Archive for July, 2012...

Water When Dry

I arrived to Phoenix a week ago and have been devoting myself to an extreme sport – summer gardening in Arizona. Before leaving for Phoenix, I casually chatted with my friend M., whom you know already from my mentions here, to be a very talented gardener, and we summed up our gardening conversation with the wisdom that the best way to treat a garden was to water it when dry. Well, guess what, this golden rule doesn’t apply to gardens in Arizona. It’s supremely hot here and I’m pushing to adjust to the heat in a record time as I’m only staying for three weeks, but have a three-and-a-half-months worth of garden work in front of me. I’m comfortably sitting in front of the laptop at present, typing away this post, while the 105ºF / 40.5ºC is raging outside. The garden is scorched, but amazingly surviving this heat, the fact that will never stop to amaze me. The neglect has been great, so I’m trimming, shearing, pruning, raking my heart away, wiping the sweat off and drinking galons of water. This is precisely why I haven’t been around recently. I’ve been a tad uninspired to take the pictures of recent, I guess the heat will do that to you, but I feel the change coming on and I have a few posts brewing in my head. One will deal with my recent stint at ice-cream making, as ice-cream seems to be the only viable food to consider for eating in the intense heat that’s here. But let me start with some strawberries first. They’ll reappear in a cone soon enough, for the time being though, they nicely mimic the cute scene in the picture hanging in the dining room on Love Road.

Jestem już w Phoenix od tygodnia i przez ten czas uczestniczyłam w ekstremalnym sporcie – praca w ogrodzie, latem, w Arizonie. Zanim dotarłam tutaj, rozmawiałam z M., którą znacie z wcześniejszych wzmianek, jako niezwykle utalentowaną ogrodniczkę, kiedy to zgodziłyśmy się, że ogród należy podlewać jak jest suchy, i obie pokiwałyśmy głową z uznaniem dla własnej mądrości. Pierwsze spojrzenie na nasz ogród w Arizonie, natychmiast obalił tę genialną teorię, bo tutaj ogród jest mokry tylko w chwili podlewania, i suchy chwilę póżniej. Jest tak gorąco, że przymuszam się do aklimatyzacji w rekordowym tempie, bo czasu mam zaledwie trzy tygodnie, a pracy w ogrodzie na trzy miesiące. Gdy piszę ten post, wygodnie siedząc w klimatyzowanym domu, na dworze szaleje 40.5ºC. Ogród jest wypłowiały od słońca, ale nadal żyje i kwitnie, i ten fakt nigdy nie przestanie mnie zadziwiać. Niestety, jest też zaniedbany, to też czas mija mi na przycinaniu, grabieniu, czyszczeniu, a w przerwach ocieram pot z twarzy i piję hektolitry wody. Poza pracą w ogrodzie, to przyznaję, że nie czułam wielkiej inspiracji, za co obwiniam ten upał, ale też czuję, że nastąpi w tej kwestii zmiana, bo już chodzą mi po głowie następne posty. Wkrótce napiszę o robieniu lodów, bo jak tu o lodach nie pisać, skoro okazują się być jedynym wartym w tym upale rozpatrzenia pożywieniem. Dzisiaj zdjęcie tych truskawek, które już zaraz staną się truskawkowymi lodami, ale tymczasem ładnie podrabiają scenkę z obrazka zawieszonego w jadalni na Love Road.

Textures of Life

Well, the third week of my summer vacations has come to completion and I have little to show for it. I’m not particularly rested yet, I don’t feel like I had weeks of free time to enjoy, either. Why is that? I’m also lagging with posting which is abominable considering how much time I’ve had on my hands. But things are going to change real soon. I’m sort of starting a vacation, as I’m changing venues and going to stay in the house in Arizona for a few weeks. I’m also traveling alone, which is not the preferred way, but the necessary one. A. is up to his ears in work and nothing is going to interrupt it till the middle of September, so I better figure out how to apply myself where I could actually make a difference. It’s just that, I’m eager for a bit of change, a tad of some unexpectedness, a little different texture of life. Sometimes it comes planned and secure, other times it just shows up, when you least expect it – an exciting design happening to a plain old log.

Tak oto minął trzeci tydzień wakacji i nie zdziałałam przez ten czas wiele. Ani nie mogę powiedzieć, że czuję się wypoczęta, ani też nie zdarzyło się nic na tyle ekscytującego, żeby o tym pisać. Dlaczego tak się dziwnie ten czas toczy? Przecieka mi przez palce, na blog nie mam czasu, co jest doprawdy szokujące, biorąc pod uwagę jak dużo wolnego czasu mam do dyspozycji. No ale wydaje się, że to się wkrótce zmieni. Wyruszam na takie niby wakacje, sama, nie z wyboru, ale z konieczności. A. tkwi po uszy w nowym kontrakcie, więc postanowiłam spędzić kilka tygodni w domu w Arizonie, gdzie moja obecność przyda się, jeśli nie nigdzie indziej, to przynajmniej w zaniedbanym, wysuszonym na wiór ogrodzie. Wyczekuję tego wyjazdu z pewną dozą podniecenia, jako że gotowa jestem na zmianę otoczenia, na odrobinę nieprzewidzialności, po prostu na nieco inny błam codziennego życia. Bo tak jak życie ma za zadanie, czasem pojawia się zaplanowane i bezpieczne, innym razem przychodzi zaskakując jak delikatny wzór idealnego mchu na prostym, starym jak świat pieńku.

Larrabee

Sounds like a sorcerer’s incantation, doesn’t it? Yet, Larrabee stands for the Larrabee State Park where we camped for a few days and nights last week. Situated on the Pacific Northwest coast, hugged by the luscious temperate rain forest, the place was nothing short of extraordinary. We played in the ocean, napped by the ocean, admired the ocean. We hiked a little, smelled the flowers, and sat by the campfire late into the night. In short, we did everything what should be done in the glorious time of summer.

Larrabee… brzmi jak zaklęcie czarnoksiężnika, ale to tylko stanowy park gdzie spędziliśmy kilka dni i nocy koczując pod namiotem i przy ognisku. Larrabee usytuowany jest w stanie Washington, na wybrzeżu Pacyfiku, spowity w omszonych, wilgotnych lasach strefy umiarkowanej. Jest to piękne miejsce gdzie udało nam się i pobawić w oceanie, i trochę podrzemać przy nim, i podziwiać go bez końca. Połaziliśmy po górach, wąchaliśmy wszystkie napotkane polne kwiatki i długo odpoczywaliśmy przy ognisku. Jednym słowem, robiliśmy wszystko, żeby cieszyć się pełnią cudnego lata.

On this Day in 2010:  Church in Lubiecin

We’re planning a little camping trip tomorrow, but in the meantime, since I’m itching to get this bod somewhere else than just home, I’m travelling down the memory path and remembering the summer vacations past. Exactly two years ago I was walking around this beautifully preserved church from 1747 located in the village of Lubięcin, Poland, just mere kilometers away from the summer house where we stayed that summer. Such beauty, and yet so understated.

Planujemy sobie krótki wypad na kamping, w międzyczasie natomiast, ponieważ już mnie nosi, żeby przenieść się gdzieś i nie gnuśnieć w domu, po prostu podróżuję w pamięci, wracając do miejsc odwiedzonych w przeszłości. Dokładnie dwa lata temu, zwiedzałam z uwagą ten kościółek z 1747 roku, dyskretnie usadowiony w Lubięcinie, w województwie lubuskim, zaledwie kilka kilometrów od Jodłowa, gdzie mieszkaliśmy tamtego lata. Za każdym razem, widząc takie cudo, nadziwić się nie mogę jak nienachalny i powściągliwy jest czar takiego zapomnianego miejsca.

Comments Off

Willless in the Face of the Italian Bread

There is no fooling myself anymore, I’m a bread addict, and baking breads doesn’t particularly help my addiction. The Italian bread I bake is my biggest foe – moist, with a perfectly crunchy crust, the insides glistening with the delicate sheen of the gluten. All bad, I know, yet this bread has been holding me hostage for years now, and since I’m unable to escape its captivity all by myself, I’ll share my recipe with you here so you can tell me how you manage to walk away from it and set yourself free once and for all.

Italian Bread (source: The Fresh Loaf)
Ingredients:
For the biga:
1 1/2 cup sourdough starter, 100% hydration
3/4 cup bread flour
3/4 cup water
2 1/3 grams instant dry yeast
For the dough:
whole biga
468 grams water
681 grams bread flour
4 2/3 grams instant dry yeast
3 tsp salt

Method:
1. Combine the ingredients for the biga in a small bowl. Cover the bowl with plastic wrap and leave the biga out at room temperature for approximately 4 hours. Do this first thing in the morning.
2. Mix the dough ingredients until gluten fibers have developed, approximately 10 min on the first speed.
3. Fold the dough once an hour twice during the primary 3-hour fermentation, then shape four balls and let them rest for 15 minutes before doing the final batard shape. Give the loaves a longer final rise, typically around 90 minutes. Meanwhile, preheat the oven fitted with the baking stone to 550ºF.
4. Do not slash the loaves. Bake, with steam, for 20 minutes, for the first 5 minutes keep the oven at the maximum oven temperature, the remainder, at 450-475ºF.

This bread will be submitted to YeastSpotting, a weekly bread-baking roundup at Wild Yeast.

Nie ma się co oszukiwać – jestem uzależniona od chleba, a moje piekarskie hobby specjalnie mi nie pomaga w uwolnieniu się od niego. Moim najgroźniejszym wrogiem jest włoski chleb – wilgotny, z chrupiącą skórką i środkiem połyskującym od glutenu. To uzależnienie nie wróży nic dobrego, a ponieważ więźniem tego włoskiego chleba jestem już od lat i sama nie umiem się od niego uwolnić, podzielę się z Wami przepisem, to może powiecie mi jak Wam udaje się od niego odwrócić na pięcie i odejść bez spoglądania za nim tęsknie.

Włoski Chleb (źródło: The Fresh Loaf)
Składniki:
Na bigę:
1 1/2 szklanki pszennego zaczynu, 100% nawilżenia
3/4 szklanki mąki chlebowej
3/4 szklanki wody
2 1/3 gram drożdży instant
Na ciasto:
cała biga
468 gram wody
681 gram mąki chlebowej
4 2/3 gram drożdży instant
3 łyżeczki soli

Sposób przyrządzania:
1. W małej misce połącz składniki na bigę. Owiń plastikową folią i zostaw w temperaturze pokojowej na 4 godziny. Przygotuj bigę z samego rana w dzień pieczenia.
2. Połącz wszystkie składniki na ciasto i mieszaj w mikserze elektrycznym przez 10 minut na najniższych obrotach.
3. Dwukrotnie, podczas pierwszego 3-godzinnego wzrastania ciasta, złóż je w kopertę co godzinę. Następnie podziel na cztery części, uformuj z nich kulki i pozostaw do odpoczęcia na 15 minut. Potem uformuj bochenki. Zostaw do wyrośnięcia na 90 minut. W międzyczasie, nagrzej piekarnik do 288ºC.
4. Nie nacinaj chlebów przed pieczeniem. Wstaw do nagrzanego i nawilżonego parą piekarnika i piecz przez 20 minut, w najwyższej temperaturze przez pierwsze 5 minut, po czym obniż ją do 232-246ºC na resztę czasu pieczenia.

I Wish Us…

… 29 more. Today is our 29th wedding anniversary and I don’t care for much, but another 29 would be nice.

…życzę nam następnych 29 lat. Dzisiaj świętujemy 29tą rocznicę ślubu i nie życzę sobie wiele, ale następne 29 byłoby miłe.

Related Posts with Thumbnails