself to a very tasty lunch, all in less than two hours. So please, don’t hesitate, visit Ilva’s blog, follow the well written recipe, and bake this bread starting now. You’ll enjoy it with your next meal, whatever that meal might be. It’s that fast and that versatile.


Pin It

Wprosiłam się dzisiaj to kuchni sławnych Bread Baking Babes by piec z nimi trochę niezwykły chleb. Ilva z Lucillian Delights wybrała ten kubański chleb, jako chleb miesiąca, z książki Bernarda Claytona “Kompletna Księga Chlebów”. Ja, i prawdopodobnie każdy inny piekarz amator wstrzymał oddech na moment widząc, że przepis nakazuje połączenie mąki i drożdży z gorącą wodą, oraz wstawienie bochenków do zimnego pieca. Wszystko przemawiało za tym, że będzie to następne chlebowe fiasko, a tutaj okazuje się całkiem coś innego. Przede wszystkim, z rozbiegu i bez zastanowienia nagrzałam piekarnik. Mimo takiego faux pas, chlebki wyrosły, nabrały rumieńców i jeszcze zawitały na stole akurat na czas lunchu. Okazuje się, że ten chleb jest całkiem odporny na błędy piekarza i do tego jeszcze jest gotowy w przeciągu dwóch godzin. Nie daj się więc dłużej namawiać, a jeśli potrzebujesz tłumaczenie przepisu, daj mi znać bez zwłoki.

Flowers for the Year

Flowers are on my mind. On Sunday, I searched four different garden centres for spring flowers, and guess what, nothing, nowhere. All I heard was: “It’s too early”. How come then I’m in such a need for colourful blooms around me? Not willing to wait, I’ve compiled some of my flower images into a calendar collage. Hope you enjoy it!


Pin It

W głowie mam tylko kwiaty. Kwiaty, których nie ma jeszcze w sklepach. Ogrodnicy zgodnie twierdzą, że stanowczo na nie za wcześnie. Dlaczego więc tak tęsknię za czymś co by kwitło i może nawet trochę pachniało, skoro nie jest jeszcze na to pora? Nie zamierzam czekać, więc na prędce złożyłam kolaż w kwiatów, które fotografowałam przez cały zeszły rok. Mam nadzieję, że ten kwietny kalendarz cieszy oko!

How to Explain…

It must have been one possessed sandwich maker to paint the handles of all these spread knives in the many colours. I have nothing but admiration for such a level of culinary equipment commitment, so I didn’t hesitate to grab the bag of these utensils while in the neighbourhood thrift store. Actually, the trip to this store was the one and only venture outside. Hard to believe, but our return to Vancouver coincided with the rare occurance of the massive arctic air system that parked itself over the city keeping everyone in check with snowfall, snow drifts, sub-zero temperatures, and maniacally icy-slick roads. I don’t remember the last time I felt my body was turning into an icicle (O.K., I do, hello Montreal 1991!), so this is the close second. Back to the knives then. How cool is it to have all these amazing colours to play with. Now some bread baking needs to happen, followed closely by some food photography. And I better do it fast, because if I continue letting a full week slide between the posts, soon enough, I’ll lose you all, my friends. I hope it won’t come to that. Have a relaxing Sunday!

Gdybym miała zgadywać, to pomyślałabym, że musiał to być jakiś zapalony właściciel sklepiku z kanapkami, który przemalował rączki tym wszystkim kanapkowym nożom. Jestem jednakowoż pełna podziwu dla takiego poświecenia sprzętowi kuchennemu, więc kiedy natknęłam się na torbę wypełnioną tymi kolorowymi nożami w sklepie ze starociami, to nie zawahałam się nawet przez chwilę, żeby je zakupić. Przyznaję jednak, że wyprawa do tego sklepu była jedyną na jaką się zdecydowałam (poza dojazdami do pracy) przez cały długi tydzień. Nasz powrót do Vancouver z Phoenix nałożył się z bardzo rzadkim napływem arktycznego powietrza z północy, który tkwił nad nami przez całe pięć dni, trzymając nas w ryzach obfitymi opadami śniegu, zaspami, temperaturami dużo poniżej zera i diabelsko śliskimi drogami. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz było mi tak zimno… O.K. – pamiętam, Montreal w 1991 roku, ale tych kilka ostatnich dni śmiało może z montrealską pogodą rywalizować. Wracając do noży, fajnie jest mieć je w zasięgu ręki, to i może wreszcie upiekę jakiś nowy chleb, i może też go obfotografuję z nożykami w formie rekwizytów. Dobrze też byłoby, żebym uczyniła to wkrótce, bo jak będę się tak ociągać z pisaniem na blogu, to stracę ostatniego czytelnika. Mam nadzieję, że do tego nie dojdzie, wybaczcie więc to długie milczenia. Życzę Wam tymczasem spokojnej niedzieli.

Bye, Bye Lavender

It’s time, finally, to leave Arizona for a few months and time to go back home. I’m not particularly looking forward to returning to the damp Vancouver weather, but the lavender is making up for the sadness of our departure, bidding us goodbye by maintaining it’s veracious blooms. Keep it up, gorgeous, I’ll be back soon!

Wreszcie nadszedł czas powrotu do domu i czas pożegnania Arizony na kilka miesięcy. Niezbyt cieszy mnie powrót do dżdżystego Vancouver, ale na szczęście, lawenda rekompensuje mi smutek rozstania, kwitnąc bez opamiętania, i tym miłym gestem mówiąc mi ‘do zobaczenia’. Kwitnij dalej, ślicznoto, bo wracam tu już niebawem!

The Sun Harvest

The citrus is all around. The bright yellow and orange globes punctuate the landscape wherever you look. I never knew how oranges should taste, until I ate one straight from the tree. Love having this opportunity to go to a nearby orange grove and get for breakfast freshly picked… Navel oranges, or lemons, or tangelos, or kumquats – or whichever strikes my fancy.

Cytrusy są wszędzie. Żółte i pomarańczowe owale naznaczają teren słonecznym blaskiem gdziekolwiek nie popatrzysz. Tak naprawdę, to nigdy nie wiedziałam jak smakuje pomarańcza dopóki nie spróbowałam jednej prosto z drzewa. Zadziwia i raduje mnie fakt, że mamy taką niesamowitą okazję wstać rano i udać się do pobliskiego sadu pomarańczowego by zerwać na śniadanie pomarańcze, albo cytryny, albo tangelo, albo kumkwaty – lub czego dusza zapragnie.

Related Posts with Thumbnails